
Autor: Norbert Grzegorz Kościesza
Literatura: polska
Wydawnictwo: Męskie wydawnictwo N-Kort
Lubię fantastykę w słowiańskich klimatach, więc z zainteresowaniem sięgnęłam po Babę Wandę Kościeszy. Opis książki zaczynał się od słów: Słowiańska mitologia przeplata się tutaj z Podlaskimi klimatami. Dawni bogowie współpracują z szeptuchą… – czy to nie zapowiada się ciekawie? Niestety, wszystko się jakoś rozjechało i choć pierwszą część Szeptunów czytało mi się w miarę szybko, to książka mnie nie potrafiła wciągnąć, a także wymęczyła mnie językowo. Zdaję sobie sprawę, że autor chciał tu podkreślić te podlaskie klimaty głównie językiem, więc bohaterowie rozmawiają ze sobą gwarą zmieszaną ze wstawkami rosyjskimi/białoruskimi/itp… Ale dla czytelniczki z innej części kraju okazało się to zaskakująco męczące. Tak, części słów mogłam się domyślić, znając podstawy rosyjskiego, jednak uważam, że książki w ojczystym języku nie powinno się czytać, co rusz potrzebując słowniczka lub przypisów do dialogów. Bardzo zaburza to płynność lektury i irytuje.
Akcja Baby Wandy krąży wokół tytułowej szeptuchy, żyjącej już od wieków i po dłuższej przerwie wracającej do swojej podlaskiej chaty, by zaoferować miejscowej ludności swoje usługi. Przeplatane jest to opowieściami, w których dziarska staruszka podróżuje w czasie i zwinnie walczy ze słowiańskimi potworami. A do tego gotuje, piecze (przepisy przeskakiwałam, to zdecydowanie nie dla mnie lektura), udziela porad… zaś ja co rusz zastanawiałam się, o czym w ogóle jest ta książka? Jaki jest motyw przewodni fabuły? Czy tu w ogóle jest jakaś konkretna fabuła czy luźna zbitka historii z tą samą bohaterką? I po co w to wszystko wplatać postać Jakuba Wędrowycza z powieści Pilipiuka? Generalnie parę historii było w miarę ciekawych, sam zamysł był całkiem ok, ale nie trafiło do mnie wykonanie, zmęczył mnie język, podirytował brak konkretnej fabuły. Znajdą się lepsze tytuły w słowiańskiej fantastyce 😉
Przeczytane: 27.02.2026
Ocena: 4/10








