Tytuł: Ostatni Szwajcar na Ziemi Autor: Lambert Król Literatura: polska Wydawnictwo: SEQOJA
Lipcowe wyzwanie LC wymagało znalezienia gdzieś cienkiej książki, więc mój wzrok padł na Ostatniego Szwajcara na Ziemi, którego miałam w planach już od paru miesięcy. Nie znałam dotąd Lamberta Króla, nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce, ale wystarczyło mi, że miały być to opowiadania o emigracji do Szwajcarii. Problemy emigranckie znam, Szwajcarią się trochę interesowałam, uznałam zatem, że książka powinna do mnie trafić. Nigdy bym się nie spodziewała, jak bardzo! Opowiadania Króla są pełne czarnego humoru i takiej abstrakcji, że zachwyciły mnie wręcz od pierwszej strony. Płacenie Szwajcarom za udawanie przyjaźni do imigrantów, krwiożercze kartofle atakujące ludzi, świat, w którym kobiety i mężczyźni zamienili się rolami czy rzeczywistość, w której wszyscy Szwajcarzy nagle zniknęli i został tylko ten jeden, ostatni Szwajcar na Ziemi… A to tylko przykłady, pomysłowość Króla wydaje się nie znać granic. Opowiadania są króciutkie, zaledwie na kilka stron, ale po skończeniu jednego natychmiast chciałam przeczytać kolejne, i jeszcze jedno, i jeszcze… 🙂 Mimo jednak tylu abstrakcyjnych wątków, z książki Króla dociera do czytelnika też prawdziwe życie. Problemy imigrantów ze znalezieniem pracy, ze znajomością języka, z poczuciem przynależności do nowego kraju, z chęcią oszczędzenia jak największej ilości franków, z równouprawnieniem, ze sposobem wychowywania dzieci, z systemem politycznym… Wszystko jest jednak opowiedziane w taki sposób, że czytelnik i tak podchodzi do problematycznych kwestii z uśmiechem na twarzy. Naprawdę jestem pełna podziwu dla Króla za poruszenie tylu istotnych kwestii na tak niewielu stronach – w ciekawy, wręcz fascynujący sposób. Zdecydowanie nie miałabym nic przeciwko, gdyby Ostatni Szwajcar na Ziemi był grubszą książką, by znalazło się w nim jeszcze więcej groteskowych opowiadań. Choć może te niewielkie rozmiary też są jedną z zalet lektury? Bo myślę, że w tej książce nie znalazło się ani jedno niepotrzebne słowo 🙂 .
Tytuł: Opóźnienie może ulec zmianie Autor: Marcin Antosz Literatura: polska Wydawnictwo: Muza
Sama do końca nie wiem, czego się po tej książce spodziewałam, ale na pewno nie tego, co dostałam. Opóźnienie może ulec zmianie to nie jest reportaż o polskich kolejach dla kogoś, kto nie siedzi w temacie, choć najwidoczniej taki był zamysł autora. Fani kolejnictwa zapewne z tej książki się niczego nowego nie dowiedzą, bo Antosz (pracujący jako maszynista) nie ujawnia nie wiadomo jakich smaczków i tajemnic. A laik w tym temacie – taki jak ja – lekturą się po prostu zmęczy. Najpierw dość szczegółowy opis procesu zostawania maszynistą (idealny do poduszki – usypia natychmiast), potem trochę informacji o pracy na kolei, dalej najciekawsza część, czyli wypadki i problemy w pracy… By zakończyć znów usypiającym opisem zawodów związanych z koleją oraz autorskimi komentarzami w stylu jakiej lokomotywy najbardziej nie lubię czy mój ulubiony EZT (elektroniczny zespół trakcyjny, jak coś 😉 ). Takie wszystko i nic związane z pracą maszynisty w Polsce, w dużej mierze opierające się na własnych doświadczeniach autora – chyba spodziewałam się mniejszej ilości wycieczek osobistych, a bardziej konkretnego reportażu. Na pewno z tej książki nie wyłania się Fascynujący świat pociągów, jak próbuje nas do tego przekonać okładka. Owszem, autor próbuje wytłumaczyć, dlaczego czasem zdarzało się jechać pociągiem bez ogrzewania zimą, dlaczego często niektóre składy są opóźnione, nawet na stacji początkowej. Nie zaprzeczę, że niektóre z tych ciekawostek mnie wciągnęły. Tak samo jak rozmyślania, że każdy maszynista musi się liczyć z tym, że prędzej czy później pewnie potrąci człowieka i takie wydarzenie niewątpliwie będzie miało wpływ na psychikę. Swoją drogą, fragmenty o tym, jak wyglądają potem śledztwa, były dobijające – ze względu na poziom zadawanych podczas nich pytań. Jak chociażby: czemu nie próbował pan zjechać na bok, widząc człowieka na torach? Aż wywołuje to w czytelniku chęć ironicznego uśmiechu… 😉 Ze względu na niektóre takie fragmenty nie ocenię tej książki najgorzej – jest po prostu przeciętna. Wiedząc, co dostanę, raczej bym jednak po nią nie sięgnęła.
Tytuł: Dawniej ludzie żyli w brudzie. Kiedy i dlaczego zaczęliśmy o siebie dbać? Autorka: Agnieszka Krzemińska Literatura: polska Wydawnictwo: Poznańskie
Wydaje mi się, że główny tytuł jest tu trochę mylący, bo książka nie opowiada jedynie o tym dawnym życiu w brudzie. To raczej reportaż przedstawiający chronologicznie, jak się zmieniało dbanie człowieka o swoje ciało i zdrowie na przestrzeni wieków. Naturalnie poruszane są tu kwestie mycia się czy walki z robactwem, ale też zobaczymy, jak zmieniało się podejście do kosmetyków i perfum, uprawiania sportu, sposobu ubierania się, a nawet jedzenia. Niezbyt przeszkadzało mi, że dostałam znacznie bardziej rozbudowaną tematykę, niż się tego spodziewałam – Krzemińska przedstawiła w swojej książce sporo ciekawostek. Było jednak w jej stylu coś męczącego – może nadmiar informacji w dość krótkiej książce, może zbyt pobieżne przedstawienie niektórych tematów, może za dużo niepewności co do dawnych czasów (nie mamy źródeł, ale można zakładać, że było tak lub tak, a może tak nie było… już chyba wolałabym krótką wstawkę pierwsze informacje na dany temat sięgają starożytnego Rzymu – jak było wcześniej, nie wiadomo). Takich drobiazgów się jednak trochę zebrało i w efekcie sporo czasu mi zajęło, nim przez ten reportaż przebrnęłam. Z drugiej strony, również sporo się dowiedziałam, więc nie mogę uznać tej książki za złą. Chyba po prostu miałam nieco wyższe oczekiwania… 😉
Tytuł: W ciemnej dolinie. Rodzinna tragedia i tajemnica schizofrenii Autor: Robert Kolker Tytuł oryginału: Hidden Valley Road: Inside the Mind of an American Family Tłumaczenie: Jan Dzierzgowski Literatura: amerykańska Wydawnictwo: Czarne
Kolejny bardzo dobry reportaż z Serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarnego. Tym razem przyszło mi się zmierzyć z historią dwudziestowiecznych badań nad schizofrenią oraz życiem jednej z najtragiczniejszych rodzin, o jakich miałam okazję czytać. Galvinowie mieli dwanaścioro dzieci: dziesięciu synów, z których sześciu zachorowało na choroby psychiczne (w owych czasach diagnozowane jako schizofrenię) oraz dwie córki, gnębione i molestowane seksualnie przez starszych braci. Kolker przedstawia historię Galvinów, jak z marzeń o dużej rodzinie została jedynie tragedia, przemoc i choroby psychiczne, wszystko za zasłoną milczenia. Jednak to, co było koszmarem dla członków rodziny, stało się ogromną ciekawostką naukową dla badaczy zastanawiających się, czy schizofrenię wywołują geny czy środowisko. Zachorowała połowa dzieci – czy to kwestia dziedziczności schizofrenii czy też może niewłaściwe podejście rodziców do wychowania? Ale w takim razie jak wytłumaczyć fakt, że druga szóstka nie miała schizofrenii? Książka jest świetnie napisana, z mnóstwem szczegółów, ale nie męczą one czytelnika. Rozdziały z życia Galvinów zgrabnie przeplatają się z konferencjami naukowymi i wynikami najnowszych (ówcześnie) badań odnośnie schizofrenii. Nieuchronnie też pada pytanie, czy w dzisiejszych czasach chorzy mężczyźni mogliby liczyć na lepszą opiekę lekarską? Choć choroby psychiczne stanowią główny wątek W ciemnej dolinie, to nie da się jednak ukryć, że historia Galvinów porusza wiele innych problemów. Przemoc, molestowanie seksualne, podyktowana religią chęć posiadania większej rodziny, niż człowiek jest w stanie wychować… Nic dziwnego, że nawet niechorujące na schizofrenię córki Galvinów potrzebowały lat terapii, by otrząsnąć się po dzieciństwie w takim domu. Reportaż Kolkera to bardzo emocjonalna książka, poruszająca czytelnika do głębi. Bardzo polecam tym, którym niestraszne są trudne tematy.
Tytuł: Rodziny himalaistów Autorki: Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, Joanna Sokolińska Literatura: polska Wydawnictwo: W.A.B.
Nie spodziewałam się, że Rodziny himalaistów mnie czymś zaskoczą – w końcu sporo już czytałam literatury górskiej i biografii wspinaczy. I faktycznie, niewiele tu było dla mnie nowego – może poza faktem, że Skrzydłowska-Kalukin i Sokolińska wybrały w swej książce mniej znanych himalaistów, nie opowiadają tu o największych gwiazdach wspinaczki. Podejście rodzin jednak pozostaje dość podobne 😉 . I nagromadzenie tych historii sprawiło, że książka mnie poruszyła, wywołała emocje, choć nie były one zbyt pozytywne. Bo choć rozumiem, że himalaizm jest z założenia egoistyczny, to jednak zgadzam się z zacytowanymi w książce słowami Piotra Pustelnika, jednego ze zdobywców wszystkich ośmiotysięczników: wybierając takie hobby, człowiek nie powinien zakładać rodziny. Bo jedna rzecz to związek z dorosłą osobą, która wie, na co się pisze, znając pasję partnera (choć ile z tych wchodzących w dorosłość kobiet faktycznie sądziło, że ten przystojny, lubiący wyjazdy w skałki chłopak parę lat później będzie je zostawiał na dużą część roku, bo Himalaje wzywają?). Ale dzieci się same na ten świat nie pchają. Więc decydować się na dzieci ze świadomością, że nie będzie się uczestniczyło w ich życiu i wychowaniu, bo większość roku spędza się w górach, że całość obowiązków spadnie na drugą połówkę, że często będzie tej rodzinie brakowało pieniędzy, bo pasja jest kosztowna… I ze świadomością, że ta ta pasja zabija, więc istnieje niemałe ryzyko osierocenia tych dzieci… To jest już poziom egoizmu, którego nie rozumiem i nie zrozumiem. A gdy jeden z bohaterów reportażu uznał nieposiadające dzieci himalaistki za kalekie – po czym wkrótce potem sam w górach zginął, osieracając własną rodzinę – to takie fragmenty książki naprawdę podnosiły mi ciśnienie. Jak sam himalaizm jest dla mnie niezmiernie fascynujący, sukcesy wspinaczy to coś, co z zainteresowaniem śledzę, tak uważam, że są pasje, które powinny odłożyć decyzję o założeniu rodziny na później. Jedna z zacytowanych w książce himalaistek usprawiedliwiała kolegę: Pewnie, że rodzina była bardzo ważna. Ale to góry były na pierwszym miejscu. I nie sądzę, by ktokolwiek się chciał w takiej rodzinie wychowywać… Oczywiście autorki dopuszczały do głosu nie tylko wspinaczy, ale też ich rodziny. Nie bez powodu tytuł wspomina o himalaistach, a nie generalnie wspinaczach – himalaizm to wyzwanie wymagające (zwłaszcza w czasach, o których mowa, czyli głównie latach osiemdziesiątych) wielomiesięcznych wypraw. Czyli niejednokrotnie rodziny przez większość część roku nie widziały męża/ojca (i w pojedynczych przypadkach: żony/matki). O ile partnerki himalaistów próbowały zaakceptować taką pasję, jakoś poradzić sobie z wyzwaniami codzienności, często narzekając jedynie w duszy, tak dzieci przyjmowały dwie różne pozy. Część kompletnie nie rozumiała pasji ojców i żałowała, że przez góry zostali osieroceni, nie mieli okazji wychowywać się w pełnej rodzinie. Inni starali się jak najwięcej o ojcach dowiedzieć, dbali o pamięć o nich, a często też próbowali iść ich śladami. Z lektury wyłania się jednak obraz młodych ludzi w różny sposób próbujących poradzić sobie z traumą z dzieciństwa. Może trochę razić, że autorki tak mocno skupiały się na udowadnianiu tezy, że rodziny himalaistów cierpią nieraz bardziej niż sami wspinacze, marznący w wysokich górach. Z drugiej jednak strony… O tych rodzinach się często nie mówi, żyją oni w cieniu himalaisty, a warto podkreślić, z czym się muszą mierzyć przy tak niebezpiecznej pasji członka rodziny. Rodziny himalaistów to nie jest rewelacyjnie napisana książka, jedne rozdziały czyta się lepiej, inne gorzej. Dużym plusem jest dobór mniej znanych bohaterów, minusem zaś powtarzalne doświadczenia i nieco irytujące wypowiedzi niektórych osób ślepo zapatrzonych w legendę himalaistów. Nie jest to lektura dla każdego – ludzie interesujący się wspinaczką nic nowego z niej nie wyniosą. Jeśli jednak ktoś myśli, że himalaiści to bohaterowie, a największym wyzwaniem dla nich jest wysiłek fizyczny… To może dobrze by było takie myślenie zweryfikować 😉 .
Tytuł: Cafe Macondo. Reportaże z Kolumbii Autor: Maciej Wesołowski Literatura: polska Wydawnictwo: Agora
Jeden z lepszych reportaży o Kolumbii, jaki trafił w moje ręce. Dobrze napisany, dość nowy, więc obejmujący też w miarę aktualne wydarzenia. Nie skupia się tylko na Escobarze, narkotykach i kawie, choć oczywiście tych wątków też tu nie brakuje. Wesołowski opowiada o najważniejszych wydarzeniach, które wstrząsnęły Kolumbią w ostatnich kilkudziesięciu latach – o zabójstwie kandydata na prezydenta Jorge Gaitána, o powstaniu FARC, o założeniu Ruchu 19 Kwietnia i jego najgłośniejszych akcjach, o zamachu w El Nogal… Tak, wyłania się z tego reportażu dość negatywny obraz kraju, ale Wesołowski pokazuje też, jak Kolumbia próbuje się zmieniać. Próby rozliczenia prezydenta Uribe, szybko rozwijające się Medellin, chcące zerwać z wizerunkiem miasta Escobara, programy mające wdrożyć z powrotem do społeczeństwa dawnych partyzantów… Owszem, przed Kolumbią jest jeszcze długa droga do przyjaznego obywatelom, bezpiecznego kraju, ale autor ukazuje, że dużą część tej drogi naród już przeszedł. Że stereotypy, które od lat tkwią w głowach obcokrajowców, utrwalone przez Narcos, powoli tracą na aktualności. Warto przeczytać, zwłaszcza, jeśli czyjaś wiedza o Kolumbii opiera się właśnie na tych stereotypach 😉 . Oczywiście skądś te stereotypy się muszą brać – i nie mam tu na myśli tych związanych z narkotykową przeszłością kraju. Wesołowski dopuszcza do głosu wielu poznanych Kolumbijczyków i część z nich też nie ukrywa, że kultura macho jest dla nich naturalna, że przemoc czasem jest rozwiązaniem, a Escobar to wcale nie był taki zły. Cóż, warto pamiętać, że Kolumbia to kraj z 50 milionami obywateli, ludzi o przeróżnych doświadczeniach – a ile ludzi, tyle opinii. Podoba mi się, że autor chce w swym reportażu pokazać ten przekrój społeczeństwa, te różne światopoglądy. W efekcie z książki wyłania się fascynujący, różnorodny kraj z tragiczną historią. Do tego historią ciekawie przedstawioną, uporządkowaną, pozwalającą sobie ułożyć w głowie najważniejsze wydarzenia. Wesołowski nie aspiruje ze swoim reportażem do dokładnego wyczerpania kolumbijskiego tematu, ale poszczególne historie są kompletne i poruszające – a tego od tej lektury oczekiwałam.
Tytuł: Ściana Autorka: Marlen Haushofer Tytuł oryginału: Die Wand Tłumaczenie: Zofia Kania Literatura: austriacka Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Zaskoczyła mnie ta powieść, okazała się dużo lepsza, niż się tego spodziewałam. Akcja rozgrywa się w austriackich Alpach, gdzieś w połowie XX wieku (Ścianę wydano w 1963 roku) – główna bohaterka i narratorka odwiedza znajomych w górskim domku. Nie poznajemy nawet jej imienia, bo nie uznaje ona, że taka wiedza jest potencjalnemu czytelnikowi jej notatek do czegoś potrzebna. Znajomi bohaterki jadą wieczorem do pobliskiego miasteczka, a ona decyduje się odpocząć w domku. Jednak kiedy budzi się rano, oni jeszcze nie wrócili, a kobiecie coraz bardziej wydaje się, że dzieje się coś dziwnego. Próbuje więc dojść do miasteczka i okazuje się, że to jest niemożliwe. Góry oddzieliła od świata potężna, niewidzialna ściana, za którą najprawdopodobniej wszyscy ludzie i zwierzęta umarli. Narratorka więc musi przeżyć sama w górach, zadbać o wyżywienie, kilka zwierząt pod swoją opieką, o przeżycie w trudnych, alpejskich warunkach. Początkowo lektura rodziła we mnie coraz więcej pytań – co się stało, dlaczego to się stało, czemu narratorka nie próbuje się przebić przez ścianę, tylko zaakceptowała swoją bezradność? Ona jednak nie odpowiadała na pytania, tylko opisywała swoją codzienność w tej niesamowitej sytuacji… a ja nagle odkryłam, że ta książka mnie wciąga, fascynuje, że nie przeszkadza mi brak odpowiedzi na te wszystkie pytania, bo to, jak opisano zmiany zachodzące w głowie kobiety, zachwyca mnie dużo bardziej niż potencjalne naukowe teorie ściany. Lektura która mogła być ciekawą fantastyką lub antyutopią, stała się genialną powieścią psychologiczną. Wydawać by się mogło, że w tej górskiej codzienności niewiele się dzieje, ale czytelnik szybko zaczyna dostrzegać każdy mały drobiazg. Jak to nic się nie dzieje? A zmiany pogodowe? A karmienie zwierząt? A praca w polu? A zabawa z kotem? Kiedy myślę o tym po zakończonej lekturze, aż ciężko mi uwierzyć, w jak wciągający sposób można opisać takie życie. Mocno przełomowe są tylko dwa momenty – początek, gdy pojawia się tytułowa ściana, i koniec, którego spojlerować nie będę 😉 . Choć często robi to i sama narratorka, już w trakcie snucia opowieści wspomina, że coś się później stanie, nie ma tu niespodzianek. I nawet to mi nie przeszkadzało… Jest coś niesamowicie wciągającego w Ścianie Haushofer, do tego bardzo dobry styl i – niestety – niewielka objętość. W efekcie całość się raczej pochłania, a nie czyta 🙂
Tytuł: Die Chroniken von Narnia: Der König von Narnia Autor: C.S. Lewis Tytuł oryginału: The Chronicles of Narnia: The Lion, the Witch and the Wardrobe Tłumaczenie: Lisa Tetzner Literatura: brytyjska Wydawnictwo: Brendow Verlag
Czerwcowe wyzwanie LC było dla mnie wyjątkowym wyzwaniem, bo cóż, z literaturą dziecięcą jest mi nie po drodze. Już na wstępie postanowiłam sobie, że przeczytam książkę po niemiecku, żeby wyzwanie wymagało nieco więcej wysiłku 😉 . Z wyborem lektury problemu nie miałam – zdecydowałam się sięgnąć po Opowieści z Narnii, bo mimo ogromnej popularności serii, nic z niej nie czytałam ani nie oglądałam. Wiedziałam jedynie, że to klasyka fantastyki dziecięcej i młodzieżowej, a skoro nie czytałam jej jako dziecko czy młodzież, przyszedł czas, żeby to nadrobić. Spodziewałam się czegoś na miarę tolkienowskiego Hobbita – ot, takie przystępne i dla dzieci wprowadzenie do świata fantastycznego, nic wybitnego, ale fajna, przygodowa lektura. W końcu skądś ten fenomen Opowieści z Narnii musiał się wziąć… Książkę przemęczyłam i fenomenu nie rozumiem. Może spodobałaby się małej mnie, ale już jako nastolatka wolałam zdecydowanie ambitniejsze lektury. Dorosła ja co rusz zadawała sobie pytanie serio? to się stało takim hitem?… Bardzo płytcy bohaterowie, przewidywalna do bólu akcja, wszystko się dzieje w krótkim czasie i kompletnie nie ma w tym logiki (tak, uważam, że świat fantastyki może się rządzić prawami swoistej logiki 😉 ). Miałam wrażenie, jakbym raczej czytała luźno napisaną baśń, w której narrator sobie wymyśla historię, a nie porządną książkę fantastyczną. Do tego czwórka głównych bohaterów to dzieci, czyli – jak to dzieci – nie myślą i nie zachowują się racjonalnie, a do tego są irytujący. Zdaję sobie sprawę, że ta książka jest skierowana do innego czytelnika niż ja, pewnie dziecięca wyobraźnia nie wymaga logiki ani analizy psychologicznej bohaterów. Jednak klasycy w stylu Tolkiena czy Rowling udowodnili, że da się pisać fantastykę dziecięcą i młodzieżową w taki sposób, by nawet dorosły czytelnik z przyjemnością do takiej lektury wracał. Lewisowi się to jednak nie udało. Po kontynuację sięgać nie zamierzam, bo za największy plus Lwa, czarownicy i starej szafy uważam fakt, że była to krótka książka i szybko miałam ją za sobą. I tylko trochę pozostaje poczucie żalu, że był bardzo ciekawy pomysł na fabułę, tylko to wykonanie kompletnie mi nie podeszło…
Tytuł: Jak przeżyć w starożytnym Egipcie Autorka: Charlotte Booth Tytuł oryginału: How to survive in ancient Egypt Tłumaczenie: Maciej Miłkowski Literatura: brytyjska Wydawnictwo: Wyd. Poznańskie
Opis tej książki brzmiał dla mnie bardzo zachęcająco, ale treść okazała się rozczarowaniem. Jak przeżyć w starożytnym Egipcie miało być czymś w rodzaju przewodnika skierowanego do mężczyzny przybywającego do starożytnych Teb – na co zwracać uwagę, co i gdzie zjeść, jak szukać pracy, co jest najważniejszym elementem lokalnej kultury… No pomysł był świetny, historia przedstawiona z kompletnie innego punktu widzenia. Niestety, na pomyśle się skończyło. Rozdziały przewodnikowe stanowią tylko część lektury, przeplatają się z różnymi ogólnymi historycznymi wstawkami, przeróżnymi dodatkami czy wiesz, że… . I nie byłoby to samo w sobie złym pomysłem, gdyby nie to, że książka ma ledwo ponad 200 stron. Po prostu nie da się zmieścić tak ogromnej wiedzy historycznej w tak niewielkiej objętościowo książce – to musi być bardzo powierzchowne. W efekcie Booth porusza tu mnóstwo tematów, ale żaden nie jest wyczerpany. Inna kwestia to fakt, że wstawki pozaprzewodnikowe często dotyczą innych epok niż ta, w której miałby żyć odbiorca książki, więc ta chronologiczna mieszkanka też psuła mi trochę odbiór lektury. Jedyne plusy to dość lekki i przystępny styl autorki oraz dobór niektórych ciekawostek, zachęcający do sięgnięcia po inne lektury. Ale na Jak przeżyć w starożytnym Egipcie to jednak szkoda czasu…
Tytuł: Nie mówcie, że nie mamy niczego Autorka: Madeleine Thien Tytuł oryginału: Do not say we have nothing Tłumaczenie: Łukasz Małecki Literatura: kanadyjska Wydawnictwo: Wyd. Literackie
Lubię takie powieści, w których niby niewiele się dzieje, bo akcja jest tak mocno skupiona na detalach, a jednak za tymi detalami jest mnóstwo istotnych wydarzeń. Gdy do tego dodamy piękny styl Madeleine Thien, powstaje naprawdę wciągająca lektura. W rytm Nie mówcie, że nie mamy niczego musiałam się wkręcić, wyłapać powiązania między bohaterami, ale kiedy to nastąpiło, książkę czytało mi się świetnie. Narratorką jest Marie Jiang, mieszkająca w Kanadzie córka chińskich imigrantów, której ojciec nagle zostawia rodzinę, wyjeżdża do Azji, gdzie popełnia samobójstwo. A wkrótce potem do jej domu trafia młoda chińska (prawie) studentka, córka przyjaciela ojca, która uciekła z kraju po uczestnictwie w protestach na placu Tiananmen. Pod wpływem jej obecności Marie powoli odkrywa przeszłość zarówno swojego ojca, jak i ojca nowej znajomej. A ta przypadła na burzliwą drugą połowę XX wieku, gdy komunistyczne Chiny rozprawiały się z ludźmi, których uważały za zagrożenie. Mamy więc w tle ludzkie tragedie, burzliwe czasy oraz… dużo muzyki. Bo okazuje się, że obaj ojcowie zajmowali się muzyką i ta tematyka przewija się w książce często – dla niektórych może nawet za często, choć mi osobiście takie wątki nie przeszkadzały. Życiorysy głównych bohaterów są tak zagmatwane, że akcja wielokrotnie zaskakuje czytelnika. Losy wielu z nich są tragiczne, ale oddają to, jak komunistyczne Chiny traktowały ludzi uznanych za wrogów rewolucji. Akcja się rozkręca, by dojść do punktu kulminacyjnego, którym są protesty na placu Tiananmen – w fascynujący sposób przedstawione z punktu widzenia dwóch pokoleń: studentów oraz ich rodziców, którzy też sporo wycierpieli w poprzednich dekadach. Thien nie próbuje tu zapewnić czytelnikowi lekcji historii Chin, ale raczej zgłębia się w uczucia tych, którzy chcąc nie chcąc w tej historii musieli uczestniczyć. Nie mówcie, że nie mamy niczego to lektura, która bardzo mnie wciągnęła i naprawdę zachwyciła, bardzo polecam 🙂 .