Opublikowany w Reportaż

Maciej Falkowski – Nasi Niemcy

Tytuł: Nasi Niemcy
Autor: Maciej Falkowski
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Niemców i przedstawicieli innych narodowości na przestrzeni wieków żyło na polskich ziemiach całkiem sporo – tak naprawdę ta znana nam obecnie czystość etniczna to efekt II wojny światowej i wymuszonych po niej przesiedleń. Uczono nas na historii o zakładaniu miast na prawie niemieckim, ale chyba żaden podręcznik nie wspominał o tym, jak masowo polscy władcy ściągali na polskie ziemie niemieckich osadników. I że nie jest to tylko kwestia średniowieczna, ale Niemcy zjeżdżali do Rzeczpospolitej i za późniejszych władców (zresztą chociażby za Sasów nie powinno to dziwić), a liczne osadnictwo za czasów zaborów też nie jest zaskoczeniem. Niemieckobrzmiące nazwiska w Polsce nie występują przecież tylko na Śląsku czy Pomorzu – czego sama jestem najlepszym przykładem 😉 .
Właśnie takie historie zebrał w całość Falkowski w reportażu Nasi Niemcy. Autor podróżował po całej Polsce i szukał poniemieckich śladów – zarówno po tych, którzy się zasymilowali i pozostali w kraju po wojnie już jako Polacy, jak i po tych, co mimo mieszkania w Polsce od pokoleń musieli szybko uciekać w połowie lat czterdziestych, by uniknąć komunistycznych czystek. Dużo tu naprawdę fascynujących i nieoczywistych historii, wiele z nich jest nieznanych nie tylko ogółowi, ale często też obecnym mieszkańcom dawnych niemieckich miejscowości i wiosek. Bardzo lubię takie grzebanie w historii i choć nie każda opowieść Falkowskiego poruszyła mnie równie mocno, a niektóre nawet wydały mi się trochę wtórne wobec wcześniejszych, to i tak bardzo się cieszę, że sięgnęłam po ten reportaż – warto było 🙂

Przeczytane: 27.05.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Reportaż

Michał Przeperski – Dziki Wschód

Tytuł: Dziki Wschód. Transformacja po polsku 1986-1993
Autor: Michał Przeperski
Literatura: polska
Wydawnictwo: Literackie

Jestem rocznikiem ’89, więc transformacji nie mam szans pamiętać, byłam wtedy małym dzieckiem. Ale z ciekawością o niej czytam, żeby zrozumieć te wciąż niedawne i przełomowe wydarzenia, które dla jednych stały się niesamowitą szansą, na innych odbiły się masą ciężkich doświadczeń. Przeperski postanowił opowiedzieć o latach 1986-1993 z punktu widzenia tamtych czasów, bez współczesnego spojrzenia – w końcu łatwo byłoby to wszystko komentować teraz, gdy już znamy skutki transformacji. Oczywiście nie udało mu się całkowicie uniknąć współczesnych komentarzy, ale myślę, że w pewnym stopniu były one nawet potrzebne – bądź co bądź zamysł całkiem mu się udał. Opowieści swoje opierał na dawnych materiałach telewizyjnych, gazetach, statystykach (inna bajka, na ile były one wiarygodnym źródłem), pamiętnikach z tamtych czasów, choć nie zabrakło też najzwyklejszych wspominek.
Generalnie nie wyszło to wszystko źle, ale spodziewałam się chyba czegoś więcej. Z jednej strony spojrzenie na problematykę jest dość różnorodne – nie tylko ze społecznego punktu widzenia (młodzież ślepo zapatrzona w zachód, osoby, które na zmianach skorzystały i te, które przez nie mocno ucierpiały), ale też politycznego i ekonomicznego. A z drugiej mam wrażenie, że wszystko to było przedstawione dość ogólnie, a luźny język autora bardziej by mi pasował do zwykłej wypowiedzi czy mediów społecznościowych, a nie do takiego reportażu. Całkiem ciekawa lektura dla kogoś, kto nie siedział w temacie i transformacji nie znał/nie pamiętał, ale można by z tego tematu wycisnąć więcej 🙂

Przeczytane: 5.05.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Marta Tomczok – Blizny

Tytuł: Blizny. Krajobrazy po przemyśle
Autorka: Marta Tomczok
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Po Blizny Marty Tomczok sięgnęłam z ciekawością, ale bez większych oczekiwań, mimo to poczułam się dość rozczarowana tym reportażem. Miał swoje dobre fragmenty, chyba najbardziej przypadł mi do gustu ten o Tarnobrzegu, który był najbliższy temu, jak wyobrażałabym sobie opowieść o zniszczonych przez przemysł krajobrazach. Wiele wcześniejszych rozdziałów było dla mnie bardziej historiami osób wysiedlonych, gdzie przemysł i krajobrazy stanowiły mniej lub bardziej odległe tło opowieści. I choć rozumiem, że warto te wspomnienia zachować i mogą one stanowić ciekawe uzupełnienie reportażu, mnie w pewnym momencie ich powtarzalność zaczęła męczyć. Wciągnęła mnie za to historia malarza Ludwika Holesza, tylko nie pasowała mi ona do tego reportażu – mogłaby być dodatkiem, ale nie historią samą w sobie.
Blizny pozostawiły we mnie poczucie, że owszem, polski przemysł – zwłaszcza za PRL-u – rozwijał się przy kompletnym ignorowaniu potrzeb i uczuć mieszkańców wysiedlanych terenów. Nie mam jednak ułożonego w głowie obrazu tego przemysłu, sytuacji politycznej, podsumowania najważniejszych faktów, bardziej szczegółowego spojrzenia na te miejsca współcześnie. Do tego reportaż czytało mi się dość powoli i topornie, cieszyłam się, kiedy go skończyłam i nie spodziewam się, by został w mojej pamięci na dłużej.

Przeczytane: 18.04.2026
Ocena: 5/10

Opublikowany w Reportaż

Katarzyna Tubylewicz – Nie czekam na szklankę wody

Tytuł: Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności
Autorka: Katarzyna Tubylewicz
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Do twórczości Tubylewicz mam dość ambiwalentne podejście – potrafi pisać dobrze i ciekawie, potrafi też tworzyć książki bardzo słabe. Nie czekam na szklankę wody to lektura taka… po prostu okej – nie tak słaba jak Samotny jak Szwed, ale chociażby Moralistom nie dorasta do pięt. Przede wszystkim mam trochę wrażenie, że w temacie niedzietności powiedziano już wszystko i po skończonej lekturze nie odczułam, że z tej książki dowiedziałam się czegoś nowego. Owszem, autorka zebrała w całość najważniejsze powody, dla których kobiety nie decydują się na dziecko i poprzeplatała to czasem ciekawymi statystykami i danymi. To, na ile dobrze przedstawione były dane argumenty, zależało od rozmówcy, bo Tubylewicz dopuszczała do głosu bohaterki swojego reportażu, a te czasem potrafiły opowiadać ciekawie i konkretnie, a czasem nie. Niezbyt do mnie trafiały własne komentarze autorki albo jej porównywania się do bohaterek reportażu, bo może i ma syna, ale w Szwecji matka jedynaka to prawie jak bezdzietna, bo co to jest tylko jedno dziecko?
Podobała mi się różnorodność tematów poruszanych przez bohaterki reportażu. To nie tylko historie kobiet, które dzieci mieć nie chciały, bo nigdy nie czuły instynktu, bo nie umiałyby sobie poradzić z presją, bo nie trafiły na właściwego partnera w odpowiednim czasie czy nawet boją się zmian klimatycznych. Tubylewicz rozmawiała też np. z kobietą, która dziecko straciła i z inną, która po latach niedzietności uznała, że jednak tego dziecka pragnie. Ciekawie byłoby też dopuścić do głosu więcej starszych bohaterek, oceniających po latach swoje decyzje z młodości. Całościowo jednak autorka faktycznie zadbała o różnorodne spojrzenie na temat i to jej się chwali. Nie czekam na szklankę wody to reportaż dość krótki, czyta się go szybko i w miarę lekko. Można przeczytać, jeśli ciekawi was argumentacja niedzietnych kobiet, ale jeśli znacie już takie historie – można spokojnie odpuścić sobie tę lekturę, nic nie stracicie 😉

Przeczytane: 09.03.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Bartosz Józefiak – Patodeweloperka

Tytuł: Patodeweloperka. To nie jest kraj do mieszkania
Autor: Bartosz Józefiak
Literatura: polska
Wydawnictwo: Znak Literanova

To już drugi reportaż o patodeweloperce w Polsce, jaki przeczytałam, po Dziurach w ziemi Drozdy. Z tych dwóch książek zdecydowanie bardziej polecam sięgnąć po tę Józefiaka. Autor przedstawił tę problematykę w przystępny sposób i choć tematu na pewno nie wyczerpał, to wyciągnął na światło dzienne wiele patologii polskiej deweloperki. I owszem, wielokrotnie podkreślał, że nie każdy deweloper działa w opisany sposób, ale jako czytelniczka odniosłam wrażenie, że firmy, które myślą o przyszłych mieszkańcach swoich budynków, należą do zdecydowanej mniejszości.
Józefiak oparł strukturę książki o konferencję deweloperów, w której miał okazję uczestniczyć. Wysłuchane prezentacje i rozmowy między uczestnikami stanowiły punkt wyjścia do różnych problemów – i całkiem spodobała mi się taka konstrukcja tego reportażu. Nie przeszkadzało mi to przeskakiwanie z konferencji do mieszkań, placów budowy czy biur deweloperów i architektów, wręcz przeciwnie, sprawiało to, że książkę czytało się bardzo szybko. Niestety, z reportażu nie wyłania się żadne światełko w tunelu, żadna nadzieja, że z mieszkaniami w Polsce będzie lepiej. Każdy kolejny rząd nie wie, jak się zabrać za ten temat, różne dopłaty idą tylko do kieszeni deweloperów i banków, podnosząc ceny mieszkań, a ludzie akceptują najgorsze mieszkania, bo nie stać ich na nic innego i nie mają pieniędzy na prawników, by szarpać się z deweloperem o dotrzymanie umowy.
Na minus – można było trochę lepiej zredagować wypowiedzi niektórych rozmówców, szczególnie rozmowy z konferencji deweloperów zostały tak przedstawione, by czytelników do nich zniechęcić. Myślę, że nie było takiej potrzeby, w końcu cała książka jest o tej patodeweloperce, chyba nikt, kto sam na tym nie zarabia, nie będzie tego bronił tak czy inaczej. No i niektóre tematy / problemy są dość oczywiste dla każdego, kto choć trochę obserwuje sytuację polskiego mieszkalnictwa. Mimo wszystko uważam, że warto się zapoznać z tą lekturą, choć będzie ona momentami wkurzać, że to wszystko może naprawdę tak wyglądać…

Przeczytane: 27.02.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Reportaż

Maciej Czarnecki – Dla dobra dziecka

Tytuł: Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice
Autor: Maciej Czarnecki
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Czytałam kilka lat temu Dzieci Norwegii Czarneckiego i teraz z ciekawością sięgnęłam po Dla dobra dziecka – reportaż o zbliżonej tematyce, tym razem jednak poświęcony Szwecji. Byłam pozytywnie nastawiona do tej książki, bo poprzednia była bardzo dobra, a tutaj dodatkowo mocno interesuję się tematyką szwedzką w związku z faktem, że sama w tym kraju parę lat mieszkałam. Dla dobra dziecka okazało się dobrym reportażem, choć niedorównującym poprzednikowi – miałam też trochę poczucie wtórności, choć może to wynikać z tego, że jednak systemy w obu krajach są dość zbliżone. Szwedzkie władze wydają się jednak bardziej współpracować z rodzicami niż norweskie, choć sam Czarnecki przyznał, że może to być też zmiana czasowa – oba reportaże dzieli ładnych parę lat.
Autor starał się przedstawić głośny temat zabierania dzieci przez szwedzki socjal z różnych perspektyw – rozmawiając z rodzicami, którzy dzieci stracili i z tymi, którym władze pomogły w trudnej sytuacji, z dorosłymi już dziećmi oddzielonymi niegdyś od rodziców, a także z różnymi przedstawicielami samego socjalu. Czarnecki skupia się na polskich rodzinach, choć znalazł też ukraińskich rozmówców, a czasem odwoływał się też do innych narodowości, głównie z krajów muzułmańskich (ten lęk rodziców, że takie dzieci trafią do rodzin niewyznających islamu i vice versa). Nie każda historia do mnie trafiła, ale nie zaprzeczę, że ta część oparta na rozmowach z ludźmi była zdecydowanie najciekawsza. Wymęczyły mnie za to inne wstawki, szczególnie gdy autor chciał przedstawić czytelnikom trochę bardziej szczegółowo szwedzką kulturę i zwyczaje, powołując się na mnóstwo innych źródeł – niektóre z tych książek już czytałam i generalnie nie tego oczekiwałam po tym reportażu. Jeśli nie czytało się Dzieci Norwegii można spokojnie z ciekawością sięgnąć po Dla dobra dziecka i sporo nowego się dowiedzieć – zwłaszcza jeśli nie śledziło się nigdy tego tematu. Ale gdybym miała wybrać tylko jeden z reportaży (a myślę, że to wystarczy, biorąc pod uwagę zbliżoną tematykę), postawiłabym jednak na ten o Norwegii.

Przeczytane: 15.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Andrew Smith – Księżycowy pył

Tytuł: Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię
Autor: Andrew Smith
Tytuł oryginału: Moondust: In Search of the Men Who Fell to Earth
Tłumaczenie: Rafał Lisowski
Literatura: brytyjska / amerykańska
Wydawnictwo: Czarne

Jestem od dawna fanką Serii Amerykańskiej Czarnego, ale z żalem muszę przyznać, że Księżycowy pył to zdecydowanie najsłabsza książka z serii – przynajmniej z tych, z którymi miałam dotąd okazję się zapoznać. Jej zagranicznego sukcesu nie rozumiem, tak jak i dość wysokich ocen, bo sama ledwo przebrnęłam przez ten reportaż.
Generalnie Smith wpadł na całkiem ciekawy pomysł. Kiedy na początku XXI wieku zaczął zbierać materiały do tej książki, wciąż żyło dziewięciu ze stąpających po Księżycu – astronautów, którzy w ramach misji kosmicznych wylądowali na srebrnym globie. Autor postanowił z nimi porozmawiać, zobaczyć, jak ułożyło się ich życie po zakończeniu wypraw w kosmos, dowiedzieć się nie tylko, jakie to było uczucie tam być, ale też jakie cele może mieć w życiu ktoś, kto już nawet chodził po Księżycu i może mieć poczucie, że osiągnął wszystko, co było do osiągnięcia. Szczerze powiedziawszy, pomysł na ten reportaż wydawał mi się wręcz fantastyczny, zwłaszcza gdy pomyślałam, że Smithowi udało się porozmawiać nie tylko z astronautami, ale też ich bliskimi czy innymi pracownikami NASA. Co więc poszło nie tak?
Niestety, bardzo dużo. Przede wszystkim fakt, że w tym reportażu astronauci wydają się tłem do własnych opowieści, przemyśleń i wspomnień autora. Jego własnych odniesień do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jest tyle, że wymiękłam naprawdę szybko – a drugie tyle mamy opisów jego podróży w poszukiwaniu bohaterów do swojego reportażu. Tytuły piosenek, których Smith słuchał w aucie, pojawiają się równie często jak wypowiedzi astronautów. Ponadto dobijało mnie, jak wybiórczo autor podchodził do tego, co warto umieścić w książce. Rozmowę z jednym z bohaterów podsumował: zapytałem go o X, Y, X… – i wymienił tu mnóstwo naprawdę ciekawych pytań dotyczących podróży w kosmos, po czym… zmienił temat, nie uznając w ogóle za istotne zaserwować czytelnikom odpowiedzi na te pytania. Owszem, zdarzało mu się wpleść w reportaż trochę ciekawostek i były one zdecydowanie najmocniejszą częścią książki, ale tonęły one w morzu Smithowego słowotoku.
I żeby to chociaż jeszcze było napisane dobrym językiem! Autor nie dość, że pisze mocno kolokwialnie, to jeszcze serwuje czytelnikom zdania w stylu: dla republikańskiego prezydenta kosmos to idealne ruchanko bez zobowiązań (o niedotrzymanych obietnicach powrotu do lotów w kosmos) czy pomysł, żeby pierdnąć człowiekiem w niebo, a potem wyłowić go z morza, kiedy będzie się unosił jak bezsilne niemowlę z śpioszkach z folii aluminiowej (o metodzie sprowadzania astronautów z powrotem na Ziemię). Czy muszę cytować dalej? Zresztą sam Smith się odniósł do zarzutów odnośnie swojego języka w – napisanym kilka lat później – posłowiu: Chwała Bogu, że nie widział pan pierwotnej wersji. Cóż, ja też się cieszę, że tej pierwotnej wersji nie widziałam. I chyba równie mocno cieszyłabym się, gdybym nie widziała i tej ostatecznej. Szkoda czasu.

Przeczytane: 2.02.2026
Ocena: 3/10

Opublikowany w Reportaż

Nathan Thrall – Jeden dzień z życia Abeda Salamy

Tytuł: Jeden dzień z życia Abeda Salamy
Autor: Nathan Thrall
Tytuł oryginału: A Day in the Life of Abed Salama: Anatomy of a Jerusalem Tragedy
Tłumaczenie: Monika Bukowska
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Znak Literanova

Jeden dzień z życia Abeda Salamy okazał się zaskakująco dobrym reportażem. Oczywiście, mogłam się tego spodziewać, bazując na wielu pozytywnych recenzjach, jednakże podchodziłam do tej książki dość sceptycznie. Trochę czytałam ostatnimi czasy o wojnie izraelsko-palestyńskiej, ale tamte lektury skupiały się na całej historii konfliktu, sięgając lat czterdziestych minionego wieku. Mniej w nich było codzienności mieszkańców Palestyny, a nawet jeśli się ona pojawiała, to autorzy skupiali się raczej na Gazie niż Zachodnim Brzegu. Thrall nie wybrał tej ścieżki – u niego cała akcja toczy się wokół wypadku z lutego 2012 roku, gdy izraelska ciężarówka zderzyła się czołowo z autokarem, wiozącym na wycieczkę grupę palestyńskich przedszkolaków. W wyniku wypadku nauczycielka i kilkoro dzieci zginęło, wiele innych zostało rannych, co samo w sobie jest ogromną katastrofą. Ale autor jasno pokazuje, że wydarzenie mogłoby mieć znacznie mniej tragiczne skutki, gdyby nie polityka Izraela wobec Palestyńczyków. Co z tego, że autobus się pali, a w środku są dzieci? – chyba nie myślicie, że tak łatwo przepuści się palestyńskie służby ratunkowe przez punkty kontrolne do miejsca wypadku. Co z tego, że izraelskie służby mogłyby dotrzeć na miejsce dużo szybciej? – może by się pospieszyły aresztować rzucające kamieniami w Żydów palestyńskie dzieci, ale spieszyć się im na ratunek, co to za pomysł… Co z tego, że twoje dziecko może uratowano z wypadku i trafiło do jakiegoś jerozolimskiego szpitala, skoro ty sam nie jesteś Żydem, więc nikt cię przez punkt kontrolny do Jerozolimy nie wpuści… Z tym wszystkim musi się zmierzyć Abed Salama, którego syn Milad znajdował się w roztrzaskanym autobusie. W tym jednym z najgorszych dni swojego życia mężczyzna próbuje się dowiedzieć, co się stało z dzieckiem, ale sytuacja coraz bardziej pogrąża się w chaosie.
Wydarzenia związane z wypadkiem Thrall przedstawia z punktu widzenia kilku osób – członków rodzin poszkodowanych dzieci, zaangażowanych służb, przypadkowych ludzi, którzy znaleźli się na miejscu i rzucili się do pomocy. Autor nie skupia się tu jednak tylko na tym jednym tragicznym dniu, ale często przybliża czytelnikom sylwetki bohaterów reportażu. Ich życiorysy to historia konfliktu izraelsko-palestyńskiego, to okupacyjna codzienność i prześladowania, ale też silne więzi rodzinne. Wiele zachowań bohaterów, wynikających z ich kultury i wychowania, mocno mnie poruszało – jak chociażby rodzina oskarżająca kobietę, która zgodziła się na udział syna w wycieczce, o jego wypadek, czy ciągła obecność rodziny uniemożliwiająca osobiste pożegnanie utraconego dziecka. Całość opisanych przez Thralla sytuacji tworzy świetny obraz – owszem, nie jest to kompletna historia wojny i okupacji, nie jest to nawet szczegółowy reportaż opisujący konkretny wypadek. Są to historie osobiste, zebrane w całość urywki prywatnych tragedii, które są tylko częścią ogromnej tragedii całego narodu palestyńskiego. Świetnie opisane, bardzo poruszające z czysto ludzkiego punktu widzenia. Mocno polecam.

Przeczytane: 27.01.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Daria Grzesiek – To był tylko pies

Tytuł: To był tylko pies. O żałobie po zwierzętach
Autorka: Daria Grzesiek
Literatura: polska
Wydawnictwo: Dowody

Kiedy usłyszałam o reportażu poświęconym żałobie po zwierzętach, pomyślałam sobie, że jest to naprawdę ciekawy temat. Zwłaszcza że autorka nie skupiła się tylko na psach i kotach, ale postanowiła opowiedzieć też o świnkach morskich i żółwiach, kurach i koniach, a nawet słonicy z zoo. Z zainteresowaniem sięgnęłam więc po To był tylko pies… i szybko poczułam, że czegoś mi w tym reportażu brakuje.
Jego największą wadą jest zdecydowanie objętość – książka liczy sobie zaledwie 160 stron, z czego samego tekstu jest naturalnie trochę mniej. W efekcie Grzesiek nie miała szans dobrze rozwinąć tematu ani dać się zbyt szczegółowo wypowiedzieć swoim rozmówcom. Szczególnie, że pomiędzy ich wypowiedziami autorka powstawiała trochę informacji i ciekawostek związanych z umieraniem zwierząt i tym, co dzieje się z nimi potem. Znów, o samej idei cmentarzy dla zwierząt i różnych sposobach utylizacji zwłok można by napisać książkę dużo bardziej szczegółową niż To był tylko pies. A tu mamy dużo różnych wątków, czasem dość chaotycznie przeplatających się ze sobą i kompletnie niewyczerpujących tematu.
Ciężko mi ocenić tę książkę pod względem emocjonalnym, bo może ktoś, kto sam przechodzi żałobę po ukochanym zwierzaku, dużo bardziej wczuje się w emocje bohaterów reportażu. Dla mnie było to jednak nieszczególnie poruszające, autorce nie udało się oddać emocji w taki sposób, by trafiły one do kogoś, kto sam straty bliskiego zwierzęcia nie doświadczył. A czytałam jednak sporo książek w tematach, których sama na własnej skórze nie doświadczyłam, a jednak byłam lekturą mocno poruszona. To był tylko pies takiego wpływu na mnie nie miało.
Mimo wszystko myślę, że to całkiem ok książka – doceniam różnorodność poruszanych tematów i dobranych historii, to, że faktycznie można poczytać o przywiązaniu do najróżniejszych gatunków zwierząt. Widać, że autorka zrobiła jakiś research tematyczny, ale szkoda, że większość tych wątków poruszyła dość pobieżnie. Można przeczytać jako wprowadzenie do tematu, ale nie ma się co spodziewać reportażu z górnej półki.

Przeczytane: 21.01.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Patrick Radden Keefe – Imperium bólu

Tytuł: Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego
Autor: Patrick Radden Keefe
Tytuł oryginału: Empire of Pain: The Secret History of the Sackler Dynasty
Tłumaczenie: Jan Dzierzgowski
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Czarne

Nie śledziłam przebiegu kryzysu opioidowego w Stanach – szczerze powiedziawszy, nie sądzę, żeby w ogóle coś do mnie docierało na ten temat. Nazwisko Sacklerów było mi całkowicie obce. Dlatego też Imperium bólu Keefe’a zaskoczyło mnie, wciągnęło, ale też mocno mną wstrząsnęło… choć może nie powinno dziwić, że dla wielkich firm – nieważne, czy prywatnych czy notowanych na giełdzie – liczy się tylko zysk. Autor cofa się w swojej opowieści do pierwszej połowy XX wieku i przedstawia historię trzech braci Sacklerów: Raymonda, Mortimera i najstarszego Arthura, który był główną siłą napędową rodzinnej fortuny. I choć kryzys opioidowy to już wydarzenia toczące się nie za jego życia, to jednak Keefe udowadnia, że o Arthurze zapomnieć tu nie można, bo to właśnie najstarszy z Sacklerów wprowadził lekarstwa do świata reklamy i podniósł ich sprzedaż do rekordowych poziomów. A potem przyszły kolejne pokolenia i zakup firmy Purdue, która wprowadziła na rynek OxyContin. Ile w tle było marketingu, polityki, kłamstw, powoływania się na nieistniejące badania i dane… A wszystko to doprowadziło do rekordowej sprzedaży leku, ogromnej liczby uzależnień w wielu przypadkach kończących się śmiercią i do nierealnych wręcz pieniędzy spływających na konta Sacklerów.
Keefe łączy historię rodziny z historią Purdue i OxyContinu, przeplata to wszystko bataliami sądowymi, akcjami przeciwko firmie i wypowiedziami dawnych pracowników. Wyłania się z tego przerażający obraz – zarówno koszmaru wielu uzależnionych osób, ale też bezmyślności i chciwości Sacklerów, którzy do samego końca uparcie nie chcieli dostrzegać własnych błędów. Imperium bólu czyta się świetnie, to bardzo dobrze napisany i wciągający reportaż, a autor wykonał tytaniczną pracę, by zebrać w całość tę historię i przedstawić ją w tak przystępny sposób. To jedna z najlepszych książek z Serii Amerykańskiej Czarnego, naprawdę warto przeczytać.

Przeczytane: 28.11.2025
Ocena: 8/10