Opublikowany w Fantastyka

Norbert Grzegorz Kościesza – Baba Wanda

Tytuł: Szeptuni. Baba Wanda
Autor: Norbert Grzegorz Kościesza
Literatura: polska
Wydawnictwo: Męskie wydawnictwo N-Kort

Lubię fantastykę w słowiańskich klimatach, więc z zainteresowaniem sięgnęłam po Babę Wandę Kościeszy. Opis książki zaczynał się od słów: Słowiańska mitologia przeplata się tutaj z Podlaskimi klimatami. Dawni bogowie współpracują z szeptuchą… – czy to nie zapowiada się ciekawie? Niestety, wszystko się jakoś rozjechało i choć pierwszą część Szeptunów czytało mi się w miarę szybko, to książka mnie nie potrafiła wciągnąć, a także wymęczyła mnie językowo. Zdaję sobie sprawę, że autor chciał tu podkreślić te podlaskie klimaty głównie językiem, więc bohaterowie rozmawiają ze sobą gwarą zmieszaną ze wstawkami rosyjskimi/białoruskimi/itp… Ale dla czytelniczki z innej części kraju okazało się to zaskakująco męczące. Tak, części słów mogłam się domyślić, znając podstawy rosyjskiego, jednak uważam, że książki w ojczystym języku nie powinno się czytać, co rusz potrzebując słowniczka lub przypisów do dialogów. Bardzo zaburza to płynność lektury i irytuje.
Akcja Baby Wandy krąży wokół tytułowej szeptuchy, żyjącej już od wieków i po dłuższej przerwie wracającej do swojej podlaskiej chaty, by zaoferować miejscowej ludności swoje usługi. Przeplatane jest to opowieściami, w których dziarska staruszka podróżuje w czasie i zwinnie walczy ze słowiańskimi potworami. A do tego gotuje, piecze (przepisy przeskakiwałam, to zdecydowanie nie dla mnie lektura), udziela porad… zaś ja co rusz zastanawiałam się, o czym w ogóle jest ta książka? Jaki jest motyw przewodni fabuły? Czy tu w ogóle jest jakaś konkretna fabuła czy luźna zbitka historii z tą samą bohaterką? I po co w to wszystko wplatać postać Jakuba Wędrowycza z powieści Pilipiuka? Generalnie parę historii było w miarę ciekawych, sam zamysł był całkiem ok, ale nie trafiło do mnie wykonanie, zmęczył mnie język, podirytował brak konkretnej fabuły. Znajdą się lepsze tytuły w słowiańskiej fantastyce 😉

Przeczytane: 27.02.2026
Ocena: 4/10

Opublikowany w Fantastyka

Robert M. Wegner – Dusza pokryta bliznami

Tytuł: Dusza pokryta bliznami
Autor: Robert M. Wegner
Literatura: polska
Wydawnictwo: Powergraph

Dusza pokryta bliznami to była książka bardzo wyczekana. Opowieści z meekhańskiego pogranicza uwielbiam od lat, obok Wiedźmina to moje ulubione polskie fantasy. Wciągnęły mnie mocno poprzednie tomy i niecierpliwie czekałam na kontynuację. Wegnera, jak zwykle, czytało mi się świetnie – bardzo lubię jego sposób pisania i snucia opowieści. Niestety, dołączę tu do grona fanów serii nieco rozczarowanych najnowszym tomem, a to z trzech głównych powodów:

  • Wegner przyzwyczaił mnie do książek liczących sobie dobre 600-700 stron, tymczasem Dusza pokryta bliznami to niespełna 400 stron tekstu. Stanowczo za mało!
  • Choć Opowieści z meekhańskiego pogranicza zaczęły się od tomów opowiadających tylko o wybranych bohaterach, to w ostatnich częściach ich losy bardzo mocno zaczęły się splatać. Tymczasem w szóstym tomie Wegner znów skupił się tylko na wybranych postaciach (Czerwone Szóstki, Altsin, dziewczyny z czaardanu i Deana), losy pozostałych pozostawiając dalej pod znakiem zapytania. Nie tego się spodziewałam…
  • Dusza pokryta bliznami jest za bardzo przegadana. Akcja jest świetnie rozkręcona tylko w przypadku historii o Górskiej Straży i tę część naprawdę pochłaniałam, to był właśnie ten Meekhan, który uwielbiam. W Białym Konoweryn niby się trochę dzieje, ale też głównie gadają – akcja się rozkręca dopiero na koniec, urywając się niemal w kulminacyjnym momencie. Altsin też dopiero pod koniec dowiaduje się co nieco o historii Nieśmiertelnej Floty, ale wcześniejsze rozdziały o płynięciu na Nocnej Perle nic nie wnoszą i równie dobrze mogłyby być skrócone do kilku stron.

Nie potrafię ocenić Opowieści z meekhańskiego pogranicza źle, bo przecież i ten ostatni tom wręcz pochłonęłam. Po prostu przyzwyczaiłam się do tego, że Wegner swoimi książkami wgniata mnie w fotel, a tym razem nie było aż tak zajebiście… 😉

Przeczytane: 23.03.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Neal Shusterman – Podzieleni

Tytuł: Podzieleni
Autor: Neal Shusterman
Tytuł oryginału: Unwind
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Uroboros

Jaka ja byłam ciekawa tej serii! Shusterman całkiem nieźle do mnie trafił z cyklem Żniwa śmierci i chętnie sięgnęłam po kolejne fantasy jego autorstwa. Wiedziałam, że seria Podzieleni to fantastyka młodzieżowa, ale liczyłam na lekki styl, wartką akcję i przede wszystkim – jak to było już ze Żniwami śmierci – na oryginalny świat przedstawiony. W Podzielonych zapowiadało się to bardzo fajnie, bo akcja dzieje się w dystopijnej przyszłości, po wojnie pomiędzy tymi za życiem a tymi za wyborem. Po wojnie zakończonej abstrakcyjnym kompromisem – życie jest cenne i chronione… tylko do 13 i potem znów od 18 roku życia. Jeśli jednak rodzice z jakiegoś powodu nie chcą dłużej dziecka, takiego nastolatka można oddać do podzielenia, czyli – krótko mówiąc – na organy. Nie uważa się tego za śmierć, bo przecież części człowieka żyją w innych ludziach, nic, tylko same zalety, prawda? 😉 Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia trójki nastolatków wyznaczonych do podzielenia, którym udaje się uciec i teraz muszą przetrwać w ukryciu do 18 urodzin. Pomysł na fabułę, choć abstrakcyjny, zaintrygował mnie i z ciekawością sięgnęłam po lekturę.
Generalnie Podzielonych czytało mi się całkiem dobrze, ale książka nie potrafiła wciągnąć mnie tak jak Żniwa śmierci. Przede wszystkim zabrakło mi szerszego ukazania świata przedstawionego, wyjaśnienia, jak to wszystko działa i bardziej rozbudowanej historii i idei podzielenia. To się pojawia w rozmowach między ludźmi, ale są to fragmentaryczne informacje, nietworzące wyjątkowo spójnej całości. Nieszczególnie trafili też do mnie młodzi bohaterowie powieści – może z punktu widzenia młodszych czytelników będą oni ciekawsi, ale mnie nieco irytowali. Było tu parę fajnych zwrotów akcji, spodobało mi się też zakończenie, no i lektura była przyjemna w odbiorze, więc całościowo oceniam tę książkę jako dobrą. Nie wciągnęła mnie jednak na tyle, bym chciała kontynuować swoją przygodę z tą serią, wystarczy mi to, co już przeczytałam.

Przeczytane: 27.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Andrus Kivirähk – Listopadowe porzeczki

Tytuł: Listopadowe porzeczki
Autor: Andrus Kivirähk
Tytuł oryginału: Rehepapp ehk november
Tłumaczenie: Anna Michalczuk-Podlecki
Literatura: estońska
Wydawnictwo: Literackie

Listopadowe porzeczki to moje drugie spotkanie z twórczością Kivirähka i choć fanką Estończyka raczej nie zostanę, to nie zaprzeczę, że czytało mi się tę książkę całkiem dobrze. Autor prowadzi czytelników dzień po dniu przez listopad na dawnej estońskiej wsi, gdzie wszystkie ludowe wierzenia okazują się rzeczywistością. A do tego mieszkańcy kradną naokoło, głównie jednak z niemieckiego dworu i zazwyczaj za pośrednictwem kratów powołanych do życia dzięki umowie z samym diabłem. Ale gdy Piekielny nie przygląda się za dobrze, można zamiast własną krwią podpisać cyrograf wyciśniętym sokiem z porzeczek… Kivirähkowi humoru nie brakuje, choć czasem jest to humor dość mocno specyficzny, który na pewno nie każdemu podejdzie. Mi w większości odpowiadał i gdy już wciągnęłam się w opowieść (bo nie zaprzeczę, że trochę to trwało, na początku nie spodziewałam się, że Listopadowe porzeczki mogą mi się spodobać), to wiele razy zdarzyło mi się nad tą książką uśmiechnąć. Tylko lepiej nie przywiązywać się do bohaterów, bo autor zaserwował im różne, nie zawsze pozytywne losy 😉 .
Powieść składa się z licznych krótkich rozdziałów, każdy opowiada o kolejnym dniu i przygodach różnych mieszkańców wioski. Nie zabraknie tu więc niespełnionej miłości, nienawiści do niemieckiej szlachty, lęku przed zarazą, szukania pomocy u miejscowej wiedźmy… Tematyka bardzo różnorodna i naprawdę fajnie połączona w całość. Nie każdy rozdział podobał mi się równie mocno, początek mi się trochę dłużył (za to zakończenie całkiem przypadło mi do gustu) i nie zawsze podchodził mi humor autora, więc pełnego zachwytu tu nie ma, ale Listopadowe porzeczki to wciąż dobra i ciekawa lektura, po którą warto było sięgnąć.

Przeczytane: 22.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Joanna Lampka – Pan Kamienia Wschodu

Tytuł: Pan Kamienia Wschodu
Autorka: Joanna Lampka
Literatura: polska
Wydawnictwo: AlterNatywne

Drugi tom serii Mistrz Gry Lampki również przypadł mi do gustu i wciągnął na te trzy godziny czytania (bo nie jest to szczególnie długa książka), choć podobał mi się jednak nieco mniej od części pierwszej. Pan Kamienia Wschodu opowiada o dalszych losach Aline, która po powrocie do rodzinnego Królestwa odkrywa, że jest w ciąży z synem wrogiego władcy. W sposób niezwykle widowiskowy, przywodzący na myśl kadry z filmu akcji, ucieka na Północ, wychodzi za mąż i staje się odpowiedzialna za stworzenie armii z ludzi, którzy dotąd nie umieli działać zespołowo. Przyznam, że właśnie ta ucieczka Aline była pierwszą sceną, która do mnie nie trafiła w tym tomie – lubię, gdy dużo się dzieje i mamy sporo zaskakujących zwrotów akcji, ale w Panie Kamienia Wschodu działo się to wszystko za szybko. Mam wrażenie, że tempo akcji przyćmiło tu wszystko inne, bohaterów i ich przemyślenia, politykę, różnorodne problemy Północy… Oczywiście, wszystko to dalej było w powieści i Lampka miała na to naprawdę fajny pomysł, jednak to, jak rozłożyła nacisk na to, co jest bardziej a co mniej istotne, nie do końca do mnie trafiło.
W Panie Kamienia Wschodu dowiadujemy się, że Gwiazdy Północy i Południa, które posiada Aline, to nie jedyne kamienie wzmacniające potęgę swoich właścicieli. Pojawia się tu tytułowy Kamień Wschodu i choć to dość przewidywalne, kto go posiada, to autorka i tak dość ciekawie poprowadziła wątki tych kamieni. W ogóle w drugim tomie mamy już więcej elementów fantastycznych, co mi akurat się podobało (w końcu brakowało mi tego trochę w części pierwszej), choć wciąż to dla mnie bardziej powieść przygodowa niż fantastyka. I na plus też, że jest tu już mniej romansowania – może i nie brakuje tu scen seksu i rozmyślań Aline nad jej własnymi uczuciami, giną jednak one w tle przy wielu innych wydarzeniach toczących się na Północy. Zatem jedne kwestie przypadły mi tu do gustu bardziej, a inne mniej niż w Gwieździe Północy…, ale serię zamierzam kontynuować 🙂

Przeczytane: 12.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Różne autorki – Cztery żywioły magii

Tytuł: Cztery żywioły magii
Autorki: Milena Wójtowicz, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Aneta Jadowska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Sine Qua Non

Zbiory opowiadań napisanych przez różne autorki bądź autorów – nawet jeśli są to jedynie cztery opowiadania – zawsze ciężko mi oceniać. Mamy tu w końcu cztery różne historie, cztery kompletnie inne style, a jak tu dać jedną ocenę? Powiedzmy więc, że Cztery żywioły magii to taka książka 6/10 – trochę lekkiego fantasy o zróżnicowanym poziomie. Czyta się szybko, w głowie na dłużej nie zostanie, a choć niektóre historie mnie wciągnęły, to nie na tyle, bym chciała zgłębić twórczość którejkolwiek z autorek.
Książkę rozpoczyna opowiadanie Zawieje, zamiecie Wójtowicz, której bohaterką jest wietrzyca – kontrolująca wiatr – Majka. Żyjąca we współczesnej Polsce, z normalną rodziną, postanawia powiedzieć mężowi, że nie jest człowiekiem, no i zaczyna się chaos. Pomysł ciekawy, ale polskie imiona i nazwiska zawsze mi dziwnie brzmią w fantastyce, a do tego wszystko działo się jakoś tak za szybko, choć równie szybko mi się to opowiadanie czytało. Następnie przeszłam do Jak długo żyje motyl? Kisiel i była to zdecydowanie najsłabsza historia w książce, a to, co z niego najlepiej zapamiętałam, to rzucane na potęgę suchary, autorka chyba zebrała wszystkie dowcipy z internetu i powrzucała je w usta bohaterów. Strasznie męczyłam to opowiadanie.
Potem było na szczęście lepiej – Wspomnienie ognia Kubasiewicz podobało mi się najbardziej. Nawet jeśli i tutaj mieliśmy polskie imiona i nazwiska ze względu na rozgrywającą się w kraju akcję. Gaszącą pożary i kontrolującą ogień Helenę Milecką łatwiej mi było znieść, bo i fabuła dość ciekawa, i bohaterowie dość wyraziści (choć zakończenie niezbyt do mnie trafiło). Ostatnim żywiołem jest woda, a w opowiadaniu Wnuczka morza Jadowskiej młoda Mara skupia się na odkrywaniu siebie i tajemnicy związanej ze swoim ojcem, elementy fantastyczne przez większość czasu stanowią tylko tło historii. Całkiem mi się to podobało, ale drażniła mnie główna bohaterka, a to rzucało się na odbiór opowiadania.
Zatem był pomysł, różnie wyszło z wykonaniem, ale trzy na cztery opowiadania mogą się podobać – nie jest to ten rodzaj fantastyki, którą najbardziej lubię, ale była to całkiem fajna luźna lektura na święta 😉

Przeczytane: 8.01.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Joanna Lampka – Gwiazda Północy, Gwiazda Południa

Tytuł: Gwiazda Północy, Gwiazda Południa
Autorka: Joanna Lampka
Literatura: polska
Wydawnictwo: AlterNatywne

Już od dawna miałam na oku cykl Mistrz Gry Lampki i w końcu sięgnęłam po pierwszy tom, Gwiazdę Północy, Gwiazdę Południa. To krótkie i lekkie fantasy w stylu bardziej nowoczesnym, czyli zamiast dziwnych stworów i machania mieczami mamy skłócony kontynent, posługujący się nowoczesną technologią wywiad wojskowy i całkiem współczesne bronie. Są też elementy magiczne, ale występują w tak niewielkim stopniu, że właściwie nie rzucają się w oczy – podobno w następnych tomach ma się to trochę zmienić, na co niecierpliwie czekam. Bo po przeczytaniu Gwiazdy Północy… wiem, że sięgnę po kontynuację, w końcu książkę czytało mi się szybko i całkiem przyjemnie. Trochę zajęło, zanim wciągnęłam się w opowieść – książki przygodowe czy takie współczesne fantasy czytam dość rzadko i musiałam się przestawić. Ale gdy zaklikało, to już do końca pochłonęłam resztę w dwa dni 😉 .
Akcja Gwiazdy Północy… toczy się w krótkim okresie, gdy Aline – córka władcy Królestwa Żeglarzy pod przykrywką agentki wywiadu innego, neutralnego państwa – przybywa z misją do wrogiego Cesarstwa Słońca. Misja jest dość istotna, ale szybko schodzi na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się romans z Ianem, synem tutejszego władcy. Przyznaję bez bicia, fanką romansów nie jestem i ten też mnie nie kupił, zdecydowanie wolałam czytać o akcjach wojskowych czy o samym stworzonym przez Lampkę świecie, o jego sytuacji politycznej czy problemach religijnych. Biorąc pod uwagę końcówkę książki, liczę na to, że kolejny tom będzie właśnie bardziej polityczny i mniej romansowy, bo to, co autorka zaserwowała w pierwszej części, w zupełności mi wystarczyło 😉 . Gwiazda Północy… to dość krótka lektura (w końcu w świecie fantastyki niecałe 300 stron to jak opowiadanie, prawda? 😉 ), wprowadzająca do świata, przedstawiająca bohaterów i będąca zapowiedzią bardziej rozbudowanej akcji w dalszych częściach. Lekkie i przyjemne fantasy – bardziej przygodowe niż fantastyczne, miła odskocznia od cięższych lektur.

Przeczytane: 15.12.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Fantastyka

Beata Park – Płomień i cień

Tytuł: Miasto Smoków. Płomień i cień
Autorka: Beata Park
Literatura: polska
Wydawnictwo: Harde

Do pierwszego tomu Miasta smoków Beaty Park podeszłam bez większych oczekiwań – opinie w internecie jasno wskazywały, że nie da się nie odczuć, że jest to debiutancka powieść autorki. Przy tym nie spodziewałam się tu szczególnie oryginalnej historii – tematyka smoków i wszelakich smoczych jeźdźców jest już w fantastyce wręcz oklepana. Dla mnie jednak ciekawostką było to, co wydawało się drażnić niektórych czytelników, a mianowicie umiejscowienie części akcji w Polsce, dokładniej we Wrocławiu. Te początkowe rozdziały, gdy poznajemy Annę, jej rodzinę i przyjaciół, powoli wciągamy się w historię, gdy dziewczyna zaczyna widzieć nad miastem smoki… całkiem fajnie mi się to czytało i nie rozumiałam krytyki. Niestety, przyszło mi ją szybko zrozumieć 😉 .
Bohaterka trafia na wyspę treningową, gdzie uczy się latać na swoim smoku, a następnie przemieszcza się na nim już na główną smoczą wyspę. Pomysł całkiem spoko, choć to wszystko jest tam za utopijne, ale dałoby się to przełknąć, gdyby Park poświęciła więcej czasu opisom wydarzeń i bohaterów, no i samego miasta. U autorki akcja toczy się z zawrotną prędkością, nie ma miejsca na przemyślenia, na poznanie bohaterów, na zrozumienie i wyobrażenie sobie świata przedstawionego. Zaczyna się jakieś ważne dla tego miejsca wydarzenie, bohaterka jest nim podekscytowana, dowiadujemy się, że się stroi, umawia ze znajomymi, idzie na to wydarzenie… I koniec rozdziału, następny zaczyna się innego dnia, że Anna się budzi i idzie sobie pobiegać czy kieruje się do pracy. Dlaczego…? I to nie było jednorazowe, Park przeskakuje między wydarzeniami, nie zgłębia ich, nie pozwala poczuć klimatu wymyślonego przez siebie miejsca. Tak samo jest z bohaterami, którzy są dość płytcy, a Anna i jej ukochany Will (hate to love w bardzo tandetnym wydaniu) wiodą tu zdecydowany prym. Dziewczyna znika ze swojego świata, wie, że porwano jej ojca, straciła kontakt z matką i przyjaciółmi i znalazła się nagle w świecie, w którym żyją smoki. Spory potencjał do przemyśleń i rozwoju bohaterki, prawda? Anna funkcjonuje jednak w myśl, że fajna ta utopia, jaki okropny ten Will i czemu taki pociągający przy tym, a w ogóle to czasem sobie przypomni, że ojca jej porwano i to chyba przykre. Sam Will jest zaś synem Mistrza, czyli głównego przywódcy smoczych jeźdźców, taki konkretny playboy sypiający z każdą chętną, ale przy Annie odkrywa natychmiastowo, że bardzo chce kochać i być kochanym. Tego się po prostu w żaden sposób nie da kupić, love story ze Zmierzchu jest dużo bardziej pociągające i realistyczne 😉 .
I choć po kontynuację nie sięgnę, bo zdecydowanie szkoda mi czasu na takie książki, Płomień i cień wciąż ma u mnie ocenę przeciętną a nie złą, bo jednak wciągnął mnie początek, a także końcówka. Tak, tam też działo się dużo i szybko, nie było miejsca na żadne przemyślenia, ale całkiem spodobał mi się pomysł na rozwój fabuły i tematycznie może nawet tom II będzie lepszy, patrząc na to, jak skończył się tom I. No i weźmy tę poprawkę na to, że jest to debiut autorki… Mimo wszystko, to takie bardzo młodzieżowe i płytkie fantasy, ale nawet nastoletnia ja chyba bym w nim nie gustowała.

Przeczytane: 23.10.2025
Ocena: 5/10

Opublikowany w Fantastyka

Mo Xiang Tong Xiu – Błogosławieństwo niebios

Tytuł: Błogosławieństwo niebios
Autorka: Mo Xiang Tong Xiu
Tytuł oryginału: 天官赐福
Tłumaczenie: Aleksandra Woźniak-Marchewka
Literatura: chińska
Wydawnictwo: Czarna Owca

Swego czasu zachwyciłam się serią Wspomnienie o przeszłości Ziemi, więc pomyślałam sobie, że chętnie sięgnę jeszcze po coś z chińskiej fantastyki. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że Błogosławieństwo niebios to literatura młodzieżowa, ale przecież zdarzają się naprawdę świetne młodzieżówki fantasy… tyle, że to akurat nie jest jedna z nich 😉 . Całościowo była to dość przeciętna lektura, z bardzo słabym i męczącym początkiem i rozkręcającą się w coraz ciekawszy sposób drugą połową.
Głównym bohaterem jest Xie Lian, który po raz trzeci trafia do Niebios i musi zbierać zasługi, czyli – m.in. – spełniać modlitwy. Co jest nieco utrudnione, gdy nieszczególnie dysponuje mocą… Po zstąpieniu na ziemię spotyka Sanlanga, który staje się jego towarzyszem w kolejnych przygodach. Wydarzenia w Błogosławieństwie niebios miały dla mnie nieco baśniowy charakter – z rozbudowanym tłumaczeniem historii i specyficznym językiem; ciężko mi to dokładnie ująć w słowa, ale stylistycznie książka ta pasowała mi do baśni znanych z dzieciństwa. I przez to nieszczególnie trafiała do dorosłej mnie 😉 . Do tego irytowała mnie przewidywalność wydarzeń, sposób, w jaki Xiu zmierzała ku – nawet czasem ciekawym – zwrotom akcji, które niemal nigdy nie były zaskakujące.
Nie uznaję jednak tej książki za całkowicie złą, bo w sumie jak już przebrnęłam przez dość słaby początek, to potem czytało mi się całkiem lekko. Bez szału i zachwytu, ale można było potraktować Błogosławieństwo niebios jako taki całkiem przyjemny odmóżdżacz, czasem wywołujący lekki uśmiech na twarzy. Jednak po kontynuację sięgać nie zamierzam, za dużo lepszych książek czeka w kolejce 😉

Przeczytane: 2.09.2025
Ocena: 5/10

Opublikowany w Fantastyka

Suzanne Collins – Wschód słońca w dniu dożynek

Tytuł: Wschód słońca w dniu dożynek
Autorka: Suzanne Collins
Tytuł oryginału: Sunrise on the Reaping
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Must Read

Wracam do serii Igrzysk śmierci Collins i niezmiennie dobrze mi się te książki czyta. Choć akurat Wschód słońca w dniu dożynek nie wciągnął mnie od samego początku – wręcz przeciwnie, pierwsze rozdziały wydawały mi się dość wtórne w stosunku do wcześniejszych książek. Znów ten sam dystrykt 12, znów dzieciaki przygotowujące się do dożynek i jakieś nietypowe wydarzenie podczas uroczystości, znów przejazd do Kapitolu i przygotowania do igrzysk… Dopiero jak Collins skupiła się na tworzeniu sojuszy między dystryktami, zaczęłam się bardziej wciągać w lekturę i w jakieś – w końcu – nowe wydarzenia 😉 .
Pierwotną trylogię igrzyskową czytałam kilka, jeśli nie kilkanaście lat temu i już naprawdę sporo szczegółów uleciało mi z pamięci. Myślę, że warto mieć wydarzenia i postaci z poprzednich książek bardziej w głowie, bo we Wschodzie słońca… przewija się sporo postaci, znanych już z wcześniejszych tomów. Autorka serwuje fanom serii smaczki w formie historii o pierwszych występach na igrzyskach bohaterów, którzy po latach po raz drugi trafią na arenę u boku Katniss. A ja kompletnie nie pamiętałam już tamtych postaci i dopiero, gdy w internecie przeczytałam podsumowanie tamtych powieści, ze zdumieniem odkryłam, ile jest powiązań między nową a starymi książkami 🙂 .
Wschód słońca w dniu dożynek to dobrze napisane i wciągające fantasy, może nie na najwyższym poziomie, ale jeśli polubiło się tę serię i wciągnęło w świat Panem, to warto sięgać po kolejne tomy – każdy z dotychczasowych utrzymywał dla mnie co najmniej przyzwoity poziom. Mam jednak nadzieję, że jeśli Collins zdecyduje się jeszcze na kolejne powieści z serii, to postawi na bohaterów z innego dystryktu niż 12, bo tak szczerze powiedziawszy… ile można? 😉

Przeczytane: 30.08.2025
Ocena: 7/10