Opublikowany w Reportaż

Michael Booth – Japonia, Chiny i Korea

Tytuł: Japonia, Chiny i Korea. O ludziach skłóconych na śmierć i życie
Autor: Michael Booth
Tytuł oryginału: Three Tigers, One Mountain: A Journey through the Bitter History and Current Conflicts of China, Korea and Japan
Tłumaczenie: Barbara Gutowska-Nowak
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Wyd. UJ

Booth wyruszył do Azji, by zebrać materiały do reportażu o wzajemnych stosunkach Japończyków, Chińczyków i Koreańczyków. Wyszedłby z tego bardzo ciekawy reportaż, bo historia tych państw wciąż odbija się na relacjach pomiędzy ich mieszkańcami, ale niestety obecność autora jest tutaj dla mnie zbyt widoczna. O ile czasami wątek podróży Bootha i zahaczanie w drodze o ciekawe miejsca przykuwało moją uwagę i dobrze się czytało, to jednak za dużo tu jego własnych opinii i komentarzy – reportaż powinien być bardziej obiektywny…
Nie mogę jednak zaprzeczyć, że z Japonii, Chin i Korei naprawdę sporo się dowiedziałam, szczególnie o historii najnowszej tych państw. Autor porusza tutaj zarówno te bardziej znane wątki, jak chociażby temat kobiet-pocieszycielek czy rzeź Nankinu, ale też opowiada o japońskiej okupacji Tajwanu, Korei i Chin, o wpływie mocarstw zachodnich na wzajemne relacje państw azjatyckich, o podejściu polityków i zwykłych ludzi, które też często wygląda inaczej w kolejnych pokoleniach… Przymykałam więc oko na własne wstawki Bootha, skupiając się na wątkach stricte reportażowych, a te były naprawdę dobre.
Myślę, że to ciekawa i dająca do myślenia lektura dla tych, którzy niewiele wiedzą o stosunkach pomiędzy Japonią, Chinami i Koreą (ja przyznaję bez bicia – myślałam, że trochę wiem, a po lekturze odkryłam, że nie wiedziałam prawie nic). Jeśli lubicie książki podróżnicze i nie przeszkadza Wam przeplatanie takich wątków z reportażem, to lektura tej książki powinna przypaść Wam do gustu 🙂 .

Przeczytane: 28.06.2024
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Murong Xuecun – Śmiertelnie ciche miasto

Tytuł: Śmiertelnie ciche miasto. Historie z Wuhan
Autor: Murong Xuecun
Tytuł oryginału: Deadly Quiet City. True Stories from Wuhan
Tłumaczenie: Hanna Pustuła-Lewicka
Literatura: chińska
Wydawnictwo: Czarne

Śmiertelnie ciche miasto wpadło mi w oko, gdy tylko dowiedziałam się o premierze tej książki. Potem jednak natrafiłam na sporo rozczarowanych recenzji i zawahałam się, czy w ogóle chcę ten reportaż przeczytać. Zdecydowałam się jednak, nie oczekując po książce Xuecuna zbyt wiele i było to najlepsze podejście. Bo faktycznie, Historie z Wuhan nie są jakimś wybitnym reportażem, ale gdy nastawiłam się negatywnie, okazały się lepsze, niż myślałam 😉 .
Już na start wymęczył mnie nieco wstęp, w którym autor non stop podkreślał, jak bardzo niebezpieczne dla niego było pisanie reportaży z Wuhan na początku pandemii. O tym, że chińskie władze w walce z koroną ludźmi przejmowały się mniej niż zachowaniem reżimu, przekonamy się w każdym kolejnym rozdziale. Wstęp więc wydał mi się przegadany i zanadto skupiający się na samym autorze, no ale było to do przeżycia. Za to szybko wciągnęłam się w treść rozdziałów, choć nie wszystkie mnie zaciekawiły. Xuecun starał się przedstawić historie różnych ludzi: pracowników ochrony zdrowia, aktywistki na bieżąco relacjonującej w mediach sytuację w Wuhan, zwykłych mieszkańców, którzy stracili swoich bliskich lub próbowali wiązać koniec z końcem w lockdownie… Wiemy już, jaki bałagan panował na początku pandemii w Europie, a lektura Śmiertelnie cichego miasta pokazuje czytelnikom, że w Chinach był to kompletnie inny poziom. Państwu zależało tylko na tym, by pokazać światu i obywatelom, że sobie radzi z problemem – nawet kosztem zdrowia i życia tych obywateli. Ukazanie chińskiego reżimu w walce z pandemią to najmocniejszy punkt książki. Ale…
Cóż, szybko miałam poczucie, że główne wątki się powtarzają. Wiadomo, każda historia jest inna, ale wszystkie wydały mi się przedstawione w zbliżony sposób. Tylko w niektórych rozdziałach mocniej przewijał mi się wątek obywatela mierzącego się z pandemią i lockdownem (historia rodziców tracących młodą córkę poruszyła mnie tu zdecydowanie najbardziej), czasem trafiałam jednak na dłużące się wątki z życia bohaterów przed koroną. A czasem po prostu więcej było o państwie niż o ludziach samych w sobie. Całość napisana dość prostym językiem, łatwa w odbiorze, ale nic rewelacyjnego. Wybrane rozdziały w formie krótkich reportaży trafiłyby tu do mnie bardziej niż cała książka.

Przeczytane: 21.06.2024
Ocena: 6/10

Opublikowany w Literatura piękna

Pola Gojawiczyńska – Dziewczęta z Nowolipek

Tytuł: Dziewczęta z Nowolipek
Autorka: Pola Gojawiczyńska
Literatura: polska
Wydawnictwo: W.A.B.

Dziewczęta z Nowolipek to książka, po którą sama z siebie bym nie sięgnęła, patrząc po opisie, ale że została wybrana na Klub Książkowy… Niestety, nie podeszła mi – tak, jak się tego zresztą spodziewałam, choć z innych powodów. Wydawało mi się, że będzie po prostu nudno, ale Gojawiczyńska poruszyła tutaj szeroki zakres tematów: od biedy, z której trudno się wyrwać, przez nieszczęśliwe miłości i związki miłości pozbawione, trudne relacje rodzinne, niechciane ciąże i wiele więcej. To wszystko opisane plastycznym i fajnym językiem, choć czasem miałam wrażenie, że zbyt ogólnym. Brakowało mi czasem emocji w opisach, szczególnie tych dramatyczniejszych wydarzeń, które w efekcie nie wywarły na mnie należytego wrażenia.
Jednak to, co mnie najbardziej w Dziewczętach z Nowolipek zmęczyło, to nijakość bohaterek. Do połowy książki nie mogłam się połapać, kto jest kim z głównych bohaterek, a członkowie ich rodzin mylili mi się właściwie do końca. Gojawiczyńska w żaden sposób nie wyróżniła dziewczyn, nie nadała im konkretniejszych charakterów. Oczywiście, można stwierdzić, że Kwiryna była bardziej przebojowa czy też po prostu udało jej się bardziej niż np. Frani czy Broni, ale to niczego dla mnie nie zmienia i nie jest nadto wyraziste. Właściwie można by losy bohaterek dowolnie wymieszać i nie robiłoby to żadnej różnicy. Dzieje się niby sporo, bo są to losy kilku dziewcząt na przestrzeni lat i do tego w ciekawym okresie (tuż przed wybuchem i w trakcie I wojny światowej), ale wszystko takie wyrywkowe, często nijakie, po prostu męczące. Czytałam tę książkę dość długo i nie sądzę, by została na dłużej w mojej pamięci.

Przeczytane: 19.06.2024
Ocena: 5/10

Opublikowany w Fantastyka

Brandon Sanderson – Dawca Przysięgi (t.1)

Tytuł: Dawca Przysięgi. Tom 1
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginału: Oathbringer
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Mag

Kontynuacja świetnej serii Archiwum Burzowego Światła, choć muszę przyznać, że pierwszej części Dawcy przysięgi nie czytało mi się aż tak dobrze jak dwóch wcześniejszych tomów. Oczywiście Sanderson dalej zachwyca stylem i światem przedstawionym, ale mam wrażenie, że akcja nieco spowolniła. Kaladin, który był dotąd moim ulubionym bohaterem, zszedł nieco na dalszy plan, szkoląc Wiatrowych. Główną postacią stał się Dalinar, a jego losy – szczególnie te sprzed lat – są faktycznie wciąż tak samo wciągające. Shallan irytuje mnie coraz mniej i bawi mnie jej relacja z Adolinem – niestety, tego drugiego znów było trochę za mało. Zdaję sobie, naturalnie, sprawę z tego, że Dawcę Przysięgi podzielił na dwie części polski wydawca i może druga połowa okaże się bardziej rozbudowana pod kątem akcji… Na co bardzo liczę. Zresztą, żeby nie było, pierwszą połowę uznaję za bardzo dobrą – po prostu dwa pierwsze tomy były wręcz rewelacyjne i Sanderson sam postawił tu sobie wysoko poprzeczkę 😉 .
Kolejny tom wyjaśnia trochę więcej – dowiadujemy się o losach Heroldów, o nowych Pustkowcach, o ocaleniu Jasnah, coraz większą rolę odgrywa polityka i tu przydatne okazują się wizje Dalinara. Brakowało mi trochę scen bitewnych, ale tu zapowiada się rozkręcenie akcji w drugiej części i niecierpliwie czekam na lekturę. Jest coś w Archiwum Burzowego Światła, że czyta się to jednym tchem, nawet gdy mniej się dzieje lub autor skupia się na tych mniej lubianych przeze mnie bohaterach. Nauczyłam się już, że pozornie nudniejsze i mniej istotne fragmenty też tworzą obraz całości świata Rosharu, muszę po prostu jeszcze doczytać do momentu, gdy Sanderson to wszystko zgrabnie połączy w całość 😉 .

Przeczytane: 17.06.2024
Ocena: 7/10

Opublikowany w Reportaż

Iza Klementowska – Samotność Portugalczyka

Tytuł: Samotność Portugalczyka
Autorka: Iza Klementowska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Choć Portugalię odwiedziłam już dwukrotnie, bardzo niewiele wiem o tym kraju. Podstawowa wiedza o historii, kolonializmie czy kulturze w żaden sposób nie mogła się równać z tym, co w Samotności Portugalczyka zaserwowała mi Klementowska. W krótkim, liczącym sobie ok. 200 stron reportażu autorka ukazuje, że Portugalczycy nie są tak ekstrawertycznym i otwartym narodem, jak mogłoby się to wydawać osobom z zewnątrz.
Przeczytamy tu więc o dyktaturze Salazara, o więźniach skazanych za niewłaściwe poglądy polityczne, o imigrantach z innych krajów portugalskojęzycznych oraz z reszty świata, o kolonializmie i myśleniu, że ten portugalski nie był przecież tak zły jak brytyjski, o rewolucji goździków i o sztuce zbyt wyzwolonej jak na kraj mocno katolicki. A przede wszystkim o ludziach, bo każdy z tych wątków toczy się wokół konkretnych osób, które często dzieliły się z autorką swoimi historiami.
Samotność Portugalczyka czytało mi się całkiem dobrze i bardzo szybko. Obawiam się, że różnorodność poruszanych tematów i zwięzłość historii sprawi, że książka dość szybko uleci z mojej pamięci, ale i tak cieszę się, że mogłam ją przeczytać. Widzę, jak niewielka była moja wiedza o Portugalii i z ciekawością dowiem się więcej o tym kraju 🙂 .

Przeczytane: 11.06.2024
Ocena: 7/10

Opublikowany w Reportaż

Marta Abramowicz – Irlandia wstaje z kolan

Tytuł: Irlandia wstaje z kolan
Autorka: Marta Abramowicz
Literatura: polska
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna

Czytałam dwa wcześniejsze reportaże Abramowicz – o zakonnicach i dzieciach księży – były dobre, ale nic poza tym, czegoś mi w nich brakowało. Książki o Irlandii byłam jednak bardzo ciekawa, zbierała dużo lepsze recenzje, więc w końcu sięgnęłam po nią i ja. I cóż, muszę przyznać, że Irlandia wstaje z kolan to jeden z najlepszych polskich reportaży ostatnich lat – bardzo przewyższający poprzednią twórczość autorki. Wszystko jest tu zdecydowanie lepsze: język, styl, dobór historii, no i przede wszystkim zrobiony research, który potwierdza rozbudowana bibliografia i przypisy.
Abramowicz skupia się na odejściu Irlandii od kościoła – nie dostaniemy tu więc szczegółowych wcześniejszych historii, jak kraj stawał się katolicki, jak kościół doszedł do władzy. Oczywiście jest to wspomniane, ale nie o to w tym reportażu chodzi. Poznamy tu za to grzechy i afery irlandzkiego kościoła i jego przedstawicieli, a także usłyszymy głosy jego ofiar oraz tych, którzy uparcie i odważnie walczyli o zmiany w kraju. Ciekawe są tu wstawki autorki dotyczące Polski – na ich podstawie oraz w oparciu o głosy Irlandczyków mam wrażenie, że Polakom brakuje takiej umiejętności zjednoczenia się, która pomogła Irlandczykom walczyć o swoje. To jednak tylko dodatkowa refleksja, w końcu w reportażu chodzi o Irlandię – kraj, który w katolicyzmie przewyższał Polskę niemal pod każdym kątem, kościół miał tu właściwie całkowitą władzę. I ludzie zaczęli mieć dość – hipokryzji, kłamstw, zakazów i wchodzenia z butami w ich życie prywatne, duchownych bez sumienia, pedofilii, przemocy w katolickich ośrodkach pomocowych, odbierania dzieci… Czytałam o tych wszystkich sprawach i musiałam odkładać książkę na bok, rodziła we mnie tyle wściekłości, agresji, wszelakich negatywnych emocji. Tego, co kościół i jego przedstawiciele robili Irlandczykom, nie wynagrodzą żadne odszkodowania, tego się nie da zapomnieć, zignorować – tu było można tylko wstać z kolan i zacząć funkcjonować z dala od kościoła. Co ważne, bez kościoła nie oznacza bez religii – dla wielu Irlandczyków Bóg nadal jest ważną częścią życia. W tym życiu nie ma już po prostu miejsca dla organizacji zwanej Kościołem Katolickim.
Irlandia wstaje z kolan to świetnie napisana, wgniatająca w fotel, wywołująca dziesiątki emocji książka. Pełna cytatów, ludzkich doświadczeń, sprawiająca, że nie da się przejść obok niej obojętnie. Zostanie ze mną na długo. Więc jeśli się zastanawiacie, jakim cudem jeden z najbardziej katolickich krajów w Europie powiedział w referendach tak małżeństwom homoseksualnym czy aborcji, przeczytajcie reportaż Abramowicz. Warto.

Przeczytane: 11.06.2024
Ocena: 9/10

Opublikowany w Antyutopia, Science fiction

Jacqueline Harpman – Ja, która nie poznałam mężczyzn

Tytuł: Ja, która nie poznałam mężczyzn
Autorka: Jacqueline Harpman
Tytuł oryginału: Moi qui n’ai pas connu les hommes
Tłumaczenie: Katarzyna Marczewska
Literatura: belgijska
Wydawnictwo: ArtRage

Lubię wszelkiego rodzaju dystopie, a widząc sporo ciekawych recenzji ostatnimi czasy, postanowiłam sięgnąć po książkę Harpman. I ze zdziwieniem odkryłam, że oryginał ukazał się w latach dziewięćdziesiątych, a ja po prostu trafiłam na nowe polskie wydanie 🙂 . Ja, która nie poznałam mężczyzn to dobrze napisana i dość specyficzna książka – już w trakcie lektury okazała się czymś innym, niż się po niej spodziewałam.
Opowieść poznajemy z punktu widzenia Dziewczynki, która całe swoje życie – odkąd sięga pamięcią – spędziła w klatce z 39 kobietami. Bez uczuć, bez kontaktu fizycznego, bez edukacji, no i – jak wskazuje tytuł – bez mężczyzn, których widziała tylko w postaci strażników po drugiej stronie krat. Nie wiadomo, co się stało, dlaczego kobiety trafiły do więzienia, gdzie się znajdują, ani jaki cel mają ich prześladowcy. Pewnego dnia jednak strażnicy znikają, a kobietom udaje się wydostać na wolność. Ta wolność okazuje się jednak czymś innym, niż myślały – wciąż nie wiedzą, gdzie są ani co się stało. Akcji tu niewiele, lektura skupia się na samych bohaterkach, ich wyborach i podejmowanych decyzjach. A wszystko z punktu widzenia coraz starszej, wciąż bezimiennej Dziewczynki, która przez swoje dorastanie w klatce czuje się tak inna od reszty.
Ja, która nie poznałam mężczyzn trochę skojarzyło mi się ze Ścianą Haushofer, zwłaszcza w końcowych rozdziałach – książka Austriaczki jednak przypadła mi bardziej do gustu. U Harpman było za wiele drobiazgów, które mnie uwierały. Przede wszystkim wiele znaków zapytania w fabule, których autorka nie wyjaśnia, niezbyt dogłębna psychologia postaci (spodziewałam się tu więcej analizy psychologicznej wynagradzającej niewiele akcji), dość przewidywalne zakończenie. Mimo to spodobał mi się pomysł na świat przedstawiony, książkę czytało mi się dobrze i szybko. I tak po lekturze pozostało mi wrażenie: fajne to było, ale czegoś mi tu brakowało… 😉

Przeczytane: 10.06.2024
Ocena: 7/10

Opublikowany w Reportaż

Magdalena Rittenhouse – Nowy Jork

Tytuł: Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero
Autorka: Magdalena Rittenhouse
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Na odniesienia do Nowego Jorku Rittenhouse natrafiałam w wielu reportażach, w których przewijała się tematyka amerykańska, postanowiłam więc w końcu nadrobić zaległości i zapoznać się z tą lekturą. Nie podeszła mi od razu, wydawała mi się nawet trochę chaotyczna, ale szybko się zorientowałam, że w tym szaleństwie jest metoda. Rittenhouse nie opowiada czytelnikom o historii miasta krok po kroku, ale z jego historii, kultury oraz miejsc wybiera pasujące jej smaczki i ciekawostki, a następnie serwuje je w formie krótszych lub dłuższych opowieści.
Zatem z Nowego Jorku dowiemy się i o czasach, gdy Nowy Amsterdam zmieniał właścicieli, zawędrujemy do słynnej Biblioteki Publicznej, na dworzec Grand Central czy do pełnego złota skarbca Banku Rezerwy Federalnej, zobaczymy, jak tworzono parki High Line i Central Park, poznamy historię Broadway i Times Square… I wiele, wiele więcej. Nie każda opowiadana przez Rittenhouse historia do mnie trafiła, niektóre były fascynujące, inne mnie nieco wynudziły. Na pewno problemem dla mnie było to, że Nowego Jorku po prostu nie znam – nigdy tam nie byłam, wiele opisywanych miejsc musiałam googlać. Myślę, że książka trafiłaby bardziej do osób to miasto znających. Z drugiej strony dla mnie stanowiła też zachętę, by jednak wizytę w Nowym Jorku dodać do listy (nieco bardziej długoterminowych 😉 ) planów. Całość czytało mi się dobrze, choć z momentami dłużenia się lektury – sięgnięcia po książkę jednak nie żałuję, sporo się z niej o Nowym Jorku dowiedziałam.

Przeczytane: 6.06.2024
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

David Vann – Komodo

Tytuł: Komodo
Autor: David Vann
Tytuł oryginału: Komodo
Tłumaczenie: Dobromiła Jankowska
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Pauza

To moje druga lektura Vanna – Halibut na księżycu przypadł mi do gustu, ale trochę brakowało mi w nim emocji. Cóż, Komodo zdecydowanie nadrobiło tamten brak, przejechało mi po emocjach i zostanie w pamięci na długo. To świetnie napisana (i przetłumaczona) powieść z bardzo wyrazistymi postaciami i trafnie oddanymi uczuciami.
Ale od początku 🙂 . Narratorka, Tracy, to Amerykanka po czterdziestce, która wyrusza z matką w odwiedziny do brata na Komodo. Na tej indonezyjskiej wyspie mężczyzna robi kurs instruktora nurkowania, a kobiety korzystają z okazji, by ponurkować i spędzić trochę czasu razem. Szybko okazuje się, że relacje między nimi są toksyczne, a sama Tracy nie potrafi pogodzić się z rozwodem brata oraz z tym, co zostawiła w Ameryce: skupionego tylko na sobie męża oraz małych synów. Nieudane małżeństwo i ciężar macierzyństwa sprawiły, że kobieta stała się zgorzkniała i pełna złych emocji. Te emocje przenikają każdy rozdział Komodo, wciągają i fascynują, a w pewien sposób i przerażają. Kiedy narratorka zaczyna podliczać godziny, kiedy jej dzieci są dla niej męczącym ciężarem, a kiedy dają jej szczęście… no, aż nie dało się nie pomyśleć: dobrze, że nie mam dzieci 😉 . Oczywiście, zdaję sobie sprawę z literackich skrajności, ale też jestem przekonana, że każda matka nie jeden raz przechodziła przez opisane przez Vanna sytuacje…
Jakby dla równowagi mamy też relacje Tracy z nurkowania – tak żywe i piękne, że aż odżyło we mnie marzenie, by kiedyś zanurzyć się wśród rafy koralowej. Komodo to takie zestawienie problemów rodzinnych i uroków świata podwodnego – wszystko niesamowicie intensywne i wciągające. Z całkiem ciekawym zakończeniem, pozostawiającym czytelniczce wybór bycia optymistką lub pesymistką co do dalszych losów bohaterki. Naprawdę warto sięgnąć po tę lekturę 🙂 .

Przeczytane: 5.06.2024
Ocena: 8/10

Opublikowany w Biografie i wspomnienia

Irving Stone – Grecki skarb

Tytuł: Grecki skarb
Autor: Irving Stone
Tytuł oryginału: The Greek Treasure
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Muza

Jak generalnie nie jestem fanką biografii, tak te zbeletryzowane czyta mi się zazwyczaj całkiem dobrze. Niestety, przy Greckim skarbie, który miał być właśnie taką opowieścią biograficzną o małżeństwie Schliemannów, pojawiły się dla mnie pewne zgrzyty. Przede wszystkim Stone opowiada tu tylko o ich życiu razem, a przecież Henryk miał 47 lat, kiedy poznał żonę. Mieszkał wcześniej w kilku krajach, założył rodzinę, dorobił się fortuny – miał naprawdę pasjonujące życie, którego mi w tej książce po prostu brakowało. Z kolei Zofia była od męża o 30 lat młodsza i przeżyła go o ponad 40 – całe jej późniejsze życie najwidoczniej też nie było dla autora warte uwagi. Grecki skarb wydawał się napisany bardziej z perspektywy kobiety, co akurat było ciekawym zabiegiem, bo Zofia jednak pracowała w cieniu męża i jego sławy. Ale znów, jeśli autor skupiał się na niej, to chociaż jej późniejsze życie powinno też zostać omówione…
Głównym tematem książki są jednak wykopaliska. Nazwisko Schliemanna nie było mi przecież obce – jako odkrywca Troi i Myken był mi już dobrze znaną postacią. W Greckim skarbie miałam jednak okazję przeczytać, jak doszło do tych odkryć, ile problemów one narobiły małżeństwu, ale też i jaką sławę im one przyniosły. Towarzyszymy Schliemannom w zdobywaniu pozwoleń, walce z urzędnikami, powolnym przekopywaniu ton ziemi oraz odkrywaniu coraz to nowych skarbów. Książka jest szczegółowa, momentami aż za bardzo (w pewnym momencie, gdy Stone wymieniał wszystko, co wykopywano w danym miejscu, przelatywałam już tylko wzrokiem listy przedmiotów), ale czyta się ją świetnie. Fakt, że przedstawionych tu postaci Schliemannów nie byłabym w stanie polubić, ale z drugiej strony jawią się mi oni jako zwykli ludzie, ze swoimi wadami i zaletami, a to działa bardzo na korzyść lektury. Szczegółowość Stone’a w opisach irytowała mnie jednak bardziej w sytuacjach niezwiązanych z archeologią, ale np. z greckim życiem Zofii – opisy ceremonii religijnych czy posiłków potrafiły mi się dłużyć.
Myślę, że dla fanów historii i archeologii Grecki skarb to dobra książka – po wycięciu paru pierwszych rozdziałów, bo zaczyna się to dobrze czytać, dopiero gdy rozpoczynają się wykopaliska pod Troją. Patrząc jednak na tę lekturę pod kątem biografii bohaterów, odczuwam spory niedosyt. Wciąż jednak marzy mi się wyjazd na stanowiska archeologiczne w Troi i Mykenach… 😉

Przeczytane: 3.06.2024
Ocena: 6/10