Opublikowany w Literatura piękna

Nguyễn Phan Quế Mai – Góry śpiewają

Tytuł: Góry śpiewają
Autorka: Nguyễn Phan Quế Mai
Tytuł oryginału: The mountains sing
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska
Literatura: wietnamska
Wydawnictwo: Albatros

Byłam bardzo ciekawa tej powieści, bo nie czytałam dotąd nic z literatury wietnamskiej, choć zdarzało mi się sięgać po zagraniczne książki poświęcone Wietnamowi. Ale wiadomo, to nie to samo 😉 . Nguyễn opowiada tu o dojściu komunistów do władzy, reformie rolnej i tragedii wojny wietnamskiej z punktu widzenia zwykłych ludzi. Opowieść toczy się dwutorowo – najpierw poznajemy losy Hương wychowywanej przez babcię w bombardowanym Hanoi, a potem cofamy się w przeszłość, do czasów młodości babci (Dieu Lan). Historię tej drugiej poznajemy w formie opowieści snutych przed wnuczką, co ma swoje wady i zalety. Z jednej strony sprawia, że opowieść jest bardzo emocjonalna i osobista, a z drugiej opowiedziana jest dość prostym językiem, skierowanym do młodej dziewczyny. Część z punktu widzenia Hương też jest dość prosta językowo i nie zmienia się, mimo że bohaterka dorasta i przestaje być dzieckiem. Szczerze powiedziawszy, to właśnie językowo Góry śpiewają niezbyt do mnie trafiły – nie wiem, czy to kwestia samej książki (pierwszej napisanej przez autorkę po angielsku), czy też polskiego tłumaczenia.
Mimo wszystko z przyjemnością oceniłam tę powieść dość wysoko, bo naprawdę mnie wciągnęła. Nguyễn bardzo obrazowo przedstawiła tragedię Wietnamczyków, mimo że sama akcja nie toczy się na wojnie – jednak bohaterki uciekają przed bombardowaniami, martwią się o bliskich, którzy zaginęli na Południu, słuchają opowieści tych, którzy wrócili, często okaleczeni fizycznie i psychicznie. W tle, we wspomnieniach babci, przewija się też okupacja francuska i japońska oraz brutalność reformy rolnej, w wyniku której wielu posiadaczy ziemskich musiało pożegnać się z majątkiem, a często też z życiem. Nie zaprzeczę, że przydały mi się tu wcześniej czytane lektury o XX-wiecznej historii Wietnamu, bo autorka nie tłumaczy tych wydarzeń, wychodzi z założenia, że czytelnicy wiedzą co nieco o wojnach Wietnamczyków z Francją, Japonią i Stanami.
Bardzo się cieszę, że sięgnęłam po tę książkę. Czytało mi się ją bardzo szybko ze względu na dość wartką akcję, ale też i ten prosty język, na który narzekałam 😉 . Z ciekawością przeczytam coś jeszcze tej autorki, bo było to udane pierwsze spotkanie z literaturą wietnamską.

Przeczytane: 10.05.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Powieść historyczna

Elżbieta Cherezińska – Śmiały

Tytuł: Śmiały
Autorka: Elżbieta Cherezińska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Cherezińska wraca do opowieści o Polsce Piastów, a choć Śmiały nie dorównuje tu cyklowi Odrodzone królestwo, to nie mogę zaprzeczyć, że książki tej autorki zawsze mi się dobrze czyta. Zwłaszcza te o średniowiecznej Polsce 🙂 . Choć z pierwszym tomem opowieści o Bolesławie Śmiałym na początku było mi trochę nie po drodze i czułam się dość rozczarowana, na szczęście z kolejnymi rozdziałami – i z dorastaniem głównego bohatera – robiło się coraz ciekawiej. Jednak mam trochę poczucie, że samego Bolesława jest w Śmiałym po prostu za mało. Cherezińska skupiła się tu trochę za bardzo na niektórych postaciach kobiecych (co samo w sobie jest oczywiście fajne, ale…) – głównie Świętosławie, siostrze Bolesława, oraz Getrudzie, jego ciotce, a także Rzepichach. Losy piastowskich kobiet są ciekawe, ale mam wrażenie, że autorka bardzo spłaszczyła te postaci. Zaś mężczyźni… Sam Bolesław zapowiada się ciekawie, ale było go w tej książce najzwyczajniej w świecie za mało. Jego bracia, władcy sąsiednich księstw i królestw, Sieciech, czy nawet pojawiający się już gdzieniegdzie (jeszcze nie biskup) Stanisław to nie są takie żywe i interesujące postacie, do jakich Cherezińska mnie przyzwyczaiła w poprzednich książkach. Mamy tu sporo rozwleczonych fragmentów dotyczących mniej ważnych wydarzeń, a te istotne są bardzo skrócone albo w ogóle ledwie wspomniane. Zabrakło mi tu tej fascynującej zabawy polską historią, przedstawiania dużej ilości faktów i uzupełniania ich własną wyobraźnią, co autorka przecież świetnie potrafi. Zresztą dalej tego trochę tutaj znajdziemy, Śmiałego czyta się bardzo szybko i lektura – zwłaszcza w drugiej połowie – jest mocno wciągająca. Na pewno też sięgnę po kontynuację, z nadzieją, że tej akcji będzie tam więcej i bohaterowie staną się wyrazistsi. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że jest to najsłabsza książka Cherezińskiej od ładnych paru lat.

Przeczytane: 8.05.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Literatura piękna

Akwaeke Emezi – Śmierć Viveka Ojiego

Tytuł: Śmierć Viveka Ojiego
Autorka: Akwaeke Emezi
Tytuł oryginału: The death of Vivek Oji
Tłumaczenie: Rafał Lisowski
Literatura: nigeryjska
Wydawnictwo: Filtry

Śmierć Viveka Ojiego to książka, co do której miałam wysokie oczekiwania i która tym oczekiwaniom całkowicie sprostała 🙂 . Była to lektura bardzo poruszająca, świetnie napisana i wciągająca do samego końca, mimo że ten punkt kulminacyjny – czyli śmierć tytułowego bohatera – to coś, co Emezi zaserwowała czytelnikom na początku powieści. Autorka jest Nigeryjką i to właśnie w jej kraju rozgrywa się akcja książki, więc dla mnie – czytelniczki jakby nie patrzeć z innego kręgu kulturowego – była to dodatkowa ciekawostka.
Zatem najpierw dowiadujemy się, że Vivek nie żyje, a jego ciało znalazła pod domem zrozpaczona matka. Próbuje ona potem dowiedzieć się, co się właściwie stało, dlaczego młody chłopak zginął, a wszystko, co wie, prowadzi ją do bratanka męża oraz koleżanek Viveka. Pojawiają się tu liczne retrospekcje z punktu widzenia różnych bohaterów, pozwalające odtworzyć wcześniejsze wydarzenia i właściwie całe życie zmarłego. Wyraźnie przedstawiono tu wątki homoseksualne oraz związane z transpłciowością, mocno komplikujące życie młodym ludziom w bardzo konserwatywnym otoczeniu. Spodobało mi się to, w jaki sposób autorka ujęła tę trudną w Nigerii tematykę, jak przedstawiła emocje targające bohaterami. Śmierć Viveka Ojiego wręcz pochłaniałam, bo sama byłam ciekawa, co wydarzyło się wcześniej – a parę ciekawych zwrotów akcji tu było. No i, co zawsze lubię, powieść nie kręci się tylko wokół Viveka, ale jest tu też kilka innych bardzo dobrze wykreowanych postaci, które wpływały na moje emocje podczas lektury. To bardzo ciekawa powieść z dobrym i zaskakującym (przynajmniej dla mnie) zakończeniem – naprawdę warto się z nią zapoznać.

Przeczytane: 6.05.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Michał Przeperski – Dziki Wschód

Tytuł: Dziki Wschód. Transformacja po polsku 1986-1993
Autor: Michał Przeperski
Literatura: polska
Wydawnictwo: Literackie

Jestem rocznikiem ’89, więc transformacji nie mam szans pamiętać, byłam wtedy małym dzieckiem. Ale z ciekawością o niej czytam, żeby zrozumieć te wciąż niedawne i przełomowe wydarzenia, które dla jednych stały się niesamowitą szansą, na innych odbiły się masą ciężkich doświadczeń. Przeperski postanowił opowiedzieć o latach 1986-1993 z punktu widzenia tamtych czasów, bez współczesnego spojrzenia – w końcu łatwo byłoby to wszystko komentować teraz, gdy już znamy skutki transformacji. Oczywiście nie udało mu się całkowicie uniknąć współczesnych komentarzy, ale myślę, że w pewnym stopniu były one nawet potrzebne – bądź co bądź zamysł całkiem mu się udał. Opowieści swoje opierał na dawnych materiałach telewizyjnych, gazetach, statystykach (inna bajka, na ile były one wiarygodnym źródłem), pamiętnikach z tamtych czasów, choć nie zabrakło też najzwyklejszych wspominek.
Generalnie nie wyszło to wszystko źle, ale spodziewałam się chyba czegoś więcej. Z jednej strony spojrzenie na problematykę jest dość różnorodne – nie tylko ze społecznego punktu widzenia (młodzież ślepo zapatrzona w zachód, osoby, które na zmianach skorzystały i te, które przez nie mocno ucierpiały), ale też politycznego i ekonomicznego. A z drugiej mam wrażenie, że wszystko to było przedstawione dość ogólnie, a luźny język autora bardziej by mi pasował do zwykłej wypowiedzi czy mediów społecznościowych, a nie do takiego reportażu. Całkiem ciekawa lektura dla kogoś, kto nie siedział w temacie i transformacji nie znał/nie pamiętał, ale można by z tego tematu wycisnąć więcej 🙂

Przeczytane: 5.05.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Literatura piękna

Mieko Kawakami – Piersi i jajeczka

Tytuł: Piersi i jajeczka
Autorka: Mieko Kawakami
Tytuł oryginału: 乳と卵
Tłumaczenie: Anna Horikoshi
Literatura: japońska
Wydawnictwo: Mova

Przyznam, że byłam do tej książki na start dość sceptycznie nastawiona, bo zniechęcał mnie tytuł, a do tego przeczytałam kilka – nie zawsze pozytywnych – recenzji. Sięgnęłam jednak po Piersi i jajeczka Kawakami i choć nie jest to książka, która potrafiłaby mnie zachwycić, to czytało mi się ją całkiem dobrze i nawet udało mi się sympatyzować z narratorką / główną bohaterką.
Lektura podzielona jest na dwie części, które dzieli dekada. Najpierw poznajemy Natsuko w dzień, gdy w odwiedziny przyjeżdża do niej starsza siostra z wchodzącą w okres dojrzewania córką. Narratorka obserwuje spięcia między matką a dzieckiem i próbuje zrozumieć, dlaczego jej siostra tak bardzo pragnie operacji piersi. Ta historia, choć mnie zaciekawiła, pozostała niedokończona i niezbyt rozumiem ten zabieg Kawakami. Skoro już tyle pisze o tych piersiach, to można by się dowiedzieć, czy Makiko zrobi sobie te cycki… 😉
Druga część kręci się już dużo bardziej wokół samej Natsuko. Kobieta jest sama, nie lubi seksu, ale bardzo chciałaby zostać matką. Zgłębia więc trudny temat dawstwa nasienia i samotnego macierzyństwa, jednocześnie próbując mieć jakieś życie towarzyskie i napisać drugą książkę po tym, jak pierwsza odniosła sukces. Trochę dużo tu różnych wątków, ale Kawakami całkiem nieźle udało się je ze sobą połączyć. Spodobało mi się też, jak przedstawiła główną bohaterkę z jej rozterkami, zmienianiem zdania i dziwnymi decyzjami, które mimo wszystko pasowały mi do Natsuko. Piersi i jajeczka łączą różne problemy kobiecości z japońską kulturą i normami społecznymi w sposób dość ciekawy dla mnie jako czytelniczki z innego kręgu kulturowego. Myślę, że po przerwie sięgnę jeszcze po coś tej autorki, zwłaszcza że mam już od dłuższego czasu zgrane na czytnik Heaven 😉

Przeczytane: 30.04.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Powieść historyczna

Ken Follett – Krąg czasu

Tytuł: Krąg czasu
Autor: Ken Follett
Tytuł oryginału: Circle of Days
Tłumaczenie: Janusz Ochab
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Albatros

Follett to Follett. Jego książki się wręcz pochłania, kibicując bohaterom w ich planach i marzeniach, jednocześnie martwiąc się, co złego ich spotka po drodze, bo z góry wiadomo, że złych momentów autor im nie oszczędzi. Jednocześnie Filary ziemi to to nie są i nie ma nawet co porównywać tych dwóch książek. Nawet jeśli porównania same przychodzą do głowy, bo niestety Follett w wielu swoich książkach trzyma się podobnych schematów, jakie stworzył, pisząc Filary ziemi. Mamy więc budowę Monumentu, który ma przetrwać wieki, mamy miłość ponad podziałami, no i tak wyrazisty podział na dobrych i złych, że bardziej by się nie dało. Kto jest dobry, będzie dobry i szlachetny do końca, mimo uderzających w niego przeciwności. Kto jest zły, taki pozostanie, parę razy razy zatriumfuje, by na koniec ponieść bolesną porażkę. Na tę jednowymiarowość postaci narzekałam już w poprzednich książkach Folletta i nic się tu nie zmieniło w Kręgu czasu.
Tym razem akcja rozgrywa się w dalszej przeszłości, na równinie, gdzie przy drewnianym Monumencie cztery razy w roku gromadzą się różne plemiona: pasterze, rolnicy, ludzie lasu… Gdy w wyniku działań wojennych Monument zostaje zniszczony, pojawia się pomysł, by odbudować go z kamienia. Stonehenge nie powstaje jednak od razu, mijają całe lata (albo 2/3 książki), zanim ludzie postawią tu pierwszy kamień. W międzyczasie są zwykłe relacje międzyludzkie, coraz brutalniejsze niesnaski między plemionami, a, no i całkiem sporo seksu 😉 . Czytało się to szybko, z nieustanną myślą, jakie będą dalsze losy konkretnych postaci – nie da się zaprzeczyć, że Follett umie konstruować wciągające powieści. Z drugiej strony Krąg czasu jest prostszy od jego poprzednich książek – zarówno językowo i stylistycznie, jak i pod kątem fabuły. Przenoszenie kamieni nie pasjonuje tak jak budowa średniowiecznej katedry. Niektórym działaniom bohaterów i sytuacjom brakowało jakiejś logicznej spójności. Więc choć była to przyjemna lektura, mam poczucie pewnego rozczarowania, bo wiem, że Folletta stać na dużo więcej.

Przeczytane: 28.04.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Literatura piękna

Alexis Wright – Księga łabędzi

Tytuł: Księga łabędzi
Autorka: Alexis Wright
Tytuł oryginału: The Swan Book
Tłumaczenie: Aga Zano
Literatura: australijska
Wydawnictwo: ArtRage

Przeczytałam tę książkę na spotkanie DKK i właściwie nadal nie wiem, co przeczytałam. A sama na Księgę łabędzi głosowałam, bo mocno zaciekawił mnie opis. Miała to być powieść, której akcja rozgrywa się w gdzieś w przyszłości, w Australii, którą mocno dotknęły zmiany klimatyczne. Bohaterami mieli być Aborygeni mieszkający na zniszczonym, wyznaczonym ich przez władze terenie – dziewczyna, która w wyniku tragedii z przeszłości nie mówi, i chłopak, który zostanie pierwszym rdzennym prezydentem Australii. No kurczę, przecież to naprawdę brzmi ciekawie! Tu jest taki potencjał na fajną historię, ciekawe tło polityczne i kulturowe, a do tego dużo poruszających wątków… A tyle rzeczy tu poszło nie tak, że nie wiem, od czego zacząć 😉 .
Zacznę więc od stylu, który może się niektórym podobać, ale w mój gust kompletnie nie trafił. W powieściach lubię wartką akcję, wyrazistych bohaterów z dobrze nakreślonym rozwojem postaci i dobrze zaprojektowany świat przedstawiony. Gdy to dostanę, jestem w stanie przeboleć nawet słabszy język i styl. Kompletnie za to do mnie nie trafiają książki w stylu chociażby Marqueza. To, co zaserwowała Wright w Księdze łabędzi to właśnie to, czego w literaturze nie lubię i nie potrafię docenić. Pierwsze 30% nie wiedziałam, co czytam, męczyłam się, brnąc przez kolejne strony. Tam nie było akcji, bohaterowie i świat przedstawiony tworzyli rozmyte coś, czego nie umiem określić. Potem dopiero pojawiła się jakaś akcja, zaczęłam się trochę wciągać w opowieść, przeskakując nad licznymi dziwnymi fragmentami, by ostatnie 20% znów było czymś kaleczącym mój mózg 😉 . Może i są tu nawiązania do mitologii aborygeńskiej, może dla kogoś z tej kultury część rzeczy, które mnie męczą, to akurat jakieś dodatkowe smaczki… Nie wiem, przypisów kontekstowych zabrakło. Katastrofa klimatyczna jest tu bardzo odległym tłem dla historii, wyraźniej widocznym dopiero w końcówce, ale wtedy tak skumulowanym, że też mnie to męczyło. I te łabędzie… Liczyłam na to, że Aborygeni je w końcu upolują i zjedzą, problem solved.
To zdecydowanie nie była książka dla mnie i czuję się poniekąd oszukana opisem, który w ogóle mi nie zasugerował, że to nie będzie powieść rzeczywista, że ten świat realny będzie się tu zlewał z różnymi widziadłami i jakąś dziwną opowieścią. Na plus jest tutaj całkiem nieźle trafiony humor w wielu scenach, no i w miarę wciągająca akcja w tych środkowych kilkudziesięciu procentach. Ale wciąż mnie boli zmarnowany potencjał opowieści.

Przeczytane: 24.04.2026
Ocena: 4/10

Opublikowany w Literatura piękna

Fatma Aydemir – Dżiny

Tytuł: Dżiny
Autorka: Fatma Aydemir
Tytuł oryginału: Dschinns
Tłumaczenie: Zofia Sucharska
Literatura: niemiecka
Wydawnictwo: Cyranka

Dżiny Aydemir to jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałam póki co w tym roku. Mocna, wciągająca, wręcz wbijająca w fotel, z bardzo wyrazistymi bohaterami – tę książkę czyta się wręcz jednym tchem. Autorka pokazała tu losy wielodzietnej tureckiej rodziny, która w drugiej połowie minionego wieku postanowiła szukać szczęścia w Niemczech. Hüseyin skupia się na pracy i utrzymaniu rodziny, a jego żona, Emine, tak jak niegdyś w Turcji dba o dom – nie zna języka, nie pracuje zawodowo. Oboje czują, że nie pasują do nowego kraju, stare lata planują zaś spędzić w Stambule, jednak los kpi z nich okrutnie. Dżiny rozpoczynają się właśnie od Hüseyina, a kończą na Emine, zaś pomiędzy takim wstępem i zakończeniem mamy cztery rozdziały poświęcone każdemu z ich czworga dzieci. Dwie córki, dwóch synów, większość już dorosła, są zdecydowanie bardziej związani z Niemcami niż z Turcją, wciąż jednak nie czują się w tym kraju jak w domu. Każde z nich ma swoje problemy, a te historie są niezwykle poruszające. Zresztą odpowiedzi na wiele z tych problemów książka nie daje, część historii pozostaje otwarta, a to, jak zakończyła się / urwała historia Emine, chyba nie do końca do mnie trafiło. Jednak poza tym zakończeniem cała reszta opowieści bardzo mnie wciągnęła i przypadła mi do gustu, nawet jeśli nie zawsze byłam w stanie polubić bohaterów. Aydemir udało się jednak świetnie przedstawić na przykładzie kilku osób, jak trudna bywa adaptacja na emigracji i jak wiele zgrzytów pojawia się przy próbach wychowywania w rodzimej kulturze dzieci, które funkcjonują już na co dzień w społeczeństwie kompletnie odmiennym kulturowo. Naprawdę warto sięgnąć po tę lekturę, myślę, że ze mną zostanie ona na dłużej 🙂

Przeczytane: 19.04.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Marta Tomczok – Blizny

Tytuł: Blizny. Krajobrazy po przemyśle
Autorka: Marta Tomczok
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Po Blizny Marty Tomczok sięgnęłam z ciekawością, ale bez większych oczekiwań, mimo to poczułam się dość rozczarowana tym reportażem. Miał swoje dobre fragmenty, chyba najbardziej przypadł mi do gustu ten o Tarnobrzegu, który był najbliższy temu, jak wyobrażałabym sobie opowieść o zniszczonych przez przemysł krajobrazach. Wiele wcześniejszych rozdziałów było dla mnie bardziej historiami osób wysiedlonych, gdzie przemysł i krajobrazy stanowiły mniej lub bardziej odległe tło opowieści. I choć rozumiem, że warto te wspomnienia zachować i mogą one stanowić ciekawe uzupełnienie reportażu, mnie w pewnym momencie ich powtarzalność zaczęła męczyć. Wciągnęła mnie za to historia malarza Ludwika Holesza, tylko nie pasowała mi ona do tego reportażu – mogłaby być dodatkiem, ale nie historią samą w sobie.
Blizny pozostawiły we mnie poczucie, że owszem, polski przemysł – zwłaszcza za PRL-u – rozwijał się przy kompletnym ignorowaniu potrzeb i uczuć mieszkańców wysiedlanych terenów. Nie mam jednak ułożonego w głowie obrazu tego przemysłu, sytuacji politycznej, podsumowania najważniejszych faktów, bardziej szczegółowego spojrzenia na te miejsca współcześnie. Do tego reportaż czytało mi się dość powoli i topornie, cieszyłam się, kiedy go skończyłam i nie spodziewam się, by został w mojej pamięci na dłużej.

Przeczytane: 18.04.2026
Ocena: 5/10

Opublikowany w Science fiction

Pierce Brown – Czerwony świt

Tytuł: Czerwony świt
Autor: Pierce Brown
Tytuł oryginału: Red Rising
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła, Małgorzata Strzelec
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Mag

Wielokrotnie podczas lektury Czerwonego świtu zastanawiałam się, kto jest docelowym odbiorcą tej książki. Początkowo wydawało mi się to typowym YA umieszczonym gdzieś w odległej przyszłości, potem jednak narastająca brutalność i polityczne gierki często pozwalały mi zapomnieć, że bohaterowie są dopiero wkraczającymi w dorosłość nastolatkami. Trochę też trwało, zanim wciągnęłam się w lekturę – początkowe rozdziały wprowadzające postać Darrowa i marsjańskie kopalnie nieco mnie wynudziły i zastanawiałam się, czy chcę czytać dalej. Dałam jednak szansę i dalsza część lektury sprawiła mi już większą przyjemność.
W Czerwonym świcie mamy świat, który nie ogranicza się tylko do Ziemi, ale obejmuje też inne planety i księżyce, ludzie zaś podzieleni są na kasty oznaczone kolorami. Darrow należy do Czerwonych, niemal niewolników ciężko pracujących w marsjańskich kopalniach, by uczynić planetę zdatną do życia. Czerwoni nie wiedzą jednak, że Mars już dawno poddano terraformacji i wyższe kolory żyją w dobrych warunkach na powierzchni pod władzą Złotych. Bohater rozpoczyna więc współpracę z organizacją, która pomaga mu zmienić kastę, by zmienić system od środka. To jest dopiero tom pierwszy serii, więc na zmiany polityczne jeszcze nie ma co liczyć, ale wprowadzenie do nich jest całkiem ciekawe. Darrow uczy się, jak być Złotym, zawiera nowe znajomości i odkrywa, że świat wyższych kast jest również bardzo brutalny i bezwzględny.
Spodobał mi się tu pomysł na świat przedstawiony, przypadła do gustu ta brutalność, dzięki której bohaterowi nie wszystko przychodzi dość łatwo – wiele razy skórę ratują mu przyjaciele. Książkę czyta się bardzo szybko, bo akcja też pędzi wartko do przodu. Czasem, zwłaszcza w końcowych rozdziałach, wszystko działo się dla mnie aż za szybko, choć z drugiej strony nie chciało się przez to odkładać książki na półkę (czy też wyłączać czytnika) i iść spać 😉 . Nie oszukujmy się też, Czerwony świt nie jest napisany jakimś wyjątkowo dobrym językiem i nie obraziłabym się, gdyby Brown zdecydował się na pogłębienie charakterystyki chociażby tych głównych postaci… Nie jest to więc świetne sci-fi dla każdego, ale czyta się to naprawdę dobrze, wciąga i ja osobiście na pewno planuję sięgnąć po kontynuację 😉

Przeczytane: 15.04.2026
Ocena: 7/10