Tytuł: Pasażerka Autorka: Zofia Posmysz Literatura: polska Wydawnictwo: Axis Mundi
Pasażerkę Posmysz miałam na swojej liście do przeczytania od dawna i wreszcie przyszła kolej na tę lekturę. To książka w tematyce obozowej, napisana przez byłą więźniarkę Auschwitz, ale z punktu widzenia niemieckiej oprawczyni. Jest to ciekawy zabieg literacki – jakby nie patrzeć większość lektur w tej tematyce skupia się na ofiarach, a pracowników obozu przedstawia się jako sadystów i morderców. Posmysz nie próbuje tutaj wybielać tych ludzi, ale dopuszczając Lizę do głosu, w ciekawy sposób ukazuje efekt wyparcia i zaprzeczenia. Bohaterka skonfrontowana po latach z dawną więźniarką powoli odtwarza wspomnienia obozowe, w których sama sobie jawi się jako ta dobra. W końcu pomagała, dzięki niej tamta przeżyła, czy ważne są motywy i metody…? Pasażerka to krótka książka, a mimo to zdarzały się w niej dłużyzny, które mnie nieco męczyły i miały wpływ na całkowity odbiór lektury. To jednak również bardzo ważna książka, właściwie klasyka literatury tematycznej – mocna i poruszająca, na pewno warto się z nią zapoznać.
Tytuł: Polski SOR. Uwaga, będzie bolało Autor: Yanek Świtała Literatura: polska Wydawnictwo: MANDO
Książka z tych całkiem spoko, ale szału nie ma 😉 . Zawsze podchodzę dość sceptycznie do książek pisanych przez influencerów, bo to, co sprawdza się w mediach społecznościowych często okazuje się męczące w dłuższym tekście. Ten sam problem miałam ze Świtałą – mocno potoczny język, przeplatany niepotrzebnymi wulgaryzmami, trochę własnych przemyśleń na temat (nie)działania polskiej ochrony zdrowia, mniej lub bardziej ciekawe wspomnienia z akcji ratowniczych lub pracy na SOR-ze… Nie obserwuję autora na instagramie, więc nie wiem, na ile Polski SOR to treść oryginalna, a na ile powtórki z mediów społecznościowych, ale gdyby rozdziały podzielić na części, to całkiem nieźle nadawałyby się na wpisy internetowe. Niezbyt trafiły do mnie zdjęcia, które często sprawiają wrażenie przypadkowych – znów: ok do internetu, ale tutaj po prostu szkoda na nie papieru i tuszu… Ale generalnie nie czytało się tego źle i jestem sobie w stanie wyobrazić, że dla wielu osób zawarte tu informacje mogą być nowością. Dla mnie takie 6/10 😉 .
Tytuł: Bukareszt. Kurz i krew Autorka: Małgorzata Rejmer Literatura: polska Wydawnictwo: Czarne
Bardzo fajnie i przystępnie napisany reportaż – zarówno o samym Bukareszcie, jak i Rumunii z punktu widzenia stolicy. Skupiający się głównie na ludziach i tym, jaki wpływ miała na nich wielka historia, czyli tutaj głównie wydarzenia powojenne – komunizm i dyktatura Ceaușescu. Wszystko przeplatane własnymi doświadczeniami i wspomnieniami autorki z lat spędzonych w Bukareszcie, jednak w zdrowej, niemęczącej ilości. Bukareszt. Kurz i krew zdecydowanie nie wyczerpuje opowieści o rumuńskiej stolicy, ale w ciekawy sposób przybliża ją czytelnikowi – zwłaszcza takiemu, który jednak o Rumunii, jej kulturze, zwyczajach, nie wie zbyt dużo. Dodatkowym smaczkiem były tu dla mnie rumuńskie powiedzonka, przysłowia, dowcipy – umiejętnie wplecione w tekst i w sposób nierzadko przejaskrawiony podkreślające niektóre typowe dla Rumunii zachowania. Początkowo trochę drażnił mnie chaos reportażu, że te opowieści nie są jakoś chronologicznie, historycznie ułożone, ale szybko przeszłam nad tym do porządku dziennego, zwłaszcza, że wiele opowieści trudno umiejscowić w konkretnym momencie. Książkę czytało mi się dobrze i szybko, trafiło do mnie spojrzenie Rejmer na Bukareszt i z chęcią wróciłabym do tego miasta, mając w głowie niektóre uwagi czy komentarze autorki.
Tytuł: Gdzie śpiewają raki Autorka: Delia Owens Tytuł oryginału: Where the crawdads sing Tłumaczenie: Bohdan Maliborski Literatura: amerykańska Wydawnictwo: Świat Książki
Czasem wystarczy kilka pierwszych minut lektury, by zdać sobie sprawę, dlaczego bestseller stał się bestsellerem 🙂 . Gdzie śpiewają raki wciągnęło mnie od pierwszych stron – choć spotkałam się z opiniami, że początek trzeba przemęczyć, mi już od początku się bardzo dobrze czytało. Trochę mniej mi podeszły ostatnie rozdziały dotyczące procesu sądowego, bo dla mnie najmocniejszą stroną Gdzie śpiewają raki są właśnie opisy życia na bagnach, trudnej współegzystencji z innymi ludźmi, próby budowania bliższych relacji przez Kyę, która przecież miała wszelkie powody, by ludziom nie ufać. Owens pokazuje czytelnikom życie dziewczyny, którą po kolei opuszczali wszyscy członkowie rodziny i która musiała nauczyć się żyć na własną rękę, mając jednak szczęście do kilku przychylnych jej osób. Rozdziały te przeplatają się z wątkiem popełnionego na bagnach morderstwa, by w końcowej części książki połączyć oba wątki – tak poprowadzona fabuła sprawia, że cała historia nabiera większego tempa (bo, bądźmy szczerzy, zwykłe życie na bagnach nie toczy się w zabójczo szybkim tempie 😉 ). Bardzo podszedł mi styl pisania Owens, książkę wręcz pochłaniałam, kompletnie nie czując zmęczenia lekturą. Spodobał mi się sposób tworzenia postaci, ich nieoczywistość, czasem nieprzewidywalność zachowań – nawet jeśli niekiedy nie potrafiłam wszystkiego połączyć w logiczną / wiarygodną całość. Potraktowałam Gdzie śpiewają raki jako lżejszy przerywnik od cięższych lektur i tutaj książka sprawdziła się wyśmienicie 🙂
Tytuł: O przymierze z Niemcami. Wybór pism 1923-1939 Autor: Władysław Studnicki Literatura: polska Wydawnictwo: Universitas
Po przeczytaniu Wobec nadchodzącej II wojny światowejbyłam zachwycona twórczością Studnickiego. Nic dziwnego, że nazwano go polską Kasandrą – tak trafne były jego przewidywania i analiza sytuacji politycznej II Rzeczypospolitej. Dlatego też z ciekawością i sporymi oczekiwaniami sięgnęłam po O przymierze z Niemcami – zbiór artykułów napisanych przez Studnickiego w okresie międzywojennym. I choć styl autora wciąż pozostał na wysokim poziomie, a jego analizy wykazały, że rozumiał sytuację Polski lepiej od wielu współczesnych mu polityków, to jednak zbiór artykułów do mnie nie trafił. Po pierwsze, Studnicki wielokrotnie powtarzał swoje przemyślenia – ludzi trafiających na te artykuły w odstępie paru miesięcy lub lat zapewne w ogóle to nie ruszało, ale czytelnik mierzący się z nimi jeden po drugim ma tylko wrażenie to już było i to już przed chwilą czytałam. Do tego autor często cytuje lub wchodzi w polemikę z politykami, których nazwiska mi już nic nie mówiły – konia z rzędem temu, kto zna wszystkich posłów okresu międzywojennego (ba, kto zna wszystkich obecnych? 😅). Jeszcze, jak to w artykułach dla prasy, swoje zrobiła też cenzura i czasem zdarzało się, że fragmentów tekstu po prostu brakowało, bo poglądy Studnickiego wiele osób raziły. Po skończeniu O przymierze z Niemcami czułam się po prostu zmęczona tą książką – nie zmniejsza to mojego podziwu dla autora, wiele jego uwag było bardzo celnych i słusznych, ale jednak za kolejne zbiory artykułów prasowych podziękuję 😉.
Tytuł: Kobieta z wydm Autor: Kōbō Abe Tytuł oryginału: 砂の女 Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz Literatura: japońska Wydawnictwo: Znak
Kobieta z wydm Abe – chyba najsłynniejsza książka japońskiego pisarza, wydana na początku lat sześćdziesiątych – to powieść zdecydowanie inna od tych, które zazwyczaj czytam. Nie wszystko mi się w niej podobało, ale że była to dość krótka lektura, pochłonęłam ją bardzo szybko. Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia entomologa, który wśród nadmorskich wydm bada owady. Szukając noclegu trafia do jednej wioski, gdzie proponują mu nocleg w piaskowym domu jednej kobiety. A gdy budzi się następnego ranka, drabinka prowadząca do domu zniknęła i nie ma już stamtąd ucieczki – jest tylko monotonna i mozolna praca polegająca na sprzątaniu wszechobecnego piachu… I dużo, bardzo dużo czasu na wszelakie przemyślenia. Lubię te zmiany psychologiczne zachodzące zarówno w głównym bohaterze, jak i towarzyszącej mu kobiecie z wydm, podobał mi się rozwój relacji między nimi. No i ten piasek, który był wszędzie, o którym nie dało się nie myśleć – na początku mnie fascynował, potem zaczynał irytować, na końcu miałam ochotę przeskakiwać wszystkie akapity dotyczące piasku. Wciąż jednak myślę, że to ciekawe, jak ta lektura oddziałuje na emocje czytelnika, jak dobrze się ją czyta, nawet jeśli pod koniec ma się już dość samego słowa piasek 😉
Tytuł: Tolkien. Biografia Autor: Humphrey Carpenter Tytuł oryginału: J.R.R. Tolkien. A biography Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz Literatura: brytyjska Wydawnictwo: W.A.B.
Choć generalnie nie przepadam za biografiami, to książka Carpentera naprawdę mnie wciągnęła – od początku aż po sam koniec. Po raz pierwszy wydana została w kilka lat po śmierci Tolkiena i autor miał jeszcze okazję poznać słynnego pisarza i z nim porozmawiać; wspomnienia te zresztą znalazły się na początku książki. Carpenter napisał biografię Tolkiena z ukłonem dla fanów Środziemia – jeśli jakieś wydarzenia, choćby i z dzieciństwa pisarza, miały wpływ na jego późniejszą twórczość, zostało to w książce wspomniane w taki sposób, by czytelnik łatwo za tymi nawiązaniami nadążył. A widać, że Tolkien inspiracje znajdował wcześnie i jeśli coś utkwiło mu w głowie, to potrafił się do tego odnieść w swych dziełach nawet kilkadziesiąt lat później. Carpenter ukazuje nam tutaj ludzką postać pisarza – ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Nie neguje, że był językowym geniuszem o ogromnej wyobraźni, niesamowicie pracowitym i szczegółowym człowiekiem – zresztą stworzony w Hobbicie, Władcy pierścieni i Silmarillionie świat to coś bez wątpienia wyjątkowego. Z biografii wyłania się jednak też Tolkien, który nie potrafił dotrzymywać wyznaczonych mu terminów, swój perfekcjonizm rozwinął aż do bólu i przesady, a żona stanowiła dla niego tylko dodatek do życia (skupił się na niej tylko, kiedy o nią zabiegał w młodości i kiedy czuł, że zbliża się koniec jej życia, jednak całe wspólne lata… no, szkoda było kobiety). Podobało mi się, że Carpenter nie rozwijał tu nadmiernie wątków rodzinnych, poza historią rodziców Tolkiena, która akurat też bardzo mnie wciągnęła – jednak inni członkowie rodziny pojawiają się tu tylko o tyle, o ile wpłynęli na jego rozwój (osobisty bądź naukowy) lub twórczość. Mi to odpowiadało, bo chciałam poznać jego życie i historię powstania słynnych książek, wszystko inne stanowiło dla mnie wątki poboczne – potrzebne, ale niekoniecznie rozwinięte. W efekcie dostałam solidną biografię, nieprzegadaną, ale ciekawie rozwijającą najważniejsze wydarzenia z życia Tolkiena. Lekturę wręcz pochłonęłam w kilka wieczorów, czytało mi się ją bardzo dobrze, a przy okazji naszło mnie na ponowne przeczytanie tolkienowskiej mitologii, bo była to twórczość naprawdę jedyna w swoim rodzaju 🙂 .
Tytuł: Trudno powiedzieć. Co nauka mówi o rasie, chorobie, inteligencji i płci Autor: Łukasz Lamża Literatura: polska Wydawnictwo: Czarne
Dość nierówna, ale całkiem ciekawa książka – tak pokrótce mogę podsumować moje trzecie spotkanie z twórczością Lamży. Na pewno Trudno powiedzieć nie wymęczyło mnie tak jak Wszechświat krok po kroku, ale tak mocno wciągnęła mnie też tylko ostatnia część książki poświęcona płci. A, jak sam podtytuł wskazuje, autor omówił tu cztery tematy: choroby, inteligencję (najbardziej męczące, z których mało co mnie zaciekawiło),rasę (część wątków bardzo fajna, część mniej) oraz właśnie płeć (zdecydowanie naj). W sumie dobrze wyszło, że te rozdziały układały się w kolejności od najsłabszego do najlepszego, bo choć początek był dość słaby, to jednak w pamięci zachowała się bardziej fajna końcówka, co miało wpływ na całościowy odbiór lektury. Lamża nie popada w naukowy patos, Trudno powiedzieć czyta się dość lekko, niektóre rzeczy są oczywiste, inne na pewno potrafią zaskoczyć czytelnika. Jest to wiedza serwowana w przystępny sposób, pełna ciekawostek, którymi potem można urozmaicać rozmowę – w końcu lektura opowiada o tematach, które przewijają się co i rusz w życiu codziennym. Może lektura ta mojego życia nie odmieniła, ale czytało się przyjemnie, czasu poświęconego książce nie żałuję 🙂 .
Tytuł: Proces norymberski. Trzecia Rzesza przed sądem Autorzy: Joe J. Heydecker, Johannes Leeb Tytuł oryginału: Der Nürnberger Prozess Tłumaczenie: Marek Zeller Literatura: niemiecka Wydawnictwo: RM
Bardzo przystępnie i ciekawie opisany najsłynniejszy chyba proces sądowy w historii. Heydecker i Leeb zaczęli od tego, jak w ogóle doszło do procesu norymberskiego, dlaczego taki wybór lokalizacji, kogo postanowiono tam sądzić, a także kto i na jakich zasadach miał proces przeprowadzać. Już same te początki były bardzo ciekawe, a książka przecież dopiero się rozkręcała. Potem mogliśmy zapoznać się z sylwetkami oskarżonych, treścią oskarżenia, przebiegiem obrony – wszystko w oparciu o tysiące stron dokumentów sądowych, przez które musieli przedrzeć się autorzy. Poskracali oni większość wypowiedzi na sali sądowej, zachowując jednak ich sens, by przybliżyć czytelnikowi przebieg procesu. Muszę przyznać, że czytało się to świetnie, choć czasami męczyły powtórzenia – nawet jeśli powtarzające się wypowiedzi pochodziły z innego dnia rozprawy, to czy naprawdę było potrzebne umieszczanie tego w książce jeszcze raz? W efekcie Proces norymberski jest trochę rozwleczony i gdzieniegdzie męczący – szczególnie, że autorzy dość szczegółowo omówili też zbrodnie oskarżonych, czyli po prostu dojście nazistów do władzy, II wojnę światową i zbrodnie na terenach okupowanych. Nie twierdzę, że nie było to istotne dla lektury, ale można było podać to wszystko bardziej skrótowo – nie wybrałam tej książki po to, by czytać o pożarze Reichstagu czy innych powszechnie znanych wydarzeniach mających miejsce na lata przed procesem… Trochę obniżyło to moją końcową ocenę lektury, wciąż jednak uznaję, że jest to książka bardzo dobra, która zaspokoi ciekawość miłośników historii – warto po nią sięgnąć 🙂 .
Tytuł: Utonęła Autorka: Therese Bohman Tytuł oryginału: Den drunknade Tłumaczenie: Justyna Czechowska Literatura: szwedzka Wydawnictwo: Pauza
Po pierwszym udanym zetknięciu z prozą Bohman (Ta druga),postanowiłam sięgnąć po debiutancką powieść Szwedki. I była to lektura równie udana, a pewnie uznałabym ją nawet za jeszcze lepszą, gdyby nie zakończenie, które zupełnie do mnie nie trafiło. Całą historię poznajemy z punktu widzenia Mariny, sztokholmskiej studentki, która przyjeżdża w odwiedziny do starszej siostry. Stella mieszka ze swoim – jeszcze starszym od siebie – chłopakiem Gabrielem w Skanii, a ich domek wydaje się zapowiadać idyllę. Szybko okazuje się, że życie siostry i jej faceta nie jest takie idealne, ale Marina tak bardzo ignoruje wszystkie czerwone flagi, że czasami przychodziło mi na myśl tylko dziewczyno, naprawdę jesteś taka naiwna?. I o ile w pierwszej części taka postawa bohaterki pozwalała budować dodatkowe napięcie i sprawiała, że książka wciągała mnie coraz bardziej, to w drugiej części mnie to przerosło. No właśnie – Utonęła jest podzielona na dwie części: w pierwszej Marina spędza czas z siostrą i jej partnerem, a w drugiej już tylko z Gabrielem. Coraz więcej spraw wychodzi wtedy na jaw, narracja jest naprawdę świetnie prowadzona, ale tok myślenia Mariny jest tak odległy od mojego, że jej zaślepienie było dla mnie po prostu irytujące. I choć Bohman pozostawia tu trochę miejsca na domysły, nie wszystko jest powiedziane wprost, to i tak zachowanie głównej bohaterki w ostatnich rozdziałach nie ma dla mnie sensu 😉 . Pominąwszy to wszystko jednak, książkę czytało mi się naprawdę bardzo dobrze – podchodzi mi styl pisania Bohman, pasuje mi to, w jaki sposób autorka opowiada o ludziach, relacjach między nimi i ich emocjach. No i, jakby nie patrzeć, zachowanie Mariny wywoływało moje podirytowanie, a to dobrze, gdy książka mocno oddziałuje na emocje – nie muszą to być w końcu zawsze dobre emocje ;).