
Autorka: Zeinab Badawi
Tytuł oryginału: An African History of Africa
Tłumaczenie: Agnieszka Sobolewska
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: HI:STORY
Z jaką ciekawością sięgałam po tę książkę i jak rozczarowana się czułam po lekturze, to aż brak mi słów… Napiszę więc recenzję 😉 . Choć interesuję się historią nie od dziś, musiałam przyznać, że niewiele wiedziałam o afrykańskiej historii. Poza Egiptem, bo tu akurat czytam całkiem sporo. Możliwość spojrzenia na historię kontynentu nie przez pryzmat kolonistów (choć autorka w sumie wychowała i wykształciła się w Wielkiej Brytanii i da się to odczuć) wydawała mi się czymś naprawdę fascynującym, szybko jednak sporo rzeczy zaczęło mi zgrzytać.
Badawi nie jest historyczką, tylko dziennikarką, co samo w sobie nie znaczy, że nie potrafiłaby napisać dobrej książki historycznej, ale… Wymagałoby to ogromnego researchu i przebrnięcia przez mnóstwo materiałów, bo Afryka jest ogromnym i niesamowicie różnorodnym kontynentem. Tymczasem autorka podeszła do swojej książki jak do innych dziennikarskich tematów – jeździła po Afryce i rozmawiała z różnymi ludźmi o historii, a na podstawie ich opowieści tworzyła kolejne rozdziały. I żeby to chociaż byli historycy! Czasem to był pracownik muzeum, innym razem pastor, polityk, brat wnuka kuzyna jakiejś ważnej osobistości sprzed lat… Sama zaś Badawi otwarcie pisała, że pojechała do X, by dowiedzieć się czegoś o historii tego miejsca od osoby Y. Jest to dla mnie najbardziej abstrakcyjny sposób zbierania materiałów do książki historycznej, jaki można sobie wyobrazić… Oczywiście w takim materiale nie brakuje osobistych opinii autorki i jej rozmówców w ilościach zdecydowanie niepasujących do książki naukowej. Do tego śmiem wątpić, czy autorka zawsze weryfikowała to, co mówią jej rozmówcy. Afrykańska historia Afryki zaczyna się od rozdziału o Egipcie, o którym jakąś wiedzę tu posiadam i szybko zaczęłam ją kwestionować w zetknięciu z faktami Badawi. Przedstawianie nierozstrzygniętej bitwy pod Kadesz jako egipskiego zwycięstwa czy mówienie o tym, że wiemy na pewno, ile było dynastii, gdy egiptolodzy mają tu różne zdania i różnie liczą. A to tylko przykład, różnych mniejszych i większych nieścisłości wpadło mi w oko więcej, szybko więc zaczęłam się zastanawiać, na ile wiarygodne są informacje z kolejnych rozdziałów, gdzie źródłem autorki był na przykład lokalny ksiądz… Nie umiałam podchodzić do Afrykańskiej historii Afryki jako lektury popularnonaukowej, a przecież do tego aspirowała. Sama autorka pytała na początku, ilu afrykańskich władców byśmy byli w stanie wymienić, ale jeśli jej celem było sprawienie, że po lekturze będę rzucała imionami i nazwiskami, to tym bardzo jej to nie wyszło. Jak na trochę ponad 500 stronach zmieścić historię całego kontynentu inaczej, niż streszczając wszystko maksymalnie? Ja miałam poczucie, jakbym czytała napisany luźnym językiem podręcznik do historii, gdzie bohaterowie zmieniali się co akapit, a większość ważnych wydarzeń była opisana jednym czy dwoma zdaniami. Dodając do tego dość trudne z naszego punktu widzenia nazwiska, nie ma szans, by coś bardziej utkwiło w pamięci.
Szczerze myślę, że Afrykańska historia Afryki miała spory potencjał, który autorka mocno zaprzepaściła. Owszem, zaserwowała tu sporo ciekawostek, których szukałam potem w internecie, by dowiedzieć się czegoś więcej. Parę miejsc – jak kościoły skalne w Lalibeli – dodałam na swoją listę miejsc, które chcę koniecznie odwiedzić, więc pod tym względem cieszę się, że po tę lekturę sięgnęłam. Całościowo mam jednak poczucie, że to był za duży temat jak na jedną książkę. I o ile rozumiem, że o wielu dawnych cywilizacjach nie mamy zbyt dużo informacji, więc te rozdziały siłą rzeczy musiały być krótsze, to jednak zdecydowanie zbyt ogólnikowo Badawi potraktowała też XX wiek, który Afryce przyniósł ogromne zmiany. Mam po tej lekturze ogromny niedosyt.
Przeczytane: 18.09.2026
Ocena: 5/10








