Opublikowany w Ciekawostki podróżnicze

Anna Bittner – Portugalia

Tytuł: Portugalia. W objęciach oceanu
Autorka: Anna Bittner
Literatura: polska
Wydawnictwo: Poznańskie

Gdy w ubiegłym roku czytałam Sobremesę Buczaka, uznałam, że coraz bardziej przekonuję się do Serii Podróżniczej, choć zazwyczaj zdecydowanie wolałam reportaże. Portugalia Anny Bittner dołączyła tu do książek o Hiszpanii i Słowenii, które dotąd uważałam za najlepsze z serii, i utwierdziła mnie w przekonaniu, że po takie lektury też czasem warto sięgnąć 🙂 .
Autorka od lat mieszka w Portugalii, mówi po portugalsku, korzysta z tamtejszej opieki zdrowotnej, posłała dzieci do miejscowych szkół – krótko mówiąc, miała okazję poznać ten kraj od podszewki, a teraz dzieli się swoimi doświadczeniami z czytelnikami. Widziałam recenzje książki, w których wspominano, że czytanie Portugalii to jak rozmowa z autorką przy kawie, podczas której płynie opowieść – czułam się dokładnie tak samo, czytając. Zwłaszcza że Annę Bittner znam osobiście i dużo łatwiej było mi sobie taką opowieść wyobrazić, nie przeszkadzały mi tu też jej osobiste wstawki. Książka jest bardzo przystępna w odbiorze, świetnie się ją czyta, a piękne zdjęcia tylko dodają jej uroku – nie mogę się już doczekać, aż w moje ręce trafi wersja papierowa i będę mogła się przyjrzeć zdjęciom lepiej niż na Kindle’u 😉 .
Autorka mieszka w przepięknym i popularnym wśród turystów regionie Algarve i to tej części kraju poświęciła najwięcej uwagi. Gdy w jakichś kwestiach Algarve różniło się znacząco od reszty Portugalii, Bittner starała się te różnice zaznaczyć i myślę, że dawało to ciekawe zestawienie, jak różnorodny jest to kraj. Zabrakło mi jednak szerszego pokazania innych regionów, szczególnie fascynujących mnie najbardziej (może dlatego, że w Lizbonie, Porto czy Algarve już byłam, nawet jeśli wciąż czuję niedosyt) części wyspiarskich – z przyjemnością przeczytałabym całe rozdziały poświęcone Maderze i Azorom 😉 . Nie obraziłabym się też, gdyby w książce było dużo więcej historii, ale to już kwestia indywidualnych zainteresowań – wiem, że nie każdy tego oczekuje od literatury podróżniczej.
Całościowo patrząc, Portugalia. W objęciach oceanu to zdecydowanie jeden z najlepszych tytułów w Serii Podróżniczej – dobrze napisana, pięknie wydana, wciągająca od pierwszej do ostatniej strony. Dla fanów literatury na końcu znajdzie się też lista książek okołoportugalskich, po które warto sięgnąć według autorki. Bo że po samą Portugalię warto sięgnąć, to chyba jasne? 😉

Przeczytane: 31.03.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Fantastyka

Norbert Grzegorz Kościesza – Baba Wanda

Tytuł: Szeptuni. Baba Wanda
Autor: Norbert Grzegorz Kościesza
Literatura: polska
Wydawnictwo: Męskie wydawnictwo N-Kort

Lubię fantastykę w słowiańskich klimatach, więc z zainteresowaniem sięgnęłam po Babę Wandę Kościeszy. Opis książki zaczynał się od słów: Słowiańska mitologia przeplata się tutaj z Podlaskimi klimatami. Dawni bogowie współpracują z szeptuchą… – czy to nie zapowiada się ciekawie? Niestety, wszystko się jakoś rozjechało i choć pierwszą część Szeptunów czytało mi się w miarę szybko, to książka mnie nie potrafiła wciągnąć, a także wymęczyła mnie językowo. Zdaję sobie sprawę, że autor chciał tu podkreślić te podlaskie klimaty głównie językiem, więc bohaterowie rozmawiają ze sobą gwarą zmieszaną ze wstawkami rosyjskimi/białoruskimi/itp… Ale dla czytelniczki z innej części kraju okazało się to zaskakująco męczące. Tak, części słów mogłam się domyślić, znając podstawy rosyjskiego, jednak uważam, że książki w ojczystym języku nie powinno się czytać, co rusz potrzebując słowniczka lub przypisów do dialogów. Bardzo zaburza to płynność lektury i irytuje.
Akcja Baby Wandy krąży wokół tytułowej szeptuchy, żyjącej już od wieków i po dłuższej przerwie wracającej do swojej podlaskiej chaty, by zaoferować miejscowej ludności swoje usługi. Przeplatane jest to opowieściami, w których dziarska staruszka podróżuje w czasie i zwinnie walczy ze słowiańskimi potworami. A do tego gotuje, piecze (przepisy przeskakiwałam, to zdecydowanie nie dla mnie lektura), udziela porad… zaś ja co rusz zastanawiałam się, o czym w ogóle jest ta książka? Jaki jest motyw przewodni fabuły? Czy tu w ogóle jest jakaś konkretna fabuła czy luźna zbitka historii z tą samą bohaterką? I po co w to wszystko wplatać postać Jakuba Wędrowycza z powieści Pilipiuka? Generalnie parę historii było w miarę ciekawych, sam zamysł był całkiem ok, ale nie trafiło do mnie wykonanie, zmęczył mnie język, podirytował brak konkretnej fabuły. Znajdą się lepsze tytuły w słowiańskiej fantastyce 😉

Przeczytane: 27.02.2026
Ocena: 4/10

Opublikowany w Fantastyka

Robert M. Wegner – Dusza pokryta bliznami

Tytuł: Dusza pokryta bliznami
Autor: Robert M. Wegner
Literatura: polska
Wydawnictwo: Powergraph

Dusza pokryta bliznami to była książka bardzo wyczekana. Opowieści z meekhańskiego pogranicza uwielbiam od lat, obok Wiedźmina to moje ulubione polskie fantasy. Wciągnęły mnie mocno poprzednie tomy i niecierpliwie czekałam na kontynuację. Wegnera, jak zwykle, czytało mi się świetnie – bardzo lubię jego sposób pisania i snucia opowieści. Niestety, dołączę tu do grona fanów serii nieco rozczarowanych najnowszym tomem, a to z trzech głównych powodów:

  • Wegner przyzwyczaił mnie do książek liczących sobie dobre 600-700 stron, tymczasem Dusza pokryta bliznami to niespełna 400 stron tekstu. Stanowczo za mało!
  • Choć Opowieści z meekhańskiego pogranicza zaczęły się od tomów opowiadających tylko o wybranych bohaterach, to w ostatnich częściach ich losy bardzo mocno zaczęły się splatać. Tymczasem w szóstym tomie Wegner znów skupił się tylko na wybranych postaciach (Czerwone Szóstki, Altsin, dziewczyny z czaardanu i Deana), losy pozostałych pozostawiając dalej pod znakiem zapytania. Nie tego się spodziewałam…
  • Dusza pokryta bliznami jest za bardzo przegadana. Akcja jest świetnie rozkręcona tylko w przypadku historii o Górskiej Straży i tę część naprawdę pochłaniałam, to był właśnie ten Meekhan, który uwielbiam. W Białym Konoweryn niby się trochę dzieje, ale też głównie gadają – akcja się rozkręca dopiero na koniec, urywając się niemal w kulminacyjnym momencie. Altsin też dopiero pod koniec dowiaduje się co nieco o historii Nieśmiertelnej Floty, ale wcześniejsze rozdziały o płynięciu na Nocnej Perle nic nie wnoszą i równie dobrze mogłyby być skrócone do kilku stron.

Nie potrafię ocenić Opowieści z meekhańskiego pogranicza źle, bo przecież i ten ostatni tom wręcz pochłonęłam. Po prostu przyzwyczaiłam się do tego, że Wegner swoimi książkami wgniata mnie w fotel, a tym razem nie było aż tak zajebiście… 😉

Przeczytane: 23.03.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Literatura piękna

Brenda Navarro – Puste domy

Tytuł: Puste domy
Autorka: Brenda Navarro
Tytuł oryginału: Casas vacías
Tłumaczenie: Agata Ostrowska
Literatura: meksykańska
Wydawnictwo: ArtRage

Bardzo lubię to uczucie, gdy sięgam po książkę bez żadnych oczekiwań, a ta okazuje się naprawdę świetną lekturą, która wciąga niemal od pierwszej strony. Zresztą Navarro zaczęła Puste domy z grubej rury – od porwania trzyletniego chłopca z placu zabaw. A potem zgłębiła się w różne relacje rodzinne, w których niestety więcej jest patologii niż miłości, przedstawiając wszystko w tak dosadny sposób, że jednocześnie nie chce się tego czytać i chce się wiedzieć, co dalej.
Historię poznajemy z punktu widzenia dwóch kobiet, dwóch bezimiennych narratorek, które łączy jedno – obie próbują być matkami tego samego chłopca. Który, jakby było mało problemów, ma autyzm i nie umie wyrazić własnych uczuć czy potrzeb. Pierwsza to dziecko urodziła i nazwała Danielem. Wydawało jej się, że chce być matką, ale macierzyństwo (podwójne, bo połączone z adopcją osieroconej dziewczynki z rodziny) wydaje się ją przerastać, zwłaszcza gdy partner wyraźnie woli adoptowaną córkę od autystycznego syna. Druga dziecko porwała i nazwała Leonelem. Nie mogła się doczekać macierzyństwa, mimo że jej facet pił, bił i zdradzał, a pojawienie się porwanego autystycznego dziecka w związku zdecydowanie nie poprawiło tej relacji. Navarro świetnie pokazała różnorodne podejście do macierzyństwa, choć powiedziałabym, że główny wniosek, jaki dla mnie wynika z tej powieści, to: naprawdę nie każda rodzina powinna mieć dziecko.
Dwie różne narracje to też dwa kompletnie odmienne style snucia opowieści. Matka Daniela stara się panować nad emocjami i analizować przeszłość, próbując zrozumieć, co było większym błędem – stracenie dziecka z oczu, co umożliwiło jego porwanie, czy w ogóle urodzenie go? Matka Lionela swoich uczuć nie kontroluje zupełnie, jej wypowiedzi są bardzo emocjonalne i pełne przekleństw. Warto to wziąć pod uwagę, jeśli kogoś to drażni, bo choć mi pasowały one do tej postaci, to jednak narracja pełna bluzgów trochę mnie irytowała. Mimo wszystko książkę pochłonęłam bardzo szybko – na pewno pomógł tu fakt, że liczy sobie ona niecałe 200 stron. Lektura wciąga, daje do myślenia, działa na emocje – naprawdę lubię takie powieści, nawet jak kompletnie nikogo z bohaterów nie da się tu polubić, a otwarte zakończenie nie nastraja optymistycznie…

Przeczytane: 20.03.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Historia

Colin Jones – Upadek Robespierre’a

Tytuł: Upadek Robespierre’a. Ostatnie 24 godziny Terroru
Autor: Colin Jones
Tytuł oryginału: The Fall of Robespierre: 24 Hours in Revolutionary Paris
Tłumaczenie: Grzegorz Kulesza
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Na start zaznaczę, że po Upadek Robespierre’a warto sięgnąć, mając w miarę dobrze poukładane w głowie wydarzenia oraz bohaterów Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Ten temat nigdy nie leżał w zakresie moich zainteresowań, o rewolucji ostatnio czytałam w szkole, a było to dość dawno… I po kilkudziesięciu stronach książki Jonesa musiałam ją odłożyć na bok i zgłębić się najpierw w odmętach internetu, by wiedzieć, co i jak, no i nie gubić się w treści książki skupiającej się na jednym konkretnym dniu – przewrocie 9 thermidora (27.07.1794). Przyznam, że zabrakło mi tutaj takiego wprowadzenia historycznego, a także podsumowania wydarzeń z kolejnych lat. Nie to, że ten 9 thermidora jest zawieszony w próżni, bo Jones opowiada trochę o wcześniejszych wydarzeniach, ale po pierwsze skupia się tylko na tych, które mają związek z omawianymi tematami, a po drugie czyni to w sposób dość chaotyczny i niechronologiczny. Upadek Robespierre’a opowiada godzina po godzinie o tym dniu i jeśli np. o danej porze miały się rozpocząć protesty, to owszem, autor nagle zgłębiał ich przyczyny i wcześniejsze wydarzenia… by nagle przeskoczyć do innego miejsca 15 minut później i omawiać inny temat.
Zatem to była dla mnie największa wada tej książki. Drugi, również spory minus, to nierównomierne przyciąganie zainteresowania czytelników. Pierwsza część Upadku Robespierre’a, właściwie wszystkie wydarzenia prowadzące do jego aresztowania, to głównie mocno przegadana polityka. Bardzo dużo nazwisk i miejsc, które osobie nieznającej francuskiego natychmiast zlewały się w jedno. Myślę, że spokojnie z 1/3 lektury po prostu przemęczyłam, licząc na to, że pojedyncze przebijające się ciekawostki są warte dalszej lektury. Na szczęście potem zaczęło się dziać bardzo dużo, a do tego Jones skupił się już na konkretnych postaciach, które łatwiej było zapamiętać. Nie wiedzieć kiedy zaczęło mi się Upadek Robespierre’a czytać coraz lepiej i faktycznie, historia nieudanego przewrotu okazała się dla mnie niezmiernie fascynująca. Zwłaszcza że naprawdę nie wiedziałam o nim nic poza tym, że był i jak skończył się dla samego Robespierre’a. Swoją drogą, Nieprzekupnego było w tej książce zaskakująco niewiele – głównie w tej pierwszej, politycznej części. W samym przewrocie jego rola była minimalna, a dopiero jego ścięcie następnego dnia przeszło do historii.
Jest to lektura bardzo szczegółowa, choć napisana naprawdę dobrym językiem i w całkiem wciągający sposób – no i fajny miał Jones pomysł z tą godziną po godzinie, choć przydałoby się podsumowanie wcześniejszych i późniejszych wydarzeń. To, ile materiałów z epoki autor musiał przeczytać, by przedstawić upadek Robespierre’a tak, byśmy poznali wydarzenia oczami mu współczesnych, a nie z naszej perspektywy czasowej, też jest godne podziwu. Myślę, że naprawdę warto sięgnąć po tę lekturę, tylko koniecznie z już usystematyzowaną wiedzą o rewolucji.

Przeczytane: 17.03.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Biografie i wspomnienia

Friedrich Kellner – Dziennik sprzeciwu

Tytuł: Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939-1942
Autor: Friedrich Kellner
Tytuł oryginału: „Vernebelt, verdunkelt sind alle Hirne”: Tagebücher 1939-1945
Tłumaczenie: Andrzej Kopacki
Literatura: niemiecka
Wydawnictwo: Ośrodek Karta

Jak tu ocenić książkę, która z założenia nie miała być wcale książką? Zapiski Kellnera, niemieckiego urzędnika, prowadzone od jesieni 1939 roku zostały częściowo (z lat 1939-42) wydane w Polsce jako Dziennik sprzeciwu. Jak łatwo się domyślić po tytule, autor sprzeciwiał się działaniom nazistowskich władz oraz rozpętanej przez nie wojnie, chociaż zdawał sobie sprawę, że głośny sprzeciw skończyłby się dla niego obozem koncentracyjnym lub śmiercią. Zapisywał jednak swoje przemyślenia, cytował zasłyszane rozmowy, a także te, w których uczestniczył, próbował analizować sytuację wojenną i często cytował ówczesną prasę. Z historycznego punktu widzenia jest to więc naprawdę fascynujące źródło informacji o wojennych Niemczech – dzięki Kellnerowi możemy obserwować zbiorowe niemieckie zachłyśnięcie się nazizmem i pierwszymi sukcesami oraz wiarę w Goebbelsową propagandę. Autor na bieżąco zestawia niedawne jeszcze artykuły z już odbiegającą od nich rzeczywistością wojenną, wskazuje, jak często propaganda przeczy sama sobie i jak w ogóle nie przeszkadza to zwykłym Niemcom… Kellner najprawdopodobniej słuchał też zagranicznych stacji radiowych, bo wiele wiedział o porażkach nazistów, o których naturalnie nie trąbiły lokalne media.
Zatem z tej strony była to lektura niezwykle fascynująca i ważna. Miała jednak swoje wady, częściowo związane z tym, że był to po prostu dziennik. Kellner wielokrotnie powtarzał niektóre ze swoich przemyśleń czy narzekań, co z jednej strony podkreślało jego narastającą frustrację, a z drugiej było mocno irytujące dla mnie jako czytelniczki. Tak samo jak jego liczne komentarze, że kraje, które się nie przygotowały do wojny i porządnie nie stawiały Niemcom, to właściwie zasłużyły sobie na wszystko, co je spotkało. Do tego nie ma co ukrywać, że Kellner nie pisał swoich dzienników jakimś pięknym, wciągającym stylem, czasem czytało się to dość topornie. Szczególnie męczyło, jeśli autor wrzucał sporo fragmentów z gazet, jednych po drugich – niby dobrze to śledzić, ale jednak lepiej by to się czytało przeplatane jego komentarzami i przemyśleniami. Więc całościowo daję Dziennikowi sprzeciwu ocenę 6/10, choć wciąż uważam, że ciężko go tak właściwie ocenić ze wspomnianych już wyżej powodów.

Przeczytane: 17.03.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Katarzyna Tubylewicz – Nie czekam na szklankę wody

Tytuł: Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności
Autorka: Katarzyna Tubylewicz
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Do twórczości Tubylewicz mam dość ambiwalentne podejście – potrafi pisać dobrze i ciekawie, potrafi też tworzyć książki bardzo słabe. Nie czekam na szklankę wody to lektura taka… po prostu okej – nie tak słaba jak Samotny jak Szwed, ale chociażby Moralistom nie dorasta do pięt. Przede wszystkim mam trochę wrażenie, że w temacie niedzietności powiedziano już wszystko i po skończonej lekturze nie odczułam, że z tej książki dowiedziałam się czegoś nowego. Owszem, autorka zebrała w całość najważniejsze powody, dla których kobiety nie decydują się na dziecko i poprzeplatała to czasem ciekawymi statystykami i danymi. To, na ile dobrze przedstawione były dane argumenty, zależało od rozmówcy, bo Tubylewicz dopuszczała do głosu bohaterki swojego reportażu, a te czasem potrafiły opowiadać ciekawie i konkretnie, a czasem nie. Niezbyt do mnie trafiały własne komentarze autorki albo jej porównywania się do bohaterek reportażu, bo może i ma syna, ale w Szwecji matka jedynaka to prawie jak bezdzietna, bo co to jest tylko jedno dziecko?
Podobała mi się różnorodność tematów poruszanych przez bohaterki reportażu. To nie tylko historie kobiet, które dzieci mieć nie chciały, bo nigdy nie czuły instynktu, bo nie umiałyby sobie poradzić z presją, bo nie trafiły na właściwego partnera w odpowiednim czasie czy nawet boją się zmian klimatycznych. Tubylewicz rozmawiała też np. z kobietą, która dziecko straciła i z inną, która po latach niedzietności uznała, że jednak tego dziecka pragnie. Ciekawie byłoby też dopuścić do głosu więcej starszych bohaterek, oceniających po latach swoje decyzje z młodości. Całościowo jednak autorka faktycznie zadbała o różnorodne spojrzenie na temat i to jej się chwali. Nie czekam na szklankę wody to reportaż dość krótki, czyta się go szybko i w miarę lekko. Można przeczytać, jeśli ciekawi was argumentacja niedzietnych kobiet, ale jeśli znacie już takie historie – można spokojnie odpuścić sobie tę lekturę, nic nie stracicie 😉

Przeczytane: 09.03.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Neal Shusterman – Podzieleni

Tytuł: Podzieleni
Autor: Neal Shusterman
Tytuł oryginału: Unwind
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Uroboros

Jaka ja byłam ciekawa tej serii! Shusterman całkiem nieźle do mnie trafił z cyklem Żniwa śmierci i chętnie sięgnęłam po kolejne fantasy jego autorstwa. Wiedziałam, że seria Podzieleni to fantastyka młodzieżowa, ale liczyłam na lekki styl, wartką akcję i przede wszystkim – jak to było już ze Żniwami śmierci – na oryginalny świat przedstawiony. W Podzielonych zapowiadało się to bardzo fajnie, bo akcja dzieje się w dystopijnej przyszłości, po wojnie pomiędzy tymi za życiem a tymi za wyborem. Po wojnie zakończonej abstrakcyjnym kompromisem – życie jest cenne i chronione… tylko do 13 i potem znów od 18 roku życia. Jeśli jednak rodzice z jakiegoś powodu nie chcą dłużej dziecka, takiego nastolatka można oddać do podzielenia, czyli – krótko mówiąc – na organy. Nie uważa się tego za śmierć, bo przecież części człowieka żyją w innych ludziach, nic, tylko same zalety, prawda? 😉 Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia trójki nastolatków wyznaczonych do podzielenia, którym udaje się uciec i teraz muszą przetrwać w ukryciu do 18 urodzin. Pomysł na fabułę, choć abstrakcyjny, zaintrygował mnie i z ciekawością sięgnęłam po lekturę.
Generalnie Podzielonych czytało mi się całkiem dobrze, ale książka nie potrafiła wciągnąć mnie tak jak Żniwa śmierci. Przede wszystkim zabrakło mi szerszego ukazania świata przedstawionego, wyjaśnienia, jak to wszystko działa i bardziej rozbudowanej historii i idei podzielenia. To się pojawia w rozmowach między ludźmi, ale są to fragmentaryczne informacje, nietworzące wyjątkowo spójnej całości. Nieszczególnie trafili też do mnie młodzi bohaterowie powieści – może z punktu widzenia młodszych czytelników będą oni ciekawsi, ale mnie nieco irytowali. Było tu parę fajnych zwrotów akcji, spodobało mi się też zakończenie, no i lektura była przyjemna w odbiorze, więc całościowo oceniam tę książkę jako dobrą. Nie wciągnęła mnie jednak na tyle, bym chciała kontynuować swoją przygodę z tą serią, wystarczy mi to, co już przeczytałam.

Przeczytane: 27.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Bartosz Józefiak – Patodeweloperka

Tytuł: Patodeweloperka. To nie jest kraj do mieszkania
Autor: Bartosz Józefiak
Literatura: polska
Wydawnictwo: Znak Literanova

To już drugi reportaż o patodeweloperce w Polsce, jaki przeczytałam, po Dziurach w ziemi Drozdy. Z tych dwóch książek zdecydowanie bardziej polecam sięgnąć po tę Józefiaka. Autor przedstawił tę problematykę w przystępny sposób i choć tematu na pewno nie wyczerpał, to wyciągnął na światło dzienne wiele patologii polskiej deweloperki. I owszem, wielokrotnie podkreślał, że nie każdy deweloper działa w opisany sposób, ale jako czytelniczka odniosłam wrażenie, że firmy, które myślą o przyszłych mieszkańcach swoich budynków, należą do zdecydowanej mniejszości.
Józefiak oparł strukturę książki o konferencję deweloperów, w której miał okazję uczestniczyć. Wysłuchane prezentacje i rozmowy między uczestnikami stanowiły punkt wyjścia do różnych problemów – i całkiem spodobała mi się taka konstrukcja tego reportażu. Nie przeszkadzało mi to przeskakiwanie z konferencji do mieszkań, placów budowy czy biur deweloperów i architektów, wręcz przeciwnie, sprawiało to, że książkę czytało się bardzo szybko. Niestety, z reportażu nie wyłania się żadne światełko w tunelu, żadna nadzieja, że z mieszkaniami w Polsce będzie lepiej. Każdy kolejny rząd nie wie, jak się zabrać za ten temat, różne dopłaty idą tylko do kieszeni deweloperów i banków, podnosząc ceny mieszkań, a ludzie akceptują najgorsze mieszkania, bo nie stać ich na nic innego i nie mają pieniędzy na prawników, by szarpać się z deweloperem o dotrzymanie umowy.
Na minus – można było trochę lepiej zredagować wypowiedzi niektórych rozmówców, szczególnie rozmowy z konferencji deweloperów zostały tak przedstawione, by czytelników do nich zniechęcić. Myślę, że nie było takiej potrzeby, w końcu cała książka jest o tej patodeweloperce, chyba nikt, kto sam na tym nie zarabia, nie będzie tego bronił tak czy inaczej. No i niektóre tematy / problemy są dość oczywiste dla każdego, kto choć trochę obserwuje sytuację polskiego mieszkalnictwa. Mimo wszystko uważam, że warto się zapoznać z tą lekturą, choć będzie ona momentami wkurzać, że to wszystko może naprawdę tak wyglądać…

Przeczytane: 27.02.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Oksana Wasiakina – Rana

Tytuł: Rana
Autorka: Oksana Wasiakina
Tytuł oryginału: Рана
Tłumaczenie: Agnieszka Sowińska
Literatura: rosyjska
Wydawnictwo: Marpress

Rana była lutową lekturą naszego klubu książkowego i przyznaję, że sama na nią głosowałam. Bardzo zachęcił mnie opis, w myśl którego bohaterce umiera matka, a ta ma przewieźć urnę z jej prochami do rodzinnej Syberii – wszystko to z pewną dozą absurdu, a także z rozmyślaniami nad własną lesbijską tożsamością w jakby nie patrzeć mocno nietolerancyjnej Rosji. Brzmiało to dla mnie naprawdę ciekawie, a potem zaczęłam czytać i zderzyłam się z rzeczywistością, która nie sprostała temu opisowi.
Po pierwsze, ta książka jest dużo bardziej o umieraniu matki a nie podróży z jej prochami, choć kiedy ten wątek się zaczyna, robi się faktycznie trochę ciekawiej. Autorka-bohaterka (Rana jest autofikcją) miała widocznie trudną relację z matką, potrzebowała jej akceptacji, a kiedy kobieta umarła, córka długo nie mogła tego wszystkiego ułożyć sobie w głowie. I zaczęła pisać Ranę, która stała się powieścią bardzo chaotyczną, męczącą, pełną powtórzeń, najdziwniejszych odniesień do śmierci (wątek z zapaleniem sromu kompletnie mnie rozwalił), do tego napisaną bez żadnej chronologii oraz w niejednolitym stylu. Raz są to wspomnienia, raz zapiski, raz wiersze, innym jeszcze razem jakaś opowieść mitologiczna – wiem, że Wasiakina miała na to jakiś pomysł, ale dla mnie jako czytelniczki było to wszystko bez ładu i składu. Zabrakło mi tu tego obiecanego absurdu, którego w Rosji na pewno nie brakuje. Rozczarowały mnie wątki związane z lesbijską tożsamością Oksany, bo choć opisy jej związków płynnie przeplatają się z opisami umierania matki i podróży z jej prochami, to właściwie nic specjalnego do lektury nie wnoszą. Jakkolwiek w Rosji nawet takie pisanie o homoseksualizmie jest obecnie zabronione, to z punktu widzenia czytelników spoza Rosji nie ma tu nic wyjątkowego. Osobiście czuję się Raną zmęczona i rozczarowana, zdarzały się w miarę fajne fragmenty, ale było ich stanowczo za mało i tak tonęły we wszystkim innym, że nawet nie chcę, by ta książka została w mojej głowie na dłużej.

Przeczytane: 26.02.2026
Ocena: 4/10