
Autorka: Alexis Wright
Tytuł oryginału: The Swan Book
Tłumaczenie: Aga Zano
Literatura: australijska
Wydawnictwo: ArtRage
Przeczytałam tę książkę na spotkanie DKK i właściwie nadal nie wiem, co przeczytałam. A sama na Księgę łabędzi głosowałam, bo mocno zaciekawił mnie opis. Miała to być powieść, której akcja rozgrywa się w gdzieś w przyszłości, w Australii, którą mocno dotknęły zmiany klimatyczne. Bohaterami mieli być Aborygeni mieszkający na zniszczonym, wyznaczonym ich przez władze terenie – dziewczyna, która w wyniku tragedii z przeszłości nie mówi, i chłopak, który zostanie pierwszym rdzennym prezydentem Australii. No kurczę, przecież to naprawdę brzmi ciekawie! Tu jest taki potencjał na fajną historię, ciekawe tło polityczne i kulturowe, a do tego dużo poruszających wątków… A tyle rzeczy tu poszło nie tak, że nie wiem, od czego zacząć 😉 .
Zacznę więc od stylu, który może się niektórym podobać, ale w mój gust kompletnie nie trafił. W powieściach lubię wartką akcję, wyrazistych bohaterów z dobrze nakreślonym rozwojem postaci i dobrze zaprojektowany świat przedstawiony. Gdy to dostanę, jestem w stanie przeboleć nawet słabszy język i styl. Kompletnie za to do mnie nie trafiają książki w stylu chociażby Marqueza. To, co zaserwowała Wright w Księdze łabędzi to właśnie to, czego w literaturze nie lubię i nie potrafię docenić. Pierwsze 30% nie wiedziałam, co czytam, męczyłam się, brnąc przez kolejne strony. Tam nie było akcji, bohaterowie i świat przedstawiony tworzyli rozmyte coś, czego nie umiem określić. Potem dopiero pojawiła się jakaś akcja, zaczęłam się trochę wciągać w opowieść, przeskakując nad licznymi dziwnymi fragmentami, by ostatnie 20% znów było czymś kaleczącym mój mózg 😉 . Może i są tu nawiązania do mitologii aborygeńskiej, może dla kogoś z tej kultury część rzeczy, które mnie męczą, to akurat jakieś dodatkowe smaczki… Nie wiem, przypisów kontekstowych zabrakło. Katastrofa klimatyczna jest tu bardzo odległym tłem dla historii, wyraźniej widocznym dopiero w końcówce, ale wtedy tak skumulowanym, że też mnie to męczyło. I te łabędzie… Liczyłam na to, że Aborygeni je w końcu upolują i zjedzą, problem solved.
To zdecydowanie nie była książka dla mnie i czuję się poniekąd oszukana opisem, który w ogóle mi nie zasugerował, że to nie będzie powieść rzeczywista, że ten świat realny będzie się tu zlewał z różnymi widziadłami i jakąś dziwną opowieścią. Na plus jest tutaj całkiem nieźle trafiony humor w wielu scenach, no i w miarę wciągająca akcja w tych środkowych kilkudziesięciu procentach. Ale wciąż mnie boli zmarnowany potencjał opowieści.
Przeczytane: 24.04.2026
Ocena: 4/10



