Opublikowany w Biografie i wspomnienia

Friedrich Kellner – Dziennik sprzeciwu

Tytuł: Dziennik sprzeciwu. Tajne zapiski obywatela III Rzeszy 1939-1942
Autor: Friedrich Kellner
Tytuł oryginału: „Vernebelt, verdunkelt sind alle Hirne”: Tagebücher 1939-1945
Tłumaczenie: Andrzej Kopacki
Literatura: niemiecka
Wydawnictwo: Ośrodek Karta

Jak tu ocenić książkę, która z założenia nie miała być wcale książką? Zapiski Kellnera, niemieckiego urzędnika, prowadzone od jesieni 1939 roku zostały częściowo (z lat 1939-42) wydane w Polsce jako Dziennik sprzeciwu. Jak łatwo się domyślić po tytule, autor sprzeciwiał się działaniom nazistowskich władz oraz rozpętanej przez nie wojnie, chociaż zdawał sobie sprawę, że głośny sprzeciw skończyłby się dla niego obozem koncentracyjnym lub śmiercią. Zapisywał jednak swoje przemyślenia, cytował zasłyszane rozmowy, a także te, w których uczestniczył, próbował analizować sytuację wojenną i często cytował ówczesną prasę. Z historycznego punktu widzenia jest to więc naprawdę fascynujące źródło informacji o wojennych Niemczech – dzięki Kellnerowi możemy obserwować zbiorowe niemieckie zachłyśnięcie się nazizmem i pierwszymi sukcesami oraz wiarę w Goebbelsową propagandę. Autor na bieżąco zestawia niedawne jeszcze artykuły z już odbiegającą od nich rzeczywistością wojenną, wskazuje, jak często propaganda przeczy sama sobie i jak w ogóle nie przeszkadza to zwykłym Niemcom… Kellner najprawdopodobniej słuchał też zagranicznych stacji radiowych, bo wiele wiedział o porażkach nazistów, o których naturalnie nie trąbiły lokalne media.
Zatem z tej strony była to lektura niezwykle fascynująca i ważna. Miała jednak swoje wady, częściowo związane z tym, że był to po prostu dziennik. Kellner wielokrotnie powtarzał niektóre ze swoich przemyśleń czy narzekań, co z jednej strony podkreślało jego narastającą frustrację, a z drugiej było mocno irytujące dla mnie jako czytelniczki. Tak samo jak jego liczne komentarze, że kraje, które się nie przygotowały do wojny i porządnie nie stawiały Niemcom, to właściwie zasłużyły sobie na wszystko, co je spotkało. Do tego nie ma co ukrywać, że Kellner nie pisał swoich dzienników jakimś pięknym, wciągającym stylem, czasem czytało się to dość topornie. Szczególnie męczyło, jeśli autor wrzucał sporo fragmentów z gazet, jednych po drugich – niby dobrze to śledzić, ale jednak lepiej by to się czytało przeplatane jego komentarzami i przemyśleniami. Więc całościowo daję Dziennikowi sprzeciwu ocenę 6/10, choć wciąż uważam, że ciężko go tak właściwie ocenić ze wspomnianych już wyżej powodów.

Przeczytane: 17.03.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Katarzyna Tubylewicz – Nie czekam na szklankę wody

Tytuł: Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności
Autorka: Katarzyna Tubylewicz
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Do twórczości Tubylewicz mam dość ambiwalentne podejście – potrafi pisać dobrze i ciekawie, potrafi też tworzyć książki bardzo słabe. Nie czekam na szklankę wody to lektura taka… po prostu okej – nie tak słaba jak Samotny jak Szwed, ale chociażby Moralistom nie dorasta do pięt. Przede wszystkim mam trochę wrażenie, że w temacie niedzietności powiedziano już wszystko i po skończonej lekturze nie odczułam, że z tej książki dowiedziałam się czegoś nowego. Owszem, autorka zebrała w całość najważniejsze powody, dla których kobiety nie decydują się na dziecko i poprzeplatała to czasem ciekawymi statystykami i danymi. To, na ile dobrze przedstawione były dane argumenty, zależało od rozmówcy, bo Tubylewicz dopuszczała do głosu bohaterki swojego reportażu, a te czasem potrafiły opowiadać ciekawie i konkretnie, a czasem nie. Niezbyt do mnie trafiały własne komentarze autorki albo jej porównywania się do bohaterek reportażu, bo może i ma syna, ale w Szwecji matka jedynaka to prawie jak bezdzietna, bo co to jest tylko jedno dziecko?
Podobała mi się różnorodność tematów poruszanych przez bohaterki reportażu. To nie tylko historie kobiet, które dzieci mieć nie chciały, bo nigdy nie czuły instynktu, bo nie umiałyby sobie poradzić z presją, bo nie trafiły na właściwego partnera w odpowiednim czasie czy nawet boją się zmian klimatycznych. Tubylewicz rozmawiała też np. z kobietą, która dziecko straciła i z inną, która po latach niedzietności uznała, że jednak tego dziecka pragnie. Ciekawie byłoby też dopuścić do głosu więcej starszych bohaterek, oceniających po latach swoje decyzje z młodości. Całościowo jednak autorka faktycznie zadbała o różnorodne spojrzenie na temat i to jej się chwali. Nie czekam na szklankę wody to reportaż dość krótki, czyta się go szybko i w miarę lekko. Można przeczytać, jeśli ciekawi was argumentacja niedzietnych kobiet, ale jeśli znacie już takie historie – można spokojnie odpuścić sobie tę lekturę, nic nie stracicie 😉

Przeczytane: 09.03.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Neal Shusterman – Podzieleni

Tytuł: Podzieleni
Autor: Neal Shusterman
Tytuł oryginału: Unwind
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Uroboros

Jaka ja byłam ciekawa tej serii! Shusterman całkiem nieźle do mnie trafił z cyklem Żniwa śmierci i chętnie sięgnęłam po kolejne fantasy jego autorstwa. Wiedziałam, że seria Podzieleni to fantastyka młodzieżowa, ale liczyłam na lekki styl, wartką akcję i przede wszystkim – jak to było już ze Żniwami śmierci – na oryginalny świat przedstawiony. W Podzielonych zapowiadało się to bardzo fajnie, bo akcja dzieje się w dystopijnej przyszłości, po wojnie pomiędzy tymi za życiem a tymi za wyborem. Po wojnie zakończonej abstrakcyjnym kompromisem – życie jest cenne i chronione… tylko do 13 i potem znów od 18 roku życia. Jeśli jednak rodzice z jakiegoś powodu nie chcą dłużej dziecka, takiego nastolatka można oddać do podzielenia, czyli – krótko mówiąc – na organy. Nie uważa się tego za śmierć, bo przecież części człowieka żyją w innych ludziach, nic, tylko same zalety, prawda? 😉 Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia trójki nastolatków wyznaczonych do podzielenia, którym udaje się uciec i teraz muszą przetrwać w ukryciu do 18 urodzin. Pomysł na fabułę, choć abstrakcyjny, zaintrygował mnie i z ciekawością sięgnęłam po lekturę.
Generalnie Podzielonych czytało mi się całkiem dobrze, ale książka nie potrafiła wciągnąć mnie tak jak Żniwa śmierci. Przede wszystkim zabrakło mi szerszego ukazania świata przedstawionego, wyjaśnienia, jak to wszystko działa i bardziej rozbudowanej historii i idei podzielenia. To się pojawia w rozmowach między ludźmi, ale są to fragmentaryczne informacje, nietworzące wyjątkowo spójnej całości. Nieszczególnie trafili też do mnie młodzi bohaterowie powieści – może z punktu widzenia młodszych czytelników będą oni ciekawsi, ale mnie nieco irytowali. Było tu parę fajnych zwrotów akcji, spodobało mi się też zakończenie, no i lektura była przyjemna w odbiorze, więc całościowo oceniam tę książkę jako dobrą. Nie wciągnęła mnie jednak na tyle, bym chciała kontynuować swoją przygodę z tą serią, wystarczy mi to, co już przeczytałam.

Przeczytane: 27.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Bartosz Józefiak – Patodeweloperka

Tytuł: Patodeweloperka. To nie jest kraj do mieszkania
Autor: Bartosz Józefiak
Literatura: polska
Wydawnictwo: Znak Literanova

To już drugi reportaż o patodeweloperce w Polsce, jaki przeczytałam, po Dziurach w ziemi Drozdy. Z tych dwóch książek zdecydowanie bardziej polecam sięgnąć po tę Józefiaka. Autor przedstawił tę problematykę w przystępny sposób i choć tematu na pewno nie wyczerpał, to wyciągnął na światło dzienne wiele patologii polskiej deweloperki. I owszem, wielokrotnie podkreślał, że nie każdy deweloper działa w opisany sposób, ale jako czytelniczka odniosłam wrażenie, że firmy, które myślą o przyszłych mieszkańcach swoich budynków, należą do zdecydowanej mniejszości.
Józefiak oparł strukturę książki o konferencję deweloperów, w której miał okazję uczestniczyć. Wysłuchane prezentacje i rozmowy między uczestnikami stanowiły punkt wyjścia do różnych problemów – i całkiem spodobała mi się taka konstrukcja tego reportażu. Nie przeszkadzało mi to przeskakiwanie z konferencji do mieszkań, placów budowy czy biur deweloperów i architektów, wręcz przeciwnie, sprawiało to, że książkę czytało się bardzo szybko. Niestety, z reportażu nie wyłania się żadne światełko w tunelu, żadna nadzieja, że z mieszkaniami w Polsce będzie lepiej. Każdy kolejny rząd nie wie, jak się zabrać za ten temat, różne dopłaty idą tylko do kieszeni deweloperów i banków, podnosząc ceny mieszkań, a ludzie akceptują najgorsze mieszkania, bo nie stać ich na nic innego i nie mają pieniędzy na prawników, by szarpać się z deweloperem o dotrzymanie umowy.
Na minus – można było trochę lepiej zredagować wypowiedzi niektórych rozmówców, szczególnie rozmowy z konferencji deweloperów zostały tak przedstawione, by czytelników do nich zniechęcić. Myślę, że nie było takiej potrzeby, w końcu cała książka jest o tej patodeweloperce, chyba nikt, kto sam na tym nie zarabia, nie będzie tego bronił tak czy inaczej. No i niektóre tematy / problemy są dość oczywiste dla każdego, kto choć trochę obserwuje sytuację polskiego mieszkalnictwa. Mimo wszystko uważam, że warto się zapoznać z tą lekturą, choć będzie ona momentami wkurzać, że to wszystko może naprawdę tak wyglądać…

Przeczytane: 27.02.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Oksana Wasiakina – Rana

Tytuł: Rana
Autorka: Oksana Wasiakina
Tytuł oryginału: Рана
Tłumaczenie: Agnieszka Sowińska
Literatura: rosyjska
Wydawnictwo: Marpress

Rana była lutową lekturą naszego klubu książkowego i przyznaję, że sama na nią głosowałam. Bardzo zachęcił mnie opis, w myśl którego bohaterce umiera matka, a ta ma przewieźć urnę z jej prochami do rodzinnej Syberii – wszystko to z pewną dozą absurdu, a także z rozmyślaniami nad własną lesbijską tożsamością w jakby nie patrzeć mocno nietolerancyjnej Rosji. Brzmiało to dla mnie naprawdę ciekawie, a potem zaczęłam czytać i zderzyłam się z rzeczywistością, która nie sprostała temu opisowi.
Po pierwsze, ta książka jest dużo bardziej o umieraniu matki a nie podróży z jej prochami, choć kiedy ten wątek się zaczyna, robi się faktycznie trochę ciekawiej. Autorka-bohaterka (Rana jest autofikcją) miała widocznie trudną relację z matką, potrzebowała jej akceptacji, a kiedy kobieta umarła, córka długo nie mogła tego wszystkiego ułożyć sobie w głowie. I zaczęła pisać Ranę, która stała się powieścią bardzo chaotyczną, męczącą, pełną powtórzeń, najdziwniejszych odniesień do śmierci (wątek z zapaleniem sromu kompletnie mnie rozwalił), do tego napisaną bez żadnej chronologii oraz w niejednolitym stylu. Raz są to wspomnienia, raz zapiski, raz wiersze, innym jeszcze razem jakaś opowieść mitologiczna – wiem, że Wasiakina miała na to jakiś pomysł, ale dla mnie jako czytelniczki było to wszystko bez ładu i składu. Zabrakło mi tu tego obiecanego absurdu, którego w Rosji na pewno nie brakuje. Rozczarowały mnie wątki związane z lesbijską tożsamością Oksany, bo choć opisy jej związków płynnie przeplatają się z opisami umierania matki i podróży z jej prochami, to właściwie nic specjalnego do lektury nie wnoszą. Jakkolwiek w Rosji nawet takie pisanie o homoseksualizmie jest obecnie zabronione, to z punktu widzenia czytelników spoza Rosji nie ma tu nic wyjątkowego. Osobiście czuję się Raną zmęczona i rozczarowana, zdarzały się w miarę fajne fragmenty, ale było ich stanowczo za mało i tak tonęły we wszystkim innym, że nawet nie chcę, by ta książka została w mojej głowie na dłużej.

Przeczytane: 26.02.2026
Ocena: 4/10

Opublikowany w Fantastyka

Andrus Kivirähk – Listopadowe porzeczki

Tytuł: Listopadowe porzeczki
Autor: Andrus Kivirähk
Tytuł oryginału: Rehepapp ehk november
Tłumaczenie: Anna Michalczuk-Podlecki
Literatura: estońska
Wydawnictwo: Literackie

Listopadowe porzeczki to moje drugie spotkanie z twórczością Kivirähka i choć fanką Estończyka raczej nie zostanę, to nie zaprzeczę, że czytało mi się tę książkę całkiem dobrze. Autor prowadzi czytelników dzień po dniu przez listopad na dawnej estońskiej wsi, gdzie wszystkie ludowe wierzenia okazują się rzeczywistością. A do tego mieszkańcy kradną naokoło, głównie jednak z niemieckiego dworu i zazwyczaj za pośrednictwem kratów powołanych do życia dzięki umowie z samym diabłem. Ale gdy Piekielny nie przygląda się za dobrze, można zamiast własną krwią podpisać cyrograf wyciśniętym sokiem z porzeczek… Kivirähkowi humoru nie brakuje, choć czasem jest to humor dość mocno specyficzny, który na pewno nie każdemu podejdzie. Mi w większości odpowiadał i gdy już wciągnęłam się w opowieść (bo nie zaprzeczę, że trochę to trwało, na początku nie spodziewałam się, że Listopadowe porzeczki mogą mi się spodobać), to wiele razy zdarzyło mi się nad tą książką uśmiechnąć. Tylko lepiej nie przywiązywać się do bohaterów, bo autor zaserwował im różne, nie zawsze pozytywne losy 😉 .
Powieść składa się z licznych krótkich rozdziałów, każdy opowiada o kolejnym dniu i przygodach różnych mieszkańców wioski. Nie zabraknie tu więc niespełnionej miłości, nienawiści do niemieckiej szlachty, lęku przed zarazą, szukania pomocy u miejscowej wiedźmy… Tematyka bardzo różnorodna i naprawdę fajnie połączona w całość. Nie każdy rozdział podobał mi się równie mocno, początek mi się trochę dłużył (za to zakończenie całkiem przypadło mi do gustu) i nie zawsze podchodził mi humor autora, więc pełnego zachwytu tu nie ma, ale Listopadowe porzeczki to wciąż dobra i ciekawa lektura, po którą warto było sięgnąć.

Przeczytane: 22.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Historia

Mark Bowden – Hue 1968

Tytuł: Hue 1968. Wietnam we krwi
Autor: Mark Bowden
Tytuł oryginału: Huế 1968: A Turning Point of the American War in Vietnam
Tłumaczenie: Mateusz Fafiński
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Poznańskie

Czytałam niedawno Wietnam Hastingsa, a teraz postanowiłam bardziej zgłębić historię wojny wietnamskiej i sięgnęłam po Hue 1968 Bowdena, książkę poświęconą najkrwawszej bitwie tej wojny. Spodobała mi się ona bardziej od poprzedniej lektury, autor tutaj snuł naprawdę wciągającą opowieść, ciekawie łącząc szerszy obraz całej wojny z indywidualnymi historiami. Właśnie ten ludzki wymiar bitwy – wspomnienia żołnierzy, dziennikarzy i cywilów – jest dla mnie najmocniejszą stroną Hue 1968. Choć tę najbardziej znaną część ofensywy Tet obie strony przypisały sobie jako zwycięstwo – Amerykanie, bo odzyskali miasto i wypędzili z niego Vietcong, a Wietnam Północny, bo utrzymał Hue na tyle długo, by zwrócić uwagę światowej opinii publicznej – to nie da się ukryć, że przegrany był jeden i była to ludność cywilna miasta. Za największą wadę książki można uznać zbyt amerykański punkt widzenia, ale czego innego się spodziewać po amerykańskim dziennikarzu? Bowden starał się być bezstronny, dopuszczał do głosu też Wietnamczyków z Północy, starał się pokazać, o co i jak zacięcie walczyli… Owszem, to było ciekawe i istotne, ale zabrakło mi tutaj Wietnamczyków z Południa. A przecież oni też walczyli o Hue, ponieśli większe straty niż Amerykanie, a w książce zostali mocno zmarginalizowani – właściwie ciężko ich nie postrzegać z amerykańskiego punktu widzenia, że większość z nich była taka nieudolna, bez pomocy USA do niczego się nie nadawali… Nie kupuję w 100% tej części historii. Pominąwszy jednak ten dość istotny szczegół, nie da się ukryć, że walkę Amerykanów przeciwko Frontowi z Północy Bowden przedstawił bardzo ciekawie i szczegółowo – czasem dla mnie aż zbyt szczegółowo. Z jednej strony bywało to nawet zabawne, gdy autor przywoływał listy jednego z żołnierzy do żony, innym razem nieco męczące, gdy próbowałam sobie przypomnieć, kto jest kim i w jakim kontekście był już wspominany, bo tyle postaci się tu przewija. Mimo wszystko książkę bardzo polecam – szczególnie zainteresowanym historią wojny wietnamskiej.

Przeczytane: 19.02.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Ciekawostki podróżnicze

Agnieszka Krzyżanowska – Wiedeń nieoczywisty

Tytuł: Wiedeń nieoczywisty
Autorka: Agnieszka Krzyżanowska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Pascal

Jako że austriacką stolicę kocham od lat miłością niezmienną, musiałam też sięgnąć i po tę książkę 😉 . Wiedeń nieoczywisty Krzyżanowskiej to mieszanka przewodnika i literatury podróżniczej, napisana bardzo lekkim stylem i przedstawiająca Wiedeń oczami blogerki. Tak, autorka jest blogerką i to niesamowicie widać, bo cała książka wygląda jak zbiór postów lub zajawek do mediów społecznościowych. Wolałabym więc je czytać w wersji online, wzbogacone o liczne zdjęcia i filmiki, niż jako suchy tekst, gdzieniegdzie poprzecinany zdjęciami, nie zawsze wpasowanymi w odpowiednie miejsce.
Trochę nie wiem, kto jest docelowym odbiorcą tej książki. Na pewno nie osoba znająca Wiedeń i mieszkająca w nim, bo ogromna część materiału niczym nas nie zaskoczy. Turysta przyjeżdżający tu na zwiedzanie, będzie raczej wolał konkretny przewodnik z bardziej szczegółowymi informacjami dotyczącymi najważniejszych atrakcji, no i gdzie zjeść sznycla czy Käsespätzle – a nie przepisy na te dania, adres polskiej restauracji i listę kilkunastu kin. Może dla kogoś, kto chce się przeprowadzić do Wiednia i interesuje go, gdzie iść do kina czy na jogę… ale wtedy interesowałoby go też mnóstwo innych praktycznych rzeczy, o których autorka nie pisze. Krzyżanowska snuje opowieść o swoim mieście, opisuje ulubione miejsca (z ciekawości podliczyłam i różne formy ulubiony padają tu prawie 40 razy, niemal wszystko jest ulubione 😉 ) i moim zdaniem mogłaby się ograniczyć do publikowania takich rzeczy w internecie. Naprawdę nie widzę sensu zbierania tego w całość i publikowania w formie książki.
Nie wiem też, na ile wiarygodne są niektóre umieszczone tutaj fakty. Ja zwróciłam uwagę na jedną z ciekawostek: Wiedeń ma ruch prawostronny dopiero od 1938 r., co czyni Austrię ostatnim krajem na kontynencie, który ten ruch wprowadził. Zwróciłam uwagę dlatego, że wiem, że Szwecja przerzuciła się na ruch prawostronny dopiero w latach sześćdziesiątych… Ale nawet jakby chcieć wykluczyć Skandynawię z kontynentu, to wystarczy zapytać wujka Google i się dowiedzieć, że chociażby sąsiadujące z Austrią Węgry przerzuciły się na prawą stronę trzy lata później od niej. Ile innych informacji w książce nie zostało zweryfikowanych – nie wiem, ale myślę, że trochę redakcja i korekta tu zawiodły i tak, bo w Wiedniu nieoczywistym nie brakuje literówek, a blogowy styl potrafi irytować. Szkoda czasu na lekturę.

Przeczytane: 18.02.2026
Ocena: 3/10

Opublikowany w Literatura piękna

Bernardine Evaristo – Dziewczyna, kobieta, inna

Tytuł: Dziewczyna, kobieta, inna
Autorka: Bernardine Evaristo
Tytuł oryginału: Girl, Woman, Other
Tłumaczenie: Aga Zano
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Poznańskie

Moje drugie spotkanie z twórczością Evaristo i równie udane jak pierwsze. W ubiegłym roku zachwycałam się Mr Lovermanem za świetny styl i pasujący mi humor. Dziewczyna, kobieta, inna nie jest w takim samym, żartobliwym klimacie, wciąż jednak jest świetnie napisana i rozpoczętą lekturę ciężko przerwać. No, może po przebrnięciu przez pierwszy mniej ciekawy rozdział, podczas którego zastanawiałam się, skąd te wszechobecne zachwyty nad książką. Potem zrozumiałam 😉
Każdy rozdział opowiada historię innej kobiety – młodszych i starszych, współczesnych i ich przodkiń, heteroseksualnych i LGBT, czarnych i białych… Evaristo, opisując swoje bohaterki, opowiada o różnych problemach, z którymi kobiety te spotkały się w życiu – rasizm, homofobia, odkrywanie własnej płci, próby robienia kariery przez czarną osobę, nieznajomość własnej historii rodzinnej, jak różnie odnajdują się w nowym kraju kolejne pokolenia imigrantów… i wiele innych 🙂 . I naprawdę byłam zaskoczona, jak nienachalne i wciągające było to wszystko, bo ciężko poruszyć tyle różnych tematów bez wszechobecnych komentarzy, że po co ta poprawność polityczna?. Evaristo udało się skupić na mniejszościach i osobach dyskryminowanych, przedstawić we wciągający sposób ich codzienność, a do tego nieustannie zaskakiwać powiązaniami między bohaterkami i bohaterami. Bo o ile historia matki po historii córki jest płynną kontynuacją, to inne wzajemne relacje między postaciami potrafiły mnie zaskoczyć w środku opowieści.
Dziewczynę, kobietę, inną czytało mi się bardzo dobrze i kończąc jeden rozdział, byłam ciekawa, kim będzie bohaterka kolejnego. Jedynie niezbyt do mnie trafił początek i zakończenie, krążące wokół Ammy i jej przedstawienia teatralnego. Na premierze wydarzenia spotyka się sporo z poznanych na wcześniejszych stronach postaci i już te ich krótkie spotkania, rozmowy, przemyślenia nie potrafiły mnie tak wciągnąć. Epilog – dla niektórych może przewidywalny, choć dla mnie akurat okazał się zaskoczeniem – też był taką trochę ckliwą formą zakończenia łączącego bohaterki. Mogłoby się bez tego obejść, ale i tak nie zepsuło mi to przyjemności lektury, bardzo się cieszę, że po tę książkę sięgnęłam 🙂

Przeczytane: 16.02.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Maciej Czarnecki – Dla dobra dziecka

Tytuł: Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice
Autor: Maciej Czarnecki
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Czytałam kilka lat temu Dzieci Norwegii Czarneckiego i teraz z ciekawością sięgnęłam po Dla dobra dziecka – reportaż o zbliżonej tematyce, tym razem jednak poświęcony Szwecji. Byłam pozytywnie nastawiona do tej książki, bo poprzednia była bardzo dobra, a tutaj dodatkowo mocno interesuję się tematyką szwedzką w związku z faktem, że sama w tym kraju parę lat mieszkałam. Dla dobra dziecka okazało się dobrym reportażem, choć niedorównującym poprzednikowi – miałam też trochę poczucie wtórności, choć może to wynikać z tego, że jednak systemy w obu krajach są dość zbliżone. Szwedzkie władze wydają się jednak bardziej współpracować z rodzicami niż norweskie, choć sam Czarnecki przyznał, że może to być też zmiana czasowa – oba reportaże dzieli ładnych parę lat.
Autor starał się przedstawić głośny temat zabierania dzieci przez szwedzki socjal z różnych perspektyw – rozmawiając z rodzicami, którzy dzieci stracili i z tymi, którym władze pomogły w trudnej sytuacji, z dorosłymi już dziećmi oddzielonymi niegdyś od rodziców, a także z różnymi przedstawicielami samego socjalu. Czarnecki skupia się na polskich rodzinach, choć znalazł też ukraińskich rozmówców, a czasem odwoływał się też do innych narodowości, głównie z krajów muzułmańskich (ten lęk rodziców, że takie dzieci trafią do rodzin niewyznających islamu i vice versa). Nie każda historia do mnie trafiła, ale nie zaprzeczę, że ta część oparta na rozmowach z ludźmi była zdecydowanie najciekawsza. Wymęczyły mnie za to inne wstawki, szczególnie gdy autor chciał przedstawić czytelnikom trochę bardziej szczegółowo szwedzką kulturę i zwyczaje, powołując się na mnóstwo innych źródeł – niektóre z tych książek już czytałam i generalnie nie tego oczekiwałam po tym reportażu. Jeśli nie czytało się Dzieci Norwegii można spokojnie z ciekawością sięgnąć po Dla dobra dziecka i sporo nowego się dowiedzieć – zwłaszcza jeśli nie śledziło się nigdy tego tematu. Ale gdybym miała wybrać tylko jeden z reportaży (a myślę, że to wystarczy, biorąc pod uwagę zbliżoną tematykę), postawiłabym jednak na ten o Norwegii.

Przeczytane: 15.02.2026
Ocena: 6/10