Opublikowany w Reportaż

Philip Gourevitch – Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami

Tytuł: Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami
Autor: Philip Gourevitch
Tytuł oryginału: We wish to inform you that tomorrow we will be killed with our families. Stories from Rwanda
Tłumaczenie: Adrian Stachowski
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Filia

Nie jest to mój pierwszy reportaż o Rwandzie – czytałam już Tochmana i Hatzfelda, ale od tamtych lektur upłynęło już wiele lat i dobrze było sobie odświeżyć informacje. Sięgając po Pragniemy zawiadomić…, warto mieć jednak świadomość, że książka ta powstała w latach dziewięćdziesiątych, gdy większość czytelników miała ludobójstwo w Rwandzie na świeżo w pamięci, a i media pewnie od czasu do czasu o nim przypominały. Dziś, po upływie ponad trzydziestu lat, trudno kojarzyć wszystko dokładnie – w tym sytuację polityczną w regionie i nazwiska afrykańskich polityków i przywódców wojskowych z tamtych lat, co może nieco utrudniać odbiór reportażu. Dlatego nie jest to najlepsza książka na pierwsze spotkanie z Rwandą z 1994 roku, jednak dla tych, co mają już jakąś wiedzę w temacie, jest to naprawdę świetne jego rozszerzenie. Gourevitch podróżował wielokrotnie do Rwandy tuż po ludobójstwie, a także odwiedzał obozy dla uchodźców Hutu w sąsiednich krajach. I w gruncie rzeczy jego książka jest mniej o samym 1994 roku – choć naturalnie dostaniemy tu analizę wcześniejszej sytuacji politycznej oraz podsumowanie najważniejszych wydarzeń – a bardziej o jego konsekwencjach. Autor skupia się też bardzo mocno na społeczności międzynarodowej, jak świat zawiódł Rwandę w chwili największej potrzeby, a potem jeszcze wspierał morderców ukrytych w obozach za granicą.
Jak na tak ciężki temat Gourevitch napisał zaskakująco przystępną książkę. Bardzo pobieżnie opisał okrucieństwa ludobójstwa, co powinno przypaść do gustu tym, którzy nie lubią czytać o szczegółach masakry – wciąż jednak dostajemy tu kilka przykładowych obrazów, w zupełności wystarczających mojej wyobraźni. Pragniemy zawiadomić… trafia też do mnie językowo, choć nie jest to jakoś szczególnie wybitna lektura pod tym względem – ot, po prostu dobrze i szybko mi się ją czytało. Na początku nieco chaotyczna, szybko wpada w rytm chronologicznych wydarzeń i już później całkiem nieźle się go trzyma w ciekawy sposób łącząc historię ofiar, morderców, próby budowania nowej rwandyjskiej polityki oraz reakcje społeczności międzynarodowej. To była dobra i wartościowa lektura, po której naszła mnie ochota, by sobie odświeżyć reportaże Tochmana i Hatzfelda.

Przeczytane: 29.09.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Literatura piękna

Mikita Franko – Dni naszego życia

Tytuł: Dni naszego życia
Autor: Mikita Franko
Tytuł oryginału: Дни нашей жизни
Tłumaczenie: Joanna Krystyna Radosz
Literatura: kazachska / rosyjska
Wydawnictwo: dziwny pomysł

Na lekturę Dni naszego życia Franko miałam ochotę już od jakiegoś czasu i wreszcie się za nią zabrałam 🙂 . Autor początkowo opisywał swoje dzieciństwo i dorastanie na blogu, a gdy ten zaczął cieszyć się sporą popularnością, w oparciu o niego powstała cała powieść. Warto zaznaczyć, że choć książka bazuje na doświadczeniach autora, a główny bohater nosi jego imię, nie są to jednak dokładnie wspomnienia Franko – jego życie miesza się tu z fikcją literacką. Nie da się jednak ukryć, że mały Miki nie miał łatwego dzieciństwa. Ojca nie poznał, matka zmarła, gdy był bardzo mały, a chłopiec trafił pod opiekę jej brata. Wujek Sława okazał się być przyjaznym chłopcu artystą, był jednak pewien problem… Sława był gejem, mieszkał ze swoim partnerem, Lwem, a wszystko to działo się w jakby nie patrzeć mocno homofobicznej Rosji. Miki z czasem nauczył się nazywać obu mężczyzn tatą i przywiązał się do swojej tęczowej rodziny, jednak z wieloma aspektami ciężko mu było sobie pogodzić. Niemożność zapraszania znajomych do domu bez zapowiedzi i kłamanie otoczeniu, z kim mieszka, to tylko część kwestii, które sprawiają, że chłopiec robi się coraz bardziej zamknięty w sobie i czuje, że odstaje od otoczenia.
Przyznam, że nie jestem fanką książek pisanych z perspektywy dziecka, zazwyczaj irytuje mnie prostota tekstu i niedojrzałość bohatera. W Dniach naszego życia zaskakująco mi to niezbyt przeszkadzało – owszem, książka była napisana prostym językiem, ale bardzo pasowało mi to do Mikiego. No i chłopiec był zaskakująco dojrzały jak na swój wiek, a zarazem nie były mu obce typowo dziecięce zagrywki i myśli. Ku mojemu zaskoczeniu mniej przypadły mi do gustu późniejsze rozdziały, gdy bohater był w okresie dojrzewania, buzowały w nim hormony i agresja – łatwiej było mi się jakoś wczuć w emocje dziecka niż nastolatka. Mimo wszystko uważam, że Franko dobrze oddał tę mieszankę emocji targającą bohaterem.
Myślę, że jest to ciekawa i wartościowa lektura, fajnie oddaje trudności wychowywania się w tęczowej rodzinie w Rosji, a zarazem przełamuje sporo stereotypów. Nie zachwyciła mnie aż tak, jak się tego spodziewałam – może bardziej by do mnie trafiły wspomnienia z dzieciństwa z punktu widzenia osoby dorosłej, kto wie – ale wciągnęłam się w tę powieść i bardzo się cieszę, że ją przeczytałam. I z chęcią sięgnę po kontynuację, jeśli zostanie kiedyś przetłumaczona na język polski 🙂

Przeczytane: 28.09.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Jakub Małecki – Obiekty głębokiego nieba

Tytuł: Obiekty głębokiego nieba
Autor: Jakub Małecki
Literatura: polska
Wydawnictwo: Sine Qua Non

Naprawdę polubiłam twórczość Małeckiego i choć Obiekty głębokiego nieba nie znajdą się wśród moich ulubionych książek, to była to fajna, przyjemna i wciągająca lektura. Autor pisze tak, że nawet o ludzkich problemach czyta się dość lekko, a jego bohaterowie wydają się żywi i prawdziwi. Tutaj taką postacią był główny bohater, Janek – nie do końca za to trafiła do mnie postać jego żony, Igi, i w ogóle cała ta ich relacja… Małżeństwo poznajemy w dość dziwnym momencie, bo po latach bycia razem dość spontanicznie angażują się w relację swingerską z parą nowych znajomych. Przyznam, że czytałam te pierwsze rozdziały i jakoś nie pasowały mi do twórczości Małeckiego, zastanawiałam się, w którą stronę to zmierza. Oczywiście, jak się można było spodziewać, otwarcie związku sporo namieszało w obu małżeństwach. Jednak szybko okazało się, że to nie relacja Janek – Iga jest tą najważniejszą i najciekawszą w książce. Zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu historia życia i choroby ojca głównego bohatera, oraz to pogłębianie się relacji dwóch mężczyzn, gdy pojawia się świadomość, że ojciec jednak powoli odchodzi… Wciągnęła mnie ta opowieść, a choć jej zakończenie niezbyt do mnie trafiło, tak samo jak przeskoki czasowe w ostatnich rozdziałach, to całość przeczytałam naprawdę szybko, a lektura świetnie sprawdziła się jako przerywnik od trudniejszej literatury faktu :). No i nie da się zaprzeczyć, że wątki ze świniami i lisem dość ciekawie urozmaicają historię ;).

Przeczytane: 21.09.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Historia

Zeinab Badawi – Afrykańska historia Afryki

Tytuł: Afrykańska historia Afryki. Od narodzin człowieka do niepodległych państw
Autorka: Zeinab Badawi
Tytuł oryginału: An African History of Africa
Tłumaczenie: Agnieszka Sobolewska
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: HI:STORY

Z jaką ciekawością sięgałam po tę książkę i jak rozczarowana się czułam po lekturze, to aż brak mi słów… Napiszę więc recenzję 😉 . Choć interesuję się historią nie od dziś, musiałam przyznać, że niewiele wiedziałam o afrykańskiej historii. Poza Egiptem, bo tu akurat czytam całkiem sporo. Możliwość spojrzenia na historię kontynentu nie przez pryzmat kolonistów (choć autorka w sumie wychowała i wykształciła się w Wielkiej Brytanii i da się to odczuć) wydawała mi się czymś naprawdę fascynującym, szybko jednak sporo rzeczy zaczęło mi zgrzytać.
Badawi nie jest historyczką, tylko dziennikarką, co samo w sobie nie znaczy, że nie potrafiłaby napisać dobrej książki historycznej, ale… Wymagałoby to ogromnego researchu i przebrnięcia przez mnóstwo materiałów, bo Afryka jest ogromnym i niesamowicie różnorodnym kontynentem. Tymczasem autorka podeszła do swojej książki jak do innych dziennikarskich tematów – jeździła po Afryce i rozmawiała z różnymi ludźmi o historii, a na podstawie ich opowieści tworzyła kolejne rozdziały. I żeby to chociaż byli historycy! Czasem to był pracownik muzeum, innym razem pastor, polityk, brat wnuka kuzyna jakiejś ważnej osobistości sprzed lat… Sama zaś Badawi otwarcie pisała, że pojechała do X, by dowiedzieć się czegoś o historii tego miejsca od osoby Y. Jest to dla mnie najbardziej abstrakcyjny sposób zbierania materiałów do książki historycznej, jaki można sobie wyobrazić… Oczywiście w takim materiale nie brakuje osobistych opinii autorki i jej rozmówców w ilościach zdecydowanie niepasujących do książki naukowej. Do tego śmiem wątpić, czy autorka zawsze weryfikowała to, co mówią jej rozmówcy. Afrykańska historia Afryki zaczyna się od rozdziału o Egipcie, o którym jakąś wiedzę tu posiadam i szybko zaczęłam ją kwestionować w zetknięciu z faktami Badawi. Przedstawianie nierozstrzygniętej bitwy pod Kadesz jako egipskiego zwycięstwa czy mówienie o tym, że wiemy na pewno, ile było dynastii, gdy egiptolodzy mają tu różne zdania i różnie liczą. A to tylko przykład, różnych mniejszych i większych nieścisłości wpadło mi w oko więcej, szybko więc zaczęłam się zastanawiać, na ile wiarygodne są informacje z kolejnych rozdziałów, gdzie źródłem autorki był na przykład lokalny ksiądz… Nie umiałam podchodzić do Afrykańskiej historii Afryki jako lektury popularnonaukowej, a przecież do tego aspirowała. Sama autorka pytała na początku, ilu afrykańskich władców byśmy byli w stanie wymienić, ale jeśli jej celem było sprawienie, że po lekturze będę rzucała imionami i nazwiskami, to tym bardzo jej to nie wyszło. Jak na trochę ponad 500 stronach zmieścić historię całego kontynentu inaczej, niż streszczając wszystko maksymalnie? Ja miałam poczucie, jakbym czytała napisany luźnym językiem podręcznik do historii, gdzie bohaterowie zmieniali się co akapit, a większość ważnych wydarzeń była opisana jednym czy dwoma zdaniami. Dodając do tego dość trudne z naszego punktu widzenia nazwiska, nie ma szans, by coś bardziej utkwiło w pamięci.
Szczerze myślę, że Afrykańska historia Afryki miała spory potencjał, który autorka mocno zaprzepaściła. Owszem, zaserwowała tu sporo ciekawostek, których szukałam potem w internecie, by dowiedzieć się czegoś więcej. Parę miejsc – jak kościoły skalne w Lalibeli – dodałam na swoją listę miejsc, które chcę koniecznie odwiedzić, więc pod tym względem cieszę się, że po tę lekturę sięgnęłam. Całościowo mam jednak poczucie, że to był za duży temat jak na jedną książkę. I o ile rozumiem, że o wielu dawnych cywilizacjach nie mamy zbyt dużo informacji, więc te rozdziały siłą rzeczy musiały być krótsze, to jednak zdecydowanie zbyt ogólnikowo Badawi potraktowała też XX wiek, który Afryce przyniósł ogromne zmiany. Mam po tej lekturze ogromny niedosyt.

Przeczytane: 18.09.2026
Ocena: 5/10

Opublikowany w Biografie i wspomnienia, Ciekawostki podróżnicze

Anna Kalinowska – Uciec w Himalaje

Tytuł: Uciec w Himalaje, czyli PRL, dewizy i marzenie o wolności
Autorka: Anna Kalinowska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Bellona

Niestety, dołączam tu do grona rozczarowanych tą książką i spodziewających się czegoś kompletnie innego po tej lekturze. Myślałam, że będzie to coś na kształt reportażu opowiadającego o tym, jak za PRL-u Polacy kombinowali z wyjazdami zagranicznymi, przewozili różne produkty na handel i dzięki temu zdobywali tak im potrzebne dewizy. Temat nie był mi całkowicie obcy, bo sporo czytałam o polskim himalaizmie z tamtych czasów, a wyprawy górskie z takiego handlu wtedy wręcz słynęły. Myślałam, że Kalinowska opowie tu szerzej o tym procederze, zwłaszcza że tytuł związany z Himalajami też przywodził mi na myśl przygody polskich wspinaczy. Ale niestety…
Autorka była sama jedną z tych osób, którym udawało się dołączać do różnych wypraw pseudo-naukowych, których głównym celem był właśnie taki handel, a jak przy okazji udało się zobaczyć trochę świata, to miło. W Uciec w Himalaje Kalinowska skupia się tylko na swoich wspomnieniach, czasem przeplatając je pijackimi opowieściami współpasażerki samolotu czy wspomnieniami z Powstania Warszawskiego innej towarzyszki podróży… Historie związane z trudami zdobycia paszportu i ogarnianiem handlowania toną w masie jej innych opowieści, tu o zwiedzaniu, tu o kontaktach z miejscowymi, tu o jakimś flircie, tam jeszcze o spotkaniu ze znajomymi… Owszem, czyta się to lekko, jakby autorka usiadła z nami na piwie i snuła swoją opowieść, ale było to coś kompletnie innego od tego, czego się tu spodziewałam. Do tego w wielu momentach kompletnie mnie nieintersującego, bo co mnie obchodzi, że się zgubiła po ciemku wracając do domku na plaży czy że złapała ją ulewa tropikalna na ulicy… I ten jej styl opowiadania, choć lekki, to pełen przedziwnych zwrotów i porównań – całość sprawiała, że nie potrafiłam odbierać autorki z jakąkolwiek sympatią. Jeśli ktoś sięga po tę książkę, by poczytać sobie prywatne anegdotki podróżnicze z czasów PRL-u i nie przeszkadza mu język, jakim Uciec w Himalaje zostało napisane, jestem w stanie sobie wyobrazić, że może potraktować lekturę jako lekką i niewymagającą rozrywkę. Dla mnie była to książka po prostu przeciętna, która na pewno nie zostanie ze mną na dłużej.

Przeczytane: 16.09.2026
Ocena: 5/10

Opublikowany w Literatura piękna

David Diop – Bratnia dusza

Tytuł: Bratnia dusza
Autor: David Diop
Tytuł oryginału: Frère d’âme
Tłumaczenie: Jacek Giszczak
Literatura: francuska
Wydawnictwo: Cyranka

Na początku miałam pewien problem z tą książką – najpierw mnie zaciekawiła, potem zaczęła męczyć, by w pewnym momencie znów mnie wciągnąć. A to wszystko na zaledwie 144 stronach, przez które przebrnęłam przez trochę ponad godzinę, więc nie da się zaprzeczyć, że Diop zaserwował tu czytelnikom swoisty roller coaster. Głównym bohaterem i narratorem Bratniej duszy jest Alfa, młody Senegalczyk, którego poznajemy na froncie I wojny światowej, gdy żegna umierającego na polu bitwy przyjaciela. Umierającego w męczarniach i błagającego, by skrócił jego cierpienia, na co Alfa nie może się zdecydować. Rośnie w nim jednak pragnienie zemsty, zadania podobnych cierpień wrogowi – ta zemsta początkowo budzi podziw, a potem przerażenie w innych żołnierzach. Zatem taki wstęp do powieści, choć dość okrutny, ale też świetnie oddający brutalność wojny, całkiem mocno mnie wciągnął. Jednak Bratnia dusza to tok myśli Alfy – myśli chaotycznych i pełnych różnych powtórzeń, które, choć ciekawe, to jednak zaczęły mnie w pewnym momencie męczyć. Na szczęście potem bohater zaczął wspominać swoje życie sprzed wojny, tragiczny los swojej matki i muszę przyznać, że te fragmenty na nowo mnie wciągnęły. Dość też zaskoczyło mnie zakończenie, nieco się w nim pogubiłam i aż z ciekawością czytałam potem jego interpretacje zamieszczone w internecie przez innych czytelników. Nie będę tu spojlerować, ale myślę, że Diop poprowadził tę końcówkę w całkiem interesującym kierunku i za te końcowe rozdziały postanowiłam jednak podnieść trochę ocenę obniżoną wcześniej męczącym strumieniem świadomości Alfy. To była ciekawa lektura, zdecydowanie wolę czytać o takim realistycznym obrazie wojny niż tym wyidealizowanym, tak często przedstawianym w książkach – zwłaszcza że nie miałam dotąd okazji zapoznać się ze spojrzeniem na I wojnę przez afrykańskich żołnierzy armii francuskiej…

Przeczytane: 15.09.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Biznes, Reportaż

Patrick McGee – Apple w Chinach

Tytuł: Apple w Chinach
Autor: Patrick McGee
Tytuł oryginału: Apple in China
Tłumaczenie: Marek Rostocki
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Prześwity

Apple w Chinach to jeden z najlepszych reportaży, jakie czytałam ostatnimi laty, a piszę to jako osoba czytająca kilkadziesiąt reportaży rocznie 😉 . McGee nie tylko odwalił kawał świetnej roboty, zbierając materiały, rozmawiając z ludźmi związanymi z Apple i analizując drogę firmy do coraz większego uzależnienia się od Chin, ale też naprawdę świetnie to wszystko opisał. W reportażach o tematyce biznesowej autorzy często mają problem z dobrym tłem geopolitycznym – albo jest go za mało, by w pełni zrozumieć problematykę, albo zarzucają mnóstwem szczegółów, przez co traci się główny wątek książki. McGee udało się jednak osiągnąć tu równowagę wręcz idealną 🙂 . Poznajemy najważniejsze decyzje polityczne USA i Chin, które wpływały na Apple’a, ale zostały one tak wplecione w historię, że czyta się je z równie dużą ciekawością, co losy samej firmy.
Apple w Chinach wciągnęło mnie od samego początku, gdy autor opisywał pierwsze problemy firmy, a ja zdawałam sobie sprawę, jak mało o niej wiedziałam – no, był Jobs, komputery, potem Ipod, Iphone, Ipad, w międzyczasie nastała era Cooka, a Apple co rusz prezentował jakąś premierę i zarabiał grube miliony, a właściwie miliardy… Tu jednak poznajemy sukces firmy od podszewki, a za nim stoją po pierwsze ludzie, a po drugie właśnie Chiny i ich zarówno niskie koszty produkcji, jak i gotowość poświęcenia się dla pracy (a przez nią do zdobywania know-how), której nie znalazłoby się nigdzie indziej. McGee też ciekawie pokazuje, dlaczego przeniesienie produkcji do innego kraju, jak np. Indii, to coś właściwie nieosiągalnego dla Apple w najbliższym czasie. Jako że książka miała swoją premierę w 2025, a zanim ją wydano po polsku i zanim ja ją przeczytałam, to Applem całkiem nieźle zatrzęsło, więc ledwo skończyłam lekturę, a już sięgałam po nowsze artykuły autora, by poznać jego analizę najnowszych wydarzeń… Albo po prostu było mi mało, bo to był naprawdę świetny reportaż 😉

Przeczytane: 11.09.2026
Ocena: 9/10

Opublikowany w Reportaż

Wojciech Tochman – Delfiny i Belzebub

Tytuł: Delfiny i Belzebub
Autor: Wojciech Tochman
Literatura: polska
Wydawnictwo: Literackie

Po reportaże Tochmana mogłabym sięgać w ciemno, z pewnością, że się nie zawiodę – i w gruncie rzeczy po raz kolejny tak się stało 😉 . Umie on pisać o trudnych tematach w niezwykle fascynujący sposób, a ja lubię reportaże na trudne tematy… Tym razem Tochman zabiera nas do wojennej Ukrainy, pokazując konflikt, który wciąż trwa, ciężko więc o jego dokładne podsumowanie. Zresztą reporter nie próbuje tu opowiedzieć o samej wojnie, bo – jak sam podkreśla – dużo lepiej i regularnie robią to sami Ukraińcy. Autor postanowił skupić się na zwierzętach, bo o wpływie wojny na nie mówi się jednak znacznie mniej. A przecież wiele zwierząt domowych pozostało w porzuconych na chwilę mieszkaniach, do których już nie udało się wrócić. Przepełnione schroniska zostały nagle odcięte od pomocy darczyńców i żywności, a czasem nawet od wolontariuszy, którzy mogliby się jakkolwiek zająć zwierzętami. Dzikie zwierzęta giną lub głuchną od wybuchów, przestają zauważać zagrożenie… Bo Tochman pisze nie tylko o psach i kotach, ale przeczytamy tu też choćby o nietoperzach, wędrownych ptakach, które nagle przestały przylatywać latem do Ukrainy, czy nawet o tytułowych delfinach. No i naturalnie o ludziach, którzy mimo ciągłego zagrożenia wciąż starają się tym zwierzętom pomagać.
Do Delfinów i Belzebuba mam tylko dwa zarzuty. Po pierwsze, reportaż jest bardzo krótki i choć rozumiem potrzebę Tochmana, by już wydać tę książkę, choć wojna wciąż trwa, a materiały można by zbierać dalej, to jednak lubię bardziej rozbudowane reportaże. Zwłaszcza że tu jeszcze część książki stanowi epilog z różnymi wyjaśnieniami autora – swoją drogą naprawdę ciekawy i wart uwagi. Druga wada doskwierała mi jednak bardziej i jest nią pewna chaotyczność lektury. Tochman często przeskakiwał między tematami, czasem wracając do niektórych bohaterów, by potem znów opowiedzieć o czym innym. Wybijało mnie to z rytmu i wolałabym, żeby autor jednak zamknął najpierw jedną historię, a dopiero potem przeszedł do kolejnej. Mimo tego Delfiny i Belzebub wywarły na mnie spore wrażenie i bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na tę lekturę.

Przeczytane: 02.09.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Historia

Toby Wilkinson – Powstanie i upadek starożytnego Egiptu

Tytuł: Powstanie i upadek starożytnego Egiptu. Dzieje cywilizacji od 3000 p.n.e. do czasów Kleopatry
Autor: Toby Wilkinson
Tytuł oryginału: The rise and fall of ancient Egypt
Tłumaczenie: Norbert Radomski
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Rebis

Już od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie, by lepiej poznać i dobrze sobie ułożyć historię starożytnego Egiptu, a książka Wilkinsona okazała się strzałem w dziesiątkę w tym zakresie. Autor zaczyna swoją opowieść od Narmera, pierwszego faraona, prowadzi czytelników przez okres Starego, Średniego i Nowego Państwa, by w końcu przedstawić upadek Kleopatry VII, a wraz z nią Egiptu faraonów. Był to kraj uwielbiający biurokrację i dokumentowanie ważnych wydarzeń, więc historycy i archeolodzy mieli tu nieco łatwiejsze zadanie niż badacze innych cywilizacji. Oczywiście niewiadomych nie brakuje, w końcu mówili o kilku tysiącleciach wstecz, jednak da się tu całkiem sporo historii odtworzyć i jest to historia niesamowicie fascynująca. Im nowsze czasy, tym więcej informacji mamy, i to też odbija się w Powstaniu i upadku starożytnego Egiptu Wilkinsona – w porównaniu do szczegółowych opisów czasów Ptomeleuszy okres Starego Państwa wydaje się opisany wręcz po macoszemu. Nie da się też ukryć, że większość dawniejszych informacji krąży wokół samych faraonów, bo to głównie z nimi związane są zachowane hieroglify. Potem pojawia się jednak więcej ciekawostek gospodarczych, wojskowych, religijnych, politycznych… Tak, dalej w dużej mierze dotyczą władców i ich działań, ale tematyka robi się coraz obszerniejsza 🙂 . A kiedy Wilkinson opisuje grobowce faraonów i urzędników, to aż kusi, by odkładać książkę i szukać w internecie zdjęć z tych miejsc… a potem marzyć o podróży do Egiptu 😉 .
I chociaż nie jest to książka idealna – nie wszystkie okresy zostały równie dobrze i ciekawie opisane, a autor celował jednak w literaturę popularnonaukową a nie historyczną, co mocno było można odczuć w języku (momentami dla mnie zbyt potocznym), to jednak Powstanie i upadek starożytnego Egiptu czytało mi się zaskakująco dobrze i naprawdę się wciągnęłam. Naturalnie będę dalej zgłębiać temat, ale na start to był świetny wybór lektury.

Przeczytane: 30.08.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Publicystyka

Omar El Akkad – Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko

Tytuł: Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko
Autor: Omar El Akkad
Tytuł oryginału: One Day, Everyone Will Have Always Been Against This
Tłumaczenie: Agata Ostrowska
Literatura: egipska / kanadyjska / amerykańska
Wydawnictwo: Obroty

Spodziewałam się książki o Palestynie i na start muszę zaznaczyć: nie miejcie takich oczekiwań jak ja 😉 . Bo Palestyna jest dla El Akkada tylko punktem wyjścia do różnych przemyśleń i własnych wspomnień, które płyną w naprawdę różnych kierunkach. Każdy rozdział podzielony jest na kilka części: zaczyna się od tragedii Palestyńczyków, a potem mamy mieszankę wspomnień autora, krótkich wzmianek o izraelskich zbrodniach i najdłuższe wątki to różne refleksje związane z tym, jak świat zachodni reaguje na ludobójstwo i jakie ma podejście do muzułmanów. Generalnie są to trafne i słuszne przemyślenia, nie można się z nimi nie zgodzić, choć też muszę przyznać, że nie było to dla mnie nic odkrywczego – większość z tego już dawno sama zaobserwowałam lub przeczytałam u innych autorów. Przeszkadzała mi za to ta mieszanka tematów i skakanie z wątku na wątek, by potem kontynuować go w kolejnym rozdziale. Zresztą te rozdziały i tekst w nich można by swobodnie wymieszać i w niczym nie zepsułoby to odbioru lektury, brakuje sensownej ciągłości, a książka bywa dość chaotyczna.
Brakowało mi tu też szerszego spojrzenia na kraje arabskie i ich działania (lub też ich brak) w stosunku do Palestyny. Autor dorastał w Egipcie i Katarze, zanim z rodziną wyemigrował do Kanady, a jako dziennikarz jeździł w tamte rejony i relacjonował sytuację. Miał więc wiedzę, by rozbudować te książkę w tę stronę, skupił się jednak tylko na zachodzie, głównie na Stanach Zjednoczonych, co daje dość jednolity obraz problemu. Za to pozytywnym zaskoczeniem okazały się dla mnie fragmenty dotyczące doświadczeń i wspomnień własnych El Akkada – jak generalnie nie przepadam za nadmierną obecnością autora w książce, tak tutaj było to ciekawe i w interesujący sposób poszerzało kontekst opowieści.
Myślę, że całokształtnie Któregoś dnia okaże się… to dobra, nawet bardzo dobra książka i wartościowa lektura. Czyta się ją zaskakująco (biorąc pod uwagę dość trudną tematykę) szybko i lekko, pomaga też dobrze ubrać w słowa myśli, które zapewne wielu z nas chodzą po głowie, gdy czytamy wiadomości. Spodziewałam się jednak czegoś więcej – zarówno o samej Palestynie, jak i o wspomnianym już stosunku innych krajów arabskich do tej wojny.

Przeczytane: 23.08.2026
Ocena: 7/10