Opublikowany w Historia

Kamil Janicki – Warcholstwo

Tytuł: Warcholstwo. Prawdziwa historia polskiej szlachty
Autor: Kamil Janicki
Literatura: polska
Wydawnictwo: Poznańskie

Janicki o polskiej historii pisał sporo, więc interesując się tą tematyką, natrafiałam już na jego książki. Można je lubić albo nie, bo autor ma dość specyficzny styl – całkiem luźny (choć na szczęście nie kolokwialny) i mocno skupiający się na konkretnym temacie, co może w czytelnikach wywołać poczucie braku szerszej perspektywy. Z Warcholstwem było podobnie – nie jest to kompletna historia polskiej szlachty, jak sugerowałby podtytuł, a tylko ta część historii skupiona na różnych szlacheckich ekscesach. Owszem, Janickiemu zdarza się wspomnieć o dobrych cechach czy zwycięskich bitwach, ale są to tylko króciutkie wzmianki, w stylu: no tak, coś się tu udało, ale spójrzcie tylko, ile innych rzeczy było nie tak! Więc jeśli takie podejście was irytuje, to może lepiej po Warcholstwo nie sięgać. Jeśli jednak chcecie zapoznać się z różnymi historycznymi ciekawostkami, co przez wieki odwalała szlachta, i nie przeszkadza wam, że to tylko wycinek całej historii – to lektura może się okazać bardzo fajna i wciągająca.
Autor opowiada tu o powstaniu stanu szlacheckiego, czym polska szlachta różniła się od zagranicznej, jakie przywileje wymuszała na kolejnych władcach i jak to wszystko powoli, acz nieubłagalnie prowadziło Rzeczpospolitą do wydarzeń z XVII i XVIII wieku – zniszczeń wojennych i kolejnych rozbiorów. Janicki ciekawie też rozprawia się z mitem państwa bez stosów i tłumaczy, jak to się stało, że wielki i pozornie potężny kraj nie posiadał wielkiej i potężnej armii, no i nie umiał wyciągać długotrwałych korzyści z – nieraz niemałych – sukcesów wojskowych. Sporo tu fajnie opisanych ciekawostek, dużo cytatów i materiałów źródłowych. Oczywiście, nie ma co oczekiwać, że Warcholstwo wyczerpie na niespełna 400 stronach tak obszerny temat jak rzeczpospolita szlachecka, ale Janickiemu wyszedł tu całkiem ciekawy urywek tego tematu. Cieszę się, że sięgnęłam po tę lekturę, dobrze mi się ją czytało i parę tematów na pewno z ciekawością zgłębię.

Przeczytane: 7.02.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Marie Aubert – Wcale nie jestem taka

Tytuł: Wcale nie jestem taka
Autorka: Marie Aubert
Tytuł oryginału: Jeg er egentlig ikke sånn
Tłumaczenie: Karolina Drozdowska
Literatura: norweska
Wydawnictwo: Pauza

Sięgnęłam po tę powieść bez większych oczekiwań i zaskakująco się wciągnęłam. W tej liczącej sobie zaledwie 200 stron powieści Aubert przedstawia wydarzenia jednego rodzinnego weekendu gdzieś w małej norweskiej miejscowości, a choć wydarzenia rozgrywają się w krótkim czasie, to emocji tu nie brakuje. Poszczególne sytuacje poznajemy z punktu widzenia kilku spokrewnionych ze sobą osób, z których każda skupia się na swoich problemach.
Hanne przyjeżdża w odwiedziny wraz z nową partnerką, Julią. Jest zestresowana tym, jak rodzina przyjmie jej dziewczynę, ale jeszcze bardziej nie umie poradzić sobie z samą sobą. Hanne bowiem bardzo się zmieniła, a dokładniej sporo schudła i nagle z niepewnej siebie otyłej kobiety stała się szczupłą… i wcale nie bardziej pewną siebie osobą. Jej brat, Bård, jest nieszczęśliwy w małżeństwie i szczęśliwy z kochanką, więc po zorganizowaniu przyjęcia z okazji konfirmacji swojej córki zamierza odejść od rodziny. Córka, Linnea, przeżywa rozpad przyjaźni z dotąd najbliższą koleżanką i rodzinne uroczystości to ostatnie, co mogłoby ją ucieszyć. No i jest jeszcze Nils, ojciec Hanne i Bårda, uważający, że córka zasługuje na wszystko, co najlepsze, za to zdecydowanie gorzej poszło mu w relacjach z innymi bliskimi.
Ich przemyślenia, rozmowy i wspomnienia przeplatają się, dając obraz weekendu konfirmacyjnego Linnei, gdzie wszyscy uśmiechają się do zdjęć i udają, że jest w porządku, choć coraz więcej spraw przestaje się taka wydawać. Naprawdę byłam zaskoczona tym, jak ładnie się udało Norweżce poprowadzić tę narrację, oddać lęki i radości bohaterów, a potem zakończyć książkę serią niedopowiedzeń, które jakoś wyjątkowo mi tu nie przeszkadzały. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Aubert, ale myślę, że jeszcze z ciekawością sięgnę po coś innego jej autorstwa 🙂

Przeczytane: 6.02.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Andrew Smith – Księżycowy pył

Tytuł: Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię
Autor: Andrew Smith
Tytuł oryginału: Moondust: In Search of the Men Who Fell to Earth
Tłumaczenie: Rafał Lisowski
Literatura: brytyjska / amerykańska
Wydawnictwo: Czarne

Jestem od dawna fanką Serii Amerykańskiej Czarnego, ale z żalem muszę przyznać, że Księżycowy pył to zdecydowanie najsłabsza książka z serii – przynajmniej z tych, z którymi miałam dotąd okazję się zapoznać. Jej zagranicznego sukcesu nie rozumiem, tak jak i dość wysokich ocen, bo sama ledwo przebrnęłam przez ten reportaż.
Generalnie Smith wpadł na całkiem ciekawy pomysł. Kiedy na początku XXI wieku zaczął zbierać materiały do tej książki, wciąż żyło dziewięciu ze stąpających po Księżycu – astronautów, którzy w ramach misji kosmicznych wylądowali na srebrnym globie. Autor postanowił z nimi porozmawiać, zobaczyć, jak ułożyło się ich życie po zakończeniu wypraw w kosmos, dowiedzieć się nie tylko, jakie to było uczucie tam być, ale też jakie cele może mieć w życiu ktoś, kto już nawet chodził po Księżycu i może mieć poczucie, że osiągnął wszystko, co było do osiągnięcia. Szczerze powiedziawszy, pomysł na ten reportaż wydawał mi się wręcz fantastyczny, zwłaszcza gdy pomyślałam, że Smithowi udało się porozmawiać nie tylko z astronautami, ale też ich bliskimi czy innymi pracownikami NASA. Co więc poszło nie tak?
Niestety, bardzo dużo. Przede wszystkim fakt, że w tym reportażu astronauci wydają się tłem do własnych opowieści, przemyśleń i wspomnień autora. Jego własnych odniesień do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jest tyle, że wymiękłam naprawdę szybko – a drugie tyle mamy opisów jego podróży w poszukiwaniu bohaterów do swojego reportażu. Tytuły piosenek, których Smith słuchał w aucie, pojawiają się równie często jak wypowiedzi astronautów. Ponadto dobijało mnie, jak wybiórczo autor podchodził do tego, co warto umieścić w książce. Rozmowę z jednym z bohaterów podsumował: zapytałem go o X, Y, X… – i wymienił tu mnóstwo naprawdę ciekawych pytań dotyczących podróży w kosmos, po czym… zmienił temat, nie uznając w ogóle za istotne zaserwować czytelnikom odpowiedzi na te pytania. Owszem, zdarzało mu się wpleść w reportaż trochę ciekawostek i były one zdecydowanie najmocniejszą częścią książki, ale tonęły one w morzu Smithowego słowotoku.
I żeby to chociaż jeszcze było napisane dobrym językiem! Autor nie dość, że pisze mocno kolokwialnie, to jeszcze serwuje czytelnikom zdania w stylu: dla republikańskiego prezydenta kosmos to idealne ruchanko bez zobowiązań (o niedotrzymanych obietnicach powrotu do lotów w kosmos) czy pomysł, żeby pierdnąć człowiekiem w niebo, a potem wyłowić go z morza, kiedy będzie się unosił jak bezsilne niemowlę z śpioszkach z folii aluminiowej (o metodzie sprowadzania astronautów z powrotem na Ziemię). Czy muszę cytować dalej? Zresztą sam Smith się odniósł do zarzutów odnośnie swojego języka w – napisanym kilka lat później – posłowiu: Chwała Bogu, że nie widział pan pierwotnej wersji. Cóż, ja też się cieszę, że tej pierwotnej wersji nie widziałam. I chyba równie mocno cieszyłabym się, gdybym nie widziała i tej ostatecznej. Szkoda czasu.

Przeczytane: 2.02.2026
Ocena: 3/10

Opublikowany w Powieść historyczna

Bernard Cornwell – Pieśń miecza

Tytuł: Pieśń miecza
Autor: Bernard Cornwell
Tytuł oryginału: Sword Song
Tłumaczenie: Mateusz Pyziak
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Otwarte

Kolejny, czwarty już tom Wojen wikingów Cornwella czytało mi się równie dobrze jak wcześniejsze. Ta seria staje się dla mnie trochę takim guilty pleasure, bo powiedzmy sobie szczerze, nie są to wymagające lektury, każdy kolejny tom nie wnosi wiele więcej, ale… czyta się to szybko, wciąga, chce się wiedzieć co dalej, a bohaterów się lubi albo nie, jednak trudno być wobec nich obojętną. Wszystkich tomów raczej nie przeczytam, bo pewnie stwierdzę w końcu: ile można?, ale póki co Wojny wikingów świetnie sprawdzają mi się jako przerywnik między trudniejszymi lekturami.
W Pieśni miecza było więcej fikcji literackiej a mniej odniesień do prawdziwej historii niż w poprzedniej części i dla mnie to akurat stanowiło wadę tej książki – uwielbiam, jak Cornwell wplata legendy i ciekawostki historyczne w swoją opowieść. Tutaj mieliśmy wprawdzie odbicie Londynu z rąk wikingów, ale potem wydarzenia zaczęły się trochę rozmywać. Londyn miał być prezentem ślubnym dla córki króla Alfreda i to ta dziewczynka staje się poniekąd jedną z głównych bohaterek. A że o jej życiu z tamtego okresu niewiele wiadomo, autora poniosła wyobraźnia i nie wszystkie wydarzenia tu do mnie trafiły – zwłaszcza opisywane okiem Uhtreda 😉 . Dalej wciągało, ale już nie zachwycało jak wcześniej. I choć książka skończyła się kolejnym wojennym zwycięstwem głównego bohatera (bo jakże inaczej, krwawe bitwy to punkty kulminacyjne wszystkich tomów serii), to trudno nie współczuć księżniczce takiego zakończenia przygody… która historycznie nie miała miejsca 😉 . No ale bądźmy szczerzy, Wojen wikingów nie czyta się dla lekcji historii, ale dla czystej rozrywki, a tej – jak zwykle – nie brakowało.

Przeczytane: 2.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Nathan Thrall – Jeden dzień z życia Abeda Salamy

Tytuł: Jeden dzień z życia Abeda Salamy
Autor: Nathan Thrall
Tytuł oryginału: A Day in the Life of Abed Salama: Anatomy of a Jerusalem Tragedy
Tłumaczenie: Monika Bukowska
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Znak Literanova

Jeden dzień z życia Abeda Salamy okazał się zaskakująco dobrym reportażem. Oczywiście, mogłam się tego spodziewać, bazując na wielu pozytywnych recenzjach, jednakże podchodziłam do tej książki dość sceptycznie. Trochę czytałam ostatnimi czasy o wojnie izraelsko-palestyńskiej, ale tamte lektury skupiały się na całej historii konfliktu, sięgając lat czterdziestych minionego wieku. Mniej w nich było codzienności mieszkańców Palestyny, a nawet jeśli się ona pojawiała, to autorzy skupiali się raczej na Gazie niż Zachodnim Brzegu. Thrall nie wybrał tej ścieżki – u niego cała akcja toczy się wokół wypadku z lutego 2012 roku, gdy izraelska ciężarówka zderzyła się czołowo z autokarem, wiozącym na wycieczkę grupę palestyńskich przedszkolaków. W wyniku wypadku nauczycielka i kilkoro dzieci zginęło, wiele innych zostało rannych, co samo w sobie jest ogromną katastrofą. Ale autor jasno pokazuje, że wydarzenie mogłoby mieć znacznie mniej tragiczne skutki, gdyby nie polityka Izraela wobec Palestyńczyków. Co z tego, że autobus się pali, a w środku są dzieci? – chyba nie myślicie, że tak łatwo przepuści się palestyńskie służby ratunkowe przez punkty kontrolne do miejsca wypadku. Co z tego, że izraelskie służby mogłyby dotrzeć na miejsce dużo szybciej? – może by się pospieszyły aresztować rzucające kamieniami w Żydów palestyńskie dzieci, ale spieszyć się im na ratunek, co to za pomysł… Co z tego, że twoje dziecko może uratowano z wypadku i trafiło do jakiegoś jerozolimskiego szpitala, skoro ty sam nie jesteś Żydem, więc nikt cię przez punkt kontrolny do Jerozolimy nie wpuści… Z tym wszystkim musi się zmierzyć Abed Salama, którego syn Milad znajdował się w roztrzaskanym autobusie. W tym jednym z najgorszych dni swojego życia mężczyzna próbuje się dowiedzieć, co się stało z dzieckiem, ale sytuacja coraz bardziej pogrąża się w chaosie.
Wydarzenia związane z wypadkiem Thrall przedstawia z punktu widzenia kilku osób – członków rodzin poszkodowanych dzieci, zaangażowanych służb, przypadkowych ludzi, którzy znaleźli się na miejscu i rzucili się do pomocy. Autor nie skupia się tu jednak tylko na tym jednym tragicznym dniu, ale często przybliża czytelnikom sylwetki bohaterów reportażu. Ich życiorysy to historia konfliktu izraelsko-palestyńskiego, to okupacyjna codzienność i prześladowania, ale też silne więzi rodzinne. Wiele zachowań bohaterów, wynikających z ich kultury i wychowania, mocno mnie poruszało – jak chociażby rodzina oskarżająca kobietę, która zgodziła się na udział syna w wycieczce, o jego wypadek, czy ciągła obecność rodziny uniemożliwiająca osobiste pożegnanie utraconego dziecka. Całość opisanych przez Thralla sytuacji tworzy świetny obraz – owszem, nie jest to kompletna historia wojny i okupacji, nie jest to nawet szczegółowy reportaż opisujący konkretny wypadek. Są to historie osobiste, zebrane w całość urywki prywatnych tragedii, które są tylko częścią ogromnej tragedii całego narodu palestyńskiego. Świetnie opisane, bardzo poruszające z czysto ludzkiego punktu widzenia. Mocno polecam.

Przeczytane: 27.01.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Literatura piękna

Stefan Zweig – Dziewczyna z poczty

Tytuł: Dziewczyna z poczty
Autor: Stefan Zweig
Tytuł oryginału: Rausch der Verwandlung
Tłumaczenie: Karolina Niedenthal
Literatura: austriacka
Wydawnictwo: W.A.B.

Zweig jak zwykle nie zawodzi – chyba jeszcze nie czytałam takiej jego książki, która by do mnie nie trafiła. Jednak Dziewczyna z poczty to powieść wyjątkowa wśród twórczości autora, bo książka powstawała przez lata i nigdy nie została ukończona, a wydano ją wiele lat po śmierci Zweiga. Fakt, że akcja urywa się w takim momencie, że stanowi całkiem fajne otwarte zakończenie – niestety ja nie jestem szczególną fanką otwartych zakończeń, wolałabym wiedzieć, jaką wizję dalszych losów bohaterów miał sam autor ;).
Tytułowa Dziewczyna z poczty to Christine Hoflehner, urzędniczka pocztowa z małej mieściny w Dolnej Austrii w latach dwudziestych XX wieku. Brat zginął na wojnie, ojciec zmarł, a kobieta ledwo wiąże koniec z końcem, zajmując się też schorowaną matką. Przełomowym momentem w jej życiu okazuje się telegram od ciotki z Ameryki, która obecnie przebywa na urlopie w Szwajcarii i zaprasza siostrzenicę, by do niej dołączyła. Christine odkrywa kompletnie inny świat, a powrót do codzienności i biedy okazuje się niesamowicie przytłaczający. Choć momentami dłużyły mi się nieco różne opisy w tej szwajcarskiej części, to jednak Dziewczynę z poczty czytało mi się świetnie. Zweig jest mistrzem opisywania uczuć i przemyśleń – jego przedstawienie tego, jak bieda wpływa na człowieka, jak destrukcyjne są myśli, że choćby zrobiło się wszystko, to i tak nie da się zmienić swojego życia; dla mnie to wszystko było bardzo poruszające. Christine i pojawiający się później w jej życiu Ferdinand to postacie, które ciężko polubić, ale nie da się im nie współczuć, nie da się nie myśleć, co ja sama zrobiłabym w podobnej sytuacji.
Naprawdę warto sięgnąć po tę książkę i pozostaje mi jedynie żałować, że Zweig jej nie dokończył – choć biorąc pod uwagę, jak wyglądała końcówka życia autora (w latach trzydziestych uciekł z nazistowskiej Austrii, rozwiódł się i, niepogodzony z przebiegiem wojny i tym, co się stało z Austrią i Europą, popełnił samobójstwo w 1942 roku) raczej nie było co liczyć na szczęśliwe zakończenie…

Przeczytane: 22.01.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Daria Grzesiek – To był tylko pies

Tytuł: To był tylko pies. O żałobie po zwierzętach
Autorka: Daria Grzesiek
Literatura: polska
Wydawnictwo: Dowody

Kiedy usłyszałam o reportażu poświęconym żałobie po zwierzętach, pomyślałam sobie, że jest to naprawdę ciekawy temat. Zwłaszcza że autorka nie skupiła się tylko na psach i kotach, ale postanowiła opowiedzieć też o świnkach morskich i żółwiach, kurach i koniach, a nawet słonicy z zoo. Z zainteresowaniem sięgnęłam więc po To był tylko pies… i szybko poczułam, że czegoś mi w tym reportażu brakuje.
Jego największą wadą jest zdecydowanie objętość – książka liczy sobie zaledwie 160 stron, z czego samego tekstu jest naturalnie trochę mniej. W efekcie Grzesiek nie miała szans dobrze rozwinąć tematu ani dać się zbyt szczegółowo wypowiedzieć swoim rozmówcom. Szczególnie, że pomiędzy ich wypowiedziami autorka powstawiała trochę informacji i ciekawostek związanych z umieraniem zwierząt i tym, co dzieje się z nimi potem. Znów, o samej idei cmentarzy dla zwierząt i różnych sposobach utylizacji zwłok można by napisać książkę dużo bardziej szczegółową niż To był tylko pies. A tu mamy dużo różnych wątków, czasem dość chaotycznie przeplatających się ze sobą i kompletnie niewyczerpujących tematu.
Ciężko mi ocenić tę książkę pod względem emocjonalnym, bo może ktoś, kto sam przechodzi żałobę po ukochanym zwierzaku, dużo bardziej wczuje się w emocje bohaterów reportażu. Dla mnie było to jednak nieszczególnie poruszające, autorce nie udało się oddać emocji w taki sposób, by trafiły one do kogoś, kto sam straty bliskiego zwierzęcia nie doświadczył. A czytałam jednak sporo książek w tematach, których sama na własnej skórze nie doświadczyłam, a jednak byłam lekturą mocno poruszona. To był tylko pies takiego wpływu na mnie nie miało.
Mimo wszystko myślę, że to całkiem ok książka – doceniam różnorodność poruszanych tematów i dobranych historii, to, że faktycznie można poczytać o przywiązaniu do najróżniejszych gatunków zwierząt. Widać, że autorka zrobiła jakiś research tematyczny, ale szkoda, że większość tych wątków poruszyła dość pobieżnie. Można przeczytać jako wprowadzenie do tematu, ale nie ma się co spodziewać reportażu z górnej półki.

Przeczytane: 21.01.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Literatura piękna

Min Jin Lee – Pachinko

Tytuł: Pachinko
Autorka: Min Jin Lee
Tytuł oryginału: Pachinko
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Literatura: amerykańska / koreańska
Wydawnictwo: Czarna Owca

Już od dłuższego czasu miałam tę książkę na swojej liście, ale zmobilizowałam się do przeczytania jej dopiero wtedy, gdy mój klub książkowy wybrał ją na lekturę stycznia. I cieszę się, że w końcu przeczytałam Pachinko, choć miałam co do tej książki nieco wyższe oczekiwania. Co ciekawe, przez dłuższy czas miałam wrażenie, że jednak dobrze trafiłam z lekturą – historia mnie wciągnęła, wczułam się w losy bohaterów (choć głównie raczej bohaterek) i dobrze mi się czytało. W pewnym momencie to uczucie zaczęło jednak zanikać. Pachinko opowiada o losach kilku pokoleń koreańskiej rodziny żyjącej w Japonii, gdzie Koreańczycy byli dla Japończyków wręcz podludźmi, tą gorszą kategorią, którą mało kto szanuje. Sunja, wyjeżdżając do Japonii wraz z mężem, który dołączył do mieszkającego już tam brata, wierzy jednak, że czeka ją tam lepsze życie niż w biednej Korei. Dopóki to Sunja jest główną bohaterką, powieść jest naprawdę wciągająca i poruszająca, wszystko to jednak zaczyna się powoli rozsypywać, gdy na pierwszy plan wychodzą kolejne pokolenia. Pojawia się coraz więcej postaci pobocznych, niektóre wydają się bardzo ważne, ale jest ich na tyle dużo, że niektórzy stanowią tylko mało istotne tło wydarzeń – jak np. rodzina Noa, starszego syna Sunji. Wielu bohaterów wydaje się ważnych, ale ich wątki zostają niedokończone, autorka nie uznała za stosowne rozwinąć albo chociaż zamknąć tych historii. Zresztą takie samo wrażenie odniosłam potem do całej książki – zakończenie ciężko mi uznać za zakończenie, opowieść się urywa, a ja już sama nie wiedziałam, czy ciekawi mnie jeszcze, co będzie dalej.
Akcja Pachinko rozgrywa się w naprawdę ciekawym okresie historycznym, ciągnie się właściwie przez cały XX wiek. W tle jest więc japońska okupacja Korei, II wojna światowa, wojna koreańska, podział państwa na północ i południe… Liczyłam tutaj na zdecydowanie bardziej rozbudowane tło historyczne i polityczne. A to wszystko czasem przewinie się w jakichś rozmowach między bohaterami, ale dla mnie takiej tematyki było stanowczo za mało. Rozumiem, że może sama Sunja niezbyt siedziała w polityce, ale można tu było włączyć więcej takich wątków w związku z innymi postaciami.
Pachinko to nie jest zła książka, żeby nie było. Ponad połowę czytało mi się na tyle fajnie, że spodziewałam się dać tu bardzo dobrą ocenę. Niestety, w pewnym momencie zaczęło się to wszystko rozjeżdżać i ostatnia część lektury bardzo mi się dłużyła, co miało wpływ na moją ocenę końcową. Zachwytów więc nie było, ale cieszę się, że wreszcie po Pachinko sięgnęłam 😉

Przeczytane: 19.01.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Literatura piękna

Katja Kettu – Ćma

Tytuł: Ćma
Autorka: Katja Kettu
Tytuł oryginału: Yöperhonem
Tłumaczenie: Bożena Kojro
Literatura: fińska
Wydawnictwo: Świat Książki

Ćma Kettu to jedna z najbardziej specyficznych powieści, jakie miałam okazję czytać ostatnimi czasy. Pozostawiła we mnie sporo sprzecznych emocji – na tyle sprzecznych, że nie umiem nawet jasno stwierdzić, czy lektura mi się podobała czy nie. Na pewno czytało mi się ją dość szybko i były tu bardzo wciągające momenty. Ale były też dłużyzny i fragmenty, które mogę określić jedynie słowem dziwne 😉 .
Akcja Ćmy toczy się dwutorowo. Najpierw cofamy się do lat trzydziestych, gdy nastoletnia i ciężarna Irga ucieka z rodzinnej Finlandii za wschodnią granicę, do ukochanego Rosjanina. Zamiast romantycznej miłości czeka ją jednak proces i długoletni wyrok w łagrze, gdzie rozpoczyna walkę o przetrwanie. Równocześnie poznajemy historię Verny, wnuczki Irgi, która w czasach już nam współczesnych wyrusza do Rosji, do republiki Mari El, by poznać przyczyny śmierci ojca, a przy okazji dowiedzieć się czegoś o swojej babci. Powiązania między bohaterami szybko stają się jasne, Kettu nie buduje tutaj szczególnego napięcia i tajemnic, choć parę ciekawych zwrotów akcji się trafiło. Do tego trochę ludowych motywów i wierzeń, opisy życia w łagrze (autorka podeszła do nich dość łagodnie – wiemy, że bohaterom przytrafiają się straszne rzeczy, ale zazwyczaj musimy się tego domyślać, co dokładnie się wydarzyło) oraz wyjątkowo dziwne i specyficzne opisy zbliżeń erotycznych. Co kto lubi 😉 .
Pomysł na Ćmę był ciekawy, fabuła nie zawsze mnie do siebie przekonywała, ale generalnie czytało się całkiem dobrze. Językowo i stylistycznie wydawało mi się na początku dziwnie, ale szybko się przyzwyczaiłam. Nie żałuję lektury, choć drugi raz już po nią nie sięgnę – i nie umiem powiedzieć, czy Wam polecam czy też nie… Znów: co kto lubi 😉

Przeczytane: 18.01.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Publicystyka

Steven Pinker – Nowe oświecenie

Tytuł: Nowe oświecenie. Argumenty za rozumem, nauką, humanizmem i postępem
Autor: Steven Pinker
Tytuł oryginału: Enlightenment Now: The Case for Reason, Science, Humanism, and Progress
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Nowe oświecenie to książka, co do której wielokrotnie myślałam, że jednak jej nie skończę, nie wymęczę, poddam się. Bardzo mi przywodziła na myśl Factfulness Roslinga i jeśli tamta lektura przypadła Wam do gustu, jest spora szansa, że i Pinker do Was trafi. Dla mnie obie książki trafiają na półkę pt. wymęczyłam do końca, ale nie chcę już czytać nic podobnego 😉 .
W Nowym oświeceniu jest trochę ciekawostek i faktycznie sensownych argumentów za rozumem. Książka ta ukazała się na początku 2018 roku – niby nie tak dawno temu, ale patrząc na ostatnie lata (ruchy antyszczepionkowe, polityka Trumpa, rosnący w Europie konserwatyzm), świat chyba bardzo stara się udowodnić autorowi, że wcale niekoniecznie chce się tym rozumem i nauką kierować. I naturalnie nie zaprzeczę, że na przestrzeni ostatnich dekad i wieków ludzkość dokonała niesamowitych postępów i że wciąż żyjemy w najlepszych możliwych czasach… Jednak większość tego, o czym pisał Pinker wydawała mi się dość oczywista i zakładam, że taka sama wyda się każdemu, kto pokłada jednak pewną wiarę w nauce. A nie sądzę, żeby antyszczepionkowcy czy klimatyczni denialiści w ogóle zamierzali po tę lekturę sięgnąć 😉 .
Generalnie nie jest to źle napisana książka, ale jednak pełno w niej powtórzeń, oczywistości, a do tego jest naprawdę mocno rozwleczona. Spędziłam na lekturze ponad 10 godzin i chętnie skróciłabym ją o dobrą połowę. Jeśli podobało Wam się Factfulness, jeśli chcecie sobie poczytać o tym, że mimo wszystko ostatnie dekady nie były takie złe (a potem zacząć się zastanawiać, w którą stronę zmierza współczesny świat 😉 ) – spróbujcie, może Nowe oświecenie do Was trafi. W innych przypadkach szkoda czasu.

Przeczytane: 13.01.2026
Ocena: 4/10