Opublikowany w Reportaż

Tomasz Grzywaczewski – Granice marzeń

Tytuł: Granice marzeń. O państwach nieuznawanych
Autor: Tomasz Grzywaczewski
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

To drugi reportaż Grzywaczewskiego, po który sięgnęłam i mam wrażenie, że Wymazana granic podobała mi się bardziej. Fakt, że były tam słabe rozdziały, ale było i kilka świetnych. Granice marzeń są bardziej wyrównane, książka trzyma stały poziom, ale też nic się w niej szczególnie nie wybija. Autor skupił się na kilku rejonach europejskich, będących przed laty częściami ZSRS, które po rozpadzie mocarstwa próbowały się oddzielić od nowo utworzonych państw. Górski Karabach, Osetia Południowa, Abchazja, teraz też republiki separatystyczne Ukrainy… Grzywaczewski widocznie faworyzuje tu Abchazję, o tym państwie nieuznawanym napisał zdecydowanie najwięcej – a że ja ledwo przed miesiącem czytałam Abchazję Góreckiego, więc powtórzone wiadomości nieco mnie przynudziły. Spodziewałam się, że więcej wyniosę z tej lektury, ale Grzywaczewski stawia bardziej na rozmowy z ludźmi i ich odczucia (na co nie narzekam, żeby nie było 😉 ), a nie na samą historię.
Granic marzeń nie czyta się źle, ale też nie porywają one czytelnika. Z książki wyłania się obraz państw nieuznawanych, z których część chce niepodległości, inne wolałyby dołączyć do Rosji. Ludzie mają jednak świadomość, że życie w takim wydzielonym państwie nie będzie łatwe – powiedzmy, że nawet wywalczymy wolność, ale co dalej? Sąsiednie państwa będą wrogie, kraj zniszczony wojną, mnóstwo ludzi żyje na uchodźstwie… a młodzież marzy tylko o ucieczce gdzie indziej. Nie chcą budować świata z gruzów, jeśli można dobrze żyć np. w Turcji. Niepodległego państwa nie będzie miał kto tworzyć, a przyłączone do Rosji stanie się jedynie małą, nic nie znaczącą i biedną dzielnicą ogromnego państwa. Po skończonej lekturze miałam dość smutne odczucia, co jest chyba na plus – książka nie zostawiła mnie przecież obojętną 🙂 .

Przeczytane: 23.07.2022
Ocena: 6/10

Opublikowany w Publicystyka

Katarzyna Tubylewicz – Szwedzka sztuka kochania

Tytuł: Szwedzka sztuka kochania. O miłości i seksie na Północy
Autorka: Katarzyna Tubylewicz
Literatura: polska
Wydawnictwo: Wielka Litera

Fanką Tubylewicz nie jestem, ale po jej książki dotyczące Szwecji zazwyczaj sięgam i tak, bo po prostu interesuje mnie ta tematyka. Po paru lekturach wiem już, że podchodzą mi jej wywiady i reportaże, a kompletnie nie trafia do mnie jej opowiadanie o wszystkim i o niczym (w stylu ostatniej książki Samotny jak Szwed). Miałam nadzieję, że Szwedzka sztuka kochania pójdzie raczej w tym pierwszym kierunku i faktycznie trochę tak było – fajnie dobrani rozmówcy, ciekawe wywiady. Książka popłynęła w trochę innym kierunku, niż się tego spodziewałam i nie wszystko mi podpasowało, ale no, życie 😉 . Z drugiej strony rozdziały poświęcone np. rodzinie poliamorycznej czy wywiad z Agnetą Pleijel i jej młodszym mężem, Maciejem Zarembą wręcz pochłaniałam, tyle w nich było ciekawych wątków. Szwedzka sztuka kochania jest dla mnie dość nierówna, są tu rozdziały lepsze i gorsze, trochę typowego dla Tubylewicz lania wody też tu znajdziemy. A, no i kompletnie niepasujące do książki zdjęcia, ale robione przez syna autorki, więc jak zwykle musiały się w druku pojawić 😉 . Całościowo była to całkiem przyjemna lektura, faktycznie znalazłam tu parę ciekawostek, ale też nie powiedziałabym, że zmieniła mój światopogląd i czytałam ją z zapartym tchem. Autorka ma na swoim koncie gorsze książki, więc nie miałam tu za wysokich oczekiwań i dobrze na tym wyszłam – przeczytałam, było ok, do lektury nie spodziewam się wrócić.

Przeczytane: 21.07.2022
Ocena: 6/10

Opublikowany w Historia

Agnieszka Cubała – Sten pod pachą, bimber w szklance, dziewczyna i… Warszawa

Tytuł: Sten pod pachą, bimber w szklance, dziewczyna i… Warszawa
Autorka: Agnieszka Cubała
Literatura: polska
Wydawnictwo: Bellona

Przeczytałam opis, zobaczyłam wysokie oceny i nastawiłam się na coś tak wyjątkowego, a tymczasem… Zdecydowanie mocną stroną tej książki jest świetny dobór cytatów – wypowiedzi powstańców na różne tematy ukazują Powstanie Warszawskie ze strony, jakiej dotąd nie znałam. Ale czy naprawdę powinnam się zachwycać książką dlatego, że Cubała umiejętnie wkleiła cudze wypowiedzi? Bo jak przychodzi do jej autorskich fragmentów, to czyta się… jak jakąś uniwersytecką pracę historyczną – i to bardziej pracę licencjacką, a nie podręcznik akademicki. Jakby autorce zależało na tym, by nabić jak najwięcej słów – wymienianie na dwie-trzy strony nazwisk, podawanie dokładnych adresów wszystkich wspominanych miejsc, masa szczegółów bardzo utrudniających odbiór książki. Do tego niektóre rozdziały się zazębiają i Cubała, zamiast nawiązać do wspomnianego wcześniej tematu, po prostu się powtarza – czasem miałam wrażenie, że całe akapity są powtórzone niemal słowo w słowo. Zatem z jednej strony jest bardzo ciekawa tematyka, fajnie zorganizowane rozdziały, poruszone bardzo ważne kwestie, wypowiedzi powstańców, które czyta się nieraz z zapartym tchem… A z drugiej strony jest autorka i jej wypociny. Kontrast niesamowity. Plus jest taki, że cytaty stanowią z dobrą połowę książki, w niektórych rozdziałach nawet więcej, więc czasem się zapomina o autorskiej narracji 😉 .
Wciąż jednak myślę, że warto przeczytać Sten pod pachą…, zaciskając zęby na dłuższych fragmentach pisanych przez autorkę. Zobaczymy, że Powstanie Warszawskie to nie był tylko bohaterski zryw i chęć walki do ostatniego, ale też muzyka i poezja, głód i brud, brak wiary w aliantów, brak zrozumienia ze strony cywilów (bo większość Warszawiaków nie walczyła w powstaniu – większość głodowała, traciła dorobek życia, patrzyła na śmierć bliskich i nie rozumiała, w imię czego to zniszczenie miasta…), alkohol i niechęć do walki, a nawet dezercje. To mnóstwo dobrych, jak i tragicznych momentów, wiara w wolną ojczyznę i brak chęci życia. Cubała pokazuje w swej książce bardzo ludzką twarz Powstania Warszawskiego i w czasach, gdy media gloryfikują je na potęgę, warto też spojrzeć na nie z tej innej strony 🙂 .

Przeczytane: 18.07.2022
Ocena: 6/10

Opublikowany w Historia, Reportaż

Witold Szabłowski – Sprawiedliwi zdrajcy

Tytuł: Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia
Autor: Witold Szabłowski
Literatura: polska
Wydawnictwo: Znak

Ukrywający Żydów podczas II wojny światowej doczekali się tytułu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, zasadzono im specjalne drzewa, pisano o nich książki i snuto opowieści. Sprawiedliwi Ukraińcy z Wołynia nie mieli na co liczyć. O ich czynach się nie pisze i nie mówi, media – jak to media – nagłaśniają tylko jeden obraz historii. Więc opowiada się o Ukraińcach bestialsko mordujących Polaków, a Ukrainiec zabity i torturowany przez swoich, bo nie chciał wydać polskiego ukochanego córki odchodzi w zapomnienie. Pamięta się o napadach na polskie wioski, a zapomina o Ukraińcach pokazującym Polakom, gdzie nocują przywódcy UPA, by uniemożliwić im rzeź Polaków. Tak, stosunki polsko-ukraińskie na Wołyniu nie były idealne, Polska mocno się starała, by mniejszość ukraińska nie czuła się w odrodzonym po I wojnie państwie jak w domu. Ale choć większość Ukraińców chciała wolnej Ukrainy, to nie wszystkim pasowały metody UPA. I o nich opowiada Szabłowski – zarówno o tych odważnych, co partyzantom się sprzeciwiali, nie pozwalali mordować dzieci, a osierocone brali pod swoją opiekę, ukrywali Polaków po domach i wywozili ich w bezpieczne rejony, ostrzegali przed atakami, jak i o tych, co na bezpośredni sprzeciw nie mieli odwagi, ale kombinowali, by wywinąć się od morderczych akcji, a gdy atak się skończył, szli zobaczyć, czy ktoś przeżył i potrzebuje pomocy. Dla Polaków byli tymi sprawiedliwymi, dla swoich – zdrajcami. Bo jak to udowadnia autor – zbrodnia nie ma religii i narodowości, zarówno zbrodnie, jak i dobro, mają twarze konkretnych ludzi. I to o nich powinniśmy pamiętać.
Nie do końca podszedł mi styl Szabłowskiego, takie przeskakiwanie z wydarzenia na wydarzenie. Obok sytuacji z lat czterdziestych mamy podróże autora na współczesny Wołyń, poszukiwanie sprawiedliwych lub ich rodzin. Ta współczesność czasem ciekawi, czasem trochę przynudza – niby dobrze wiedzieć, jak się dalej potoczyły losy mieszkańców, ale te wizyty autora po domach na herbatkę można by pominąć 😉 . Z tych nowszych części wyłania się obraz ludzi – zarówno Polaków, jak i Ukraińców, którzy w świetle obecnych, dużo lepszych niż przed laty relacji między narodami, chcieliby ten temat zostawić za sobą. Tak, dokonało się wiele zła – z obu stron, między ludźmi było wiele nienawiści, ale to już przeszłość. Teraz trzeba żyć, współpracować, pomagać sobie – a Wołyń udowodnił, że ta chęć pomocy pojawia się czasem w najbardziej niemożliwych okolicznościach. I choć styl Szabłowskiego mi nie zawsze podchodził, to wciąż bardzo polecam tę książkę – jest bardzo dobra i bardzo potrzebna. Żeby było jasne – niczemu tu się nie zaprzecza, nikogo nie próbuje wybielić. Autor wielokrotnie wspomina o dokonanych na Wołyniu mordach, skupia się jednak na pokazaniu tych, którzy ryzykując własne życie ratowali sąsiadów, występując przeciw własnemu narodowi. I ważne jest, byśmy o nich nie zapomnieli 🙂 .

Przeczytane: 17.07.2022
Ocena: 7/10

Opublikowany w Reportaż

Jessica Bruder – Nomadland

Tytuł: Nomadland. W drodze za pracą
Autorka: Jessica Bruder
Tytuł oryginału: Nomadland: Surviving America in the Twenty-First Century
Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Czarne

Zachęcona pozytywnymi recenzjami oraz nagrodą Kapuścińskiego za reportaż roku 2020, sięgnęłam po Nomadland Bruder. Sięgnęłam i utknęłam, bo pierwsze rozdziały czytało mi się dość ciężko i nie rozumiałam zachwytów. Autorka próbowała zbliżyć się do amerykańskich nomadów, ludzi, którzy z powodu swojej sytuacji finansowej mieszkają w autach, przyczepach, kamperach i jeżdżą za sezonową pracą tam, gdzie się ona znajdzie. Te podchody Bruder do tych ludzi były dla mnie na początku męczące, ale sama nie zauważyłam, kiedy wszystko stało się jakoś bardziej naturalne. Autorka czuła się wśród nomadów coraz spokojniej, zawarła bliższe znajomości, a te osoby zaczęły opowiadać swoje historie. I te historie naprawdę mnie wciągnęły, każdy kolejny rozdział czytało mi się coraz lepiej. Nomadland udowadnia, że przy obecnej sytuacji w USA (nieproporcjonalnie wysoki koszt mieszkań do zarobków, plus akademickie długi na starcie dla wielu młodych ludzi) American Dream już dawno odszedł do lamusa. Można mieć wykształcenie, dobrą pracę, lata doświadczenia, oszczędności i nagle z dnia na dzień zostać z niczym, bo choroba, rozwód, załamanie rynku finansowego. I gdy pieniędzy przestaje starczać na wszystko, niektórym najłatwiej zrezygnować z dachu nad głową… A w domu na kółkach można zatrzymać się wszędzie i złapać każdą pracę – magazyny Amazona przyjmą takich pracowników z otwartymi ramionami.
Nomadland to smutny reportaż, choć wyłania się też z niego obraz człowieka, który jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. Jak doświadcza tego sama Bruder, to początki są najtrudniejsze. W książce przeplatają się własne wspomnienia autorki ze spotkań z nomadami, ich mniej lub bardziej szczegółowe opowieści plus trochę uzupełniających historię danych. Po przebrnięciu przez nieco słabszy początek, dalsza część Nomadlandu jest ciekawa i wciągająca, kończy się wręcz za szybko. Nie daje też odpowiedzi na pytanie, jak pomóc bohaterom reportażu, bo wydaje się, że w obecnych warunkach amerykańskich pomóc im się nie da. Więc nomadzi próbują polubić to życie na kółkach, tymczasowe prace, nowe wyzwania i znajomości. Chyba z ciekawości poszukam jeszcze informacji, czy książka Bruder wpłynęła jakoś na postrzeganie nomadów w amerykańskim społeczeństwie, było o niej w końcu głośno 😉 .

Przeczytane: 16.07.2022
Ocena: 7/10

Opublikowany w Historia

Antony Beevor – Stalingrad

Tytuł: Stalingrad
Autor: Antony Beevor
Tytuł oryginału: Stalingrad
Tłumaczenie: Mirosław Bielewicz
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Znak

Odkąd odkryłam książki Beevora, chętnie sięgam po jego opisy najważniejszych momentów II wojny światowej. Stalingrad okazał się póki co najsłabszą z przeczytanych przeze mnie książek tego autora, choć – żeby było jasne – wciąż jest to bardzo dobra lektura. Po prostu już nie tak rewelacyjna… 😉 Beevor swoim zwyczajem przedstawił w Stalingradzie dość długie wprowadzenie (właściwie omówił całkiem szczegółowo cały plan Barbarossa), zanim przeszedł do właściwego tematu. Lubię u niego te wprowadzenia, że główne wydarzenie nie jest zawieszone w historycznej próżni, ale fakt, że w Stalingradzie już mi się to trochę dłużyło. Do tego, w przeciwieństwie do poprzednio czytanych przeze mnie książek, mniej tu punktu widzenia cywilów (co zawsze bardzo sobie ceniłam), a także zdarzały się komentarze w stylu podobno ktoś widział żołnierza, który coś zrobił, bez przypisów… U Beevora zawsze sobie ceniłam wielką dokładność w sięganiu po źródła, dlatego takie zdania były dla mnie tu negatywnym zaskoczeniem. Ale poza tymi drobiazgami (bo to naprawdę drobiazgi w skali całej lektury), Stalingrad czytało się świetnie. Autor szczegółowo przedstawił całą bitwę, jak zmieniała się przewaga sił, jak na działania swoich armii reagowali Hitler i Stalin, jak cierpieli zmuszeni do walki w zimowych warunkach żołnierze… Dużo szczegółów, dużo poruszających fragmentów, wojna ukazana zarówno z wojskowej, jak i z czysto ludzkiej perspektywy.
Beevorowi udało się osiągnąć to, co myślałam, że jest nieosiągalne. Przedstawił żołnierzy walczących pod Stalingradem w oparciu o zapiski z dzienników, listy, wspomnienia – i wyłonił się z nich taki obraz, że aż czytelnik zaczynał czasem współczuć Niemcom. Z punktu widzenia polskiego odbiorcy trudno się tutaj wczuwać w którąkolwiek ze stron – jakby nie patrzeć dla nas i Niemcy i Rosjanie byli okupantami… Ale u Beevora są po prostu ludźmi, przynajmniej ci zwykli żołnierze. Dowódcy to już inna bajka, tu w grę wchodzi polityka, własna sława, z jednej strony chęć zostania legendą i przysłużenia się państwu, z drugiej niemożność spełnienia nierealnych żądań dyktatorów. Stalingrad to nie tylko opis poszczególnych działań wojskowych, choć te są tu oczywiście też świetnie opisane. To historia całokształtu zmagań, które przesądziły o zmianie biegu II wojny światowej. Ciekawa, wciągająca, precyzyjnie opisana historia – warto po tę książkę sięgnąć.

Przeczytane: 12.07.2022
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Yōko Ogawa – Podziemie pamięci

Tytuł: Podziemie pamięci
Autorka: Yōko Ogawa
Tytuł oryginału: 密やかな結晶
Tłumaczenie: Anna Karpiuk
Literatura: japońska
Wydawnictwo: Tajfuny

Ogawa chyba lubi poruszać w swoich powieściach wątki związane z pamięcią i zapominaniem, w końcu w podobnej konwencji napisane było Ukochane równanie profesora. Podziemie pamięci podobało mi się mniej niż tamta powieść, wciąż jednak czytało mi się dobrze, a fabuła mnie wciągnęła. Nie trafiło do mnie jedynie zakończenie, niby wynikające z poprzednich rozdziałów, ale tak jakoś… nie podobało mi się 😉 . Sam pomysł na książkę był jednak bardzo fajny – jest wyspa, na której co jakiś czas coś znika, a ludzie niemal natychmiast zapominają, że daną rzecz znali. Jednego dnia usychają wszystkie róże, a mieszkańcy wyspy nie są w stanie sobie przypomnieć ich zapachu, innego dnia spalone zostają wszystkie zdjęcia, a ludziom samo słowo fotografia zaczyna dziwnie brzmieć… Jednak nie na wszystkich to tak działa, wciąż są osoby, które pamiętają fotografie, róże i wszystkie inne rzeczy, których na wyspie już nie ma. Muszą się oni ukrywać, bo na ich tropie jest tajna policja dbająca o to, by to, co zapomniane, faktycznie takie było. Podziemie pamięci to książka pozostawiająca czytelnikowi więcej pytań, niż dająca odpowiedzi, ale ten zagadkowy świat wciągnął mnie. Spodobała mi się też kreacja bohaterów – są po prostu ludzcy, bez żadnych abstrakcyjnych zachowań. Chcą pomóc bliskim i znajomym, ale też martwią się o swój własny los, nie chcą stwarzać problemów. Świat tajemniczej wyspy poznajemy z punktu widzenia narratorki, pisarki, która miała w swoim otoczeniu kilka bliskich osób pamiętających dawne przedmioty, choć sama wszystko zapominała jak większość społeczeństwa.
Podoba mi się styl Ogawy, jest lekki, przystępny, jej książki czyta się szybko, nawet jeśli wydaje się, że w danym rozdziale właściwie nic się nie dzieje. W Podziemiu pamięci akcja jest nieco bardziej wartka niż w Ukochanym równaniu profesora, nie ma co się jednak spodziewać gwałtownych zwrotów akcji i szalonych wydarzeń. Tu wszystko kręci się wokół pamiętania i zapominania. W powieściach tej autorki jest coś, do czego mi najbardziej pasuje przymiotnik ładny – są one po prostu ładne. Lektura mnie odprężyła, nawet jak zakończenie do mnie nie trafiło, to nie mam poczucia zmarnowanego czasu. W sumie ciekawa książka, naprawdę polecam, zwłaszcza tym, co już styl Ogawy znają i wiedzą, że im pasuje 🙂 .

Przeczytane: 11.07.2022
Ocena: 7/10

Opublikowany w Biografie i wspomnienia, Literatura piękna

Marie Benedict – Pani Einstein

Tytuł: Pani Einstein
Autorka: Marie Benedict
Tytuł oryginału: The other Einstein
Tłumaczenie: Natalia Mętrak-Ruda
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Sięgając po tę książkę, nie miałam pojęcia, że jest to biografia sfabularyzowana. Może to i dobrze, bo pewnie nie zdecydowałabym się na lekturę, a Panią Einstein czytało mi się naprawdę dobrze. Benedict zdecydowała się przedstawić historię Milevy Marić-Einstein w formie opowiadań z najważniejszych momentów w życiu, pisanych w narracji pierwszoosobowej. Książka zaczyna się od przeprowadzki młodej dziewczyny do Zurychu na studia z fizyki, towarzyszymy Milevie w edukacji, widzimy, jak poznaje młodszego od siebie Alberta Einsteina, jak kwitnie ich romans, potem przychodzi ślub, dzieci, odejście od nauki… aż po rozwód pary. Warto zauważyć – szczególnie, jeśli komuś przeszkadzają nieścisłości historyczne – że tak prowadzona narracja nie pozwala na niedopowiedzenia lub różne wersje wydarzeń. Były w życiu Einsteinów rzeczy, które są niejasne dla biografów słynnego fizyka – co się stało z ich córką, jaki był udział Milevy w pracach Alberta…? Jako że Benedict przedstawiła historię z punktu widzenia swojej bohaterki, musiała przyjąć któreś teorie za prawdziwe. W końcu Mileva nie mogłaby stwierdzić, że nie wiem, czy moje dziecko umarło czy oddałam je do adopcji – w przypadku takich niewiadomych autorka wybrała najbardziej prawdopodobne (ze swojego punktu widzenia) wersje wydarzeń i w oparciu o nie kontynuowała historię. Warto mieć to na uwadze, czytając książkę, ale myślę, że nie psuje to odbioru lektury. Życie pani Einstein zdecydowanie zasługuje na opowieść, bo w pewien sposób jest nawet bardziej fascynujące od życia jej męża. Sam związek Einsteinów, jaki wyłania się z lektury, też porusza czytelnika – poznajemy fizyka jako młodego studenta zakochanego w mądrej koleżance i zafascynowanego ich współpracą, a żegnamy jako tyrana, który zniszczył karierę swojej żony, a potem i własną rodzinę. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania 😉 .
Benedict oparła się w Pani Einstein na licznych dostępnych materiałach, w tym listach miłosnych, które Mileva i Albert wymieniali w pierwszych latach znajomości oraz w zachowanych listach Milevy do jej przyjaciółki Helene. Autorka starała się oddać zmiany zachodzące w kobiecie na przestrzeni lat – dążenie do zdobycia wiedzy, zauroczenie kolegą ze studiów, tworzenie związku opartego na współpracy naukowej… to wszystko było pełne pozytywnych emocji, nic dziwnego, że młoda kobieta chciała wieść takie życie. Ale potem przyszła codzienność, ciąże i porody, problemy zawodowe i finansowe, a w końcu ogromna sława męża, dla którego żona stała się jedynie gospodynią dbającą o wygodę jego domu. Przyznam, że Benedict udało się tak opisać całość, że aż czytelnik kończy lekturę z mocno negatywnym nastawieniem do słynnego fizyka. I co z tego, że był geniuszem, gdy często brakowało mu po prostu człowieczeństwa…? Szkoda, że książka właściwie kończy się na rozstaniu Einsteinów, Mileva zmarła dobre 30 lat później i ciekawie byłoby poznać jej życie po odejściu od męża. Mimo wszystko Pani Einstein okazała się pozytywnym zaskoczeniem, bardzo wciągającą lekturą, a narracja pierwszoosobowa jeszcze bardziej przybliżyła mi bohaterkę. Warto sięgnąć 🙂 .

Przeczytane: 9.07.2022
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Lambert Król – Ostatni Szwajcar na Ziemi

Tytuł: Ostatni Szwajcar na Ziemi
Autor: Lambert Król
Literatura: polska
Wydawnictwo: SEQOJA

Lipcowe wyzwanie LC wymagało znalezienia gdzieś cienkiej książki, więc mój wzrok padł na Ostatniego Szwajcara na Ziemi, którego miałam w planach już od paru miesięcy. Nie znałam dotąd Lamberta Króla, nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce, ale wystarczyło mi, że miały być to opowiadania o emigracji do Szwajcarii. Problemy emigranckie znam, Szwajcarią się trochę interesowałam, uznałam zatem, że książka powinna do mnie trafić. Nigdy bym się nie spodziewała, jak bardzo! Opowiadania Króla są pełne czarnego humoru i takiej abstrakcji, że zachwyciły mnie wręcz od pierwszej strony. Płacenie Szwajcarom za udawanie przyjaźni do imigrantów, krwiożercze kartofle atakujące ludzi, świat, w którym kobiety i mężczyźni zamienili się rolami czy rzeczywistość, w której wszyscy Szwajcarzy nagle zniknęli i został tylko ten jeden, ostatni Szwajcar na Ziemi… A to tylko przykłady, pomysłowość Króla wydaje się nie znać granic. Opowiadania są króciutkie, zaledwie na kilka stron, ale po skończeniu jednego natychmiast chciałam przeczytać kolejne, i jeszcze jedno, i jeszcze… 🙂
Mimo jednak tylu abstrakcyjnych wątków, z książki Króla dociera do czytelnika też prawdziwe życie. Problemy imigrantów ze znalezieniem pracy, ze znajomością języka, z poczuciem przynależności do nowego kraju, z chęcią oszczędzenia jak największej ilości franków, z równouprawnieniem, ze sposobem wychowywania dzieci, z systemem politycznym… Wszystko jest jednak opowiedziane w taki sposób, że czytelnik i tak podchodzi do problematycznych kwestii z uśmiechem na twarzy. Naprawdę jestem pełna podziwu dla Króla za poruszenie tylu istotnych kwestii na tak niewielu stronach – w ciekawy, wręcz fascynujący sposób. Zdecydowanie nie miałabym nic przeciwko, gdyby Ostatni Szwajcar na Ziemi był grubszą książką, by znalazło się w nim jeszcze więcej groteskowych opowiadań. Choć może te niewielkie rozmiary też są jedną z zalet lektury? Bo myślę, że w tej książce nie znalazło się ani jedno niepotrzebne słowo 🙂 .

Przeczytane: 7.07.2022
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Marcin Antosz – Opóźnienie może ulec zmianie

Tytuł: Opóźnienie może ulec zmianie
Autor: Marcin Antosz
Literatura: polska
Wydawnictwo: Muza

Sama do końca nie wiem, czego się po tej książce spodziewałam, ale na pewno nie tego, co dostałam. Opóźnienie może ulec zmianie to nie jest reportaż o polskich kolejach dla kogoś, kto nie siedzi w temacie, choć najwidoczniej taki był zamysł autora. Fani kolejnictwa zapewne z tej książki się niczego nowego nie dowiedzą, bo Antosz (pracujący jako maszynista) nie ujawnia nie wiadomo jakich smaczków i tajemnic. A laik w tym temacie – taki jak ja – lekturą się po prostu zmęczy. Najpierw dość szczegółowy opis procesu zostawania maszynistą (idealny do poduszki – usypia natychmiast), potem trochę informacji o pracy na kolei, dalej najciekawsza część, czyli wypadki i problemy w pracy… By zakończyć znów usypiającym opisem zawodów związanych z koleją oraz autorskimi komentarzami w stylu jakiej lokomotywy najbardziej nie lubię czy mój ulubiony EZT (elektroniczny zespół trakcyjny, jak coś 😉 ). Takie wszystko i nic związane z pracą maszynisty w Polsce, w dużej mierze opierające się na własnych doświadczeniach autora – chyba spodziewałam się mniejszej ilości wycieczek osobistych, a bardziej konkretnego reportażu. Na pewno z tej książki nie wyłania się Fascynujący świat pociągów, jak próbuje nas do tego przekonać okładka.
Owszem, autor próbuje wytłumaczyć, dlaczego czasem zdarzało się jechać pociągiem bez ogrzewania zimą, dlaczego często niektóre składy są opóźnione, nawet na stacji początkowej. Nie zaprzeczę, że niektóre z tych ciekawostek mnie wciągnęły. Tak samo jak rozmyślania, że każdy maszynista musi się liczyć z tym, że prędzej czy później pewnie potrąci człowieka i takie wydarzenie niewątpliwie będzie miało wpływ na psychikę. Swoją drogą, fragmenty o tym, jak wyglądają potem śledztwa, były dobijające – ze względu na poziom zadawanych podczas nich pytań. Jak chociażby: czemu nie próbował pan zjechać na bok, widząc człowieka na torach? Aż wywołuje to w czytelniku chęć ironicznego uśmiechu… 😉 Ze względu na niektóre takie fragmenty nie ocenię tej książki najgorzej – jest po prostu przeciętna. Wiedząc, co dostanę, raczej bym jednak po nią nie sięgnęła.

Przeczytane: 5.07.2022
Ocena: 5/10