Opublikowany w Reportaż

Andrzej Kohut – Bitwa o Amerykę

Tytuł: Bitwa o Amerykę. Czy to koniec Stanów Zjednoczonych, jakie znamy?
Autor: Andrzej Kohut
Literatura: polska
Wydawnictwo: Szczeliny

Na krótką chwilę przed kolejnymi wyborami prezydenckimi Kohut zaprezentował swój kolejny reportaż pt. Bitwa o Amerykę. Nie podaje w nim odpowiedzi na pytanie, czy jego zdaniem w Białym Domu zasiądzie niedługo Harris czy Trump, jednak bardzo ciekawie pokazuje, jak w ogóle doszło do tego, że ktoś taki jak Donald Trump mógł zostać prezydentem USA. Kohut analizuje zarówno obecną, jak i wcześniejsze kampanie, serwując czytelnikom sporo ciekawostek oraz historii, które pozwolą lepiej zrozumieć amerykański system prezydencki. Trochę na ten temat już wiedziałam, ale podczas lektury szybko zdałam sobie sprawę, jak powierzchowna była moja wiedza. Autor tłumaczy, dlaczego trzeci kandydat (poza demokratami i republikanami) nie ma właściwie szans, a jednak może wpłynąć na wynik wyborów, jak działają elektorzy, jakie znaczenie mają prawybory, dlaczego kampanie wyborcze mają sens tylko w niektórych stanach… A także jakie są obecnie największe problemy Ameryki, co dotyka zwykłych obywateli i jak ustosunkowują się do tego kandydaci na prezydenta. Wszystko to w oparciu o przykłady historycznych kampanii z mnóstwem ciekawych informacji dotyczących dawniejszych wyborów.
Bardzo przypadł mi do gustu styl Kohuta – mimo nagromadzenia faktów, danych i informacji całość czytało się bardzo płynnie i przyjemnie, a lektura okazała się niesamowicie wciągająca. Wydaje mi się, że Bitwa o Amerykę powinna trafić nie tylko do takich czytelników jak ja, których wiedza o amerykańskim systemie wyborczym jest dość ograniczona – nie sądzę, by nawet ktoś śledzący dość dokładnie sytuację polityczną w Stanach, znał wszystkie te smaczki z poprzednich kampanii. Jedyne, co mogę mocniej zarzucić temu reportażowi, to jego długość – czytam, wciągam się w działanie tego systemu politycznego… i nagle koniec. Lektura zdecydowanie pozostawia po sobie niedosyt, jestem pewna, że można tu jeszcze dużo więcej powiedzieć i nie byłoby to niepotrzebne lanie wody. Sięgając po tę książkę, trzeba więc wziąć pod uwagę, że nie wyczerpuje ona tematu, a jedynie serwuje dawkę historycznych, politycznych i społecznych ciekawostek, które pozwalają lepiej zrozumieć panującą obecnie w USA atmosferę oraz znaczenie zbliżających się wyborów.

Przeczytane: 13.10.2024
Ocena: 8/10

Opublikowany w Biografie i wspomnienia, Publicystyka

Paweł Reszka – Stolik z widokiem na Kreml

Tytuł: Stolik z widokiem na Kreml
Autor: Paweł Reszka
Literatura: polska
Wydawnictwo: Wielka Litera

Sięgając po Stolik z widokiem na Kreml, zwróciłam natychmiast uwagę na początek opisu: Ta książka nie jest reportażem. Nie powiem, trochę mnie to zniechęciło do lektury, ale i tak postanowiłam się z nią zapoznać – w końcu interesuje mnie ta tematyka, a z twórczością Reszki miałam dotąd dość dobre doświadczenia. Czym więc jest Stolik…, jeśli nie reportażem? Trudno to właściwie sprecyzować, bo ma w sobie reportażowe fragmenty, sporo tu też wspomnień autora głównie z Rosji i Ukrainy, luźnych przemyśleń, krótkich sytuacji, różnych dialogów… Jak twierdzi autor, to wszystko wydarzyło się naprawdę, ale chaotyczność treści okazała się dla mnie jednak zbyt przytłaczająca.
Reszka był wiele lat temu korespondentem w Moskwie i z tamtych czasów pozostało mu sporo przyjaźni, które obecna sytuacja polityczna zaczęła weryfikować. Autor przywołuje tu przykłady zachowań i wypowiedzi swoich rosyjskich znajomych, ukazuje, jak fakt, że pojechał do Ukrainy i solidaryzuje się z Ukraińcami, wpływa na jego rosyjskie znajomości. Opisuje też – niestety, mocno fragmentarycznie – swoje doświadczenia dziennikarskie z innych rosyjskich frontów: Czeczenii i Gruzji. A do tego jest Euromajdan, Krym, obecna wojna… Za dużo tego, za bardzo pomieszane, nie da się skupić na żadnej problematyce, czytając tę książkę. I choć zazwyczaj nie przeszkadzają mi krótkie, wyrwane z całości sceny w reportażu, to jednak w Stoliku… było tego za dużo i zaczynało mi brakować jakiejś ciągłości.
Zatem sięgnęłam po książkę, myśląc, że wiem, czego się tu spodziewać, a czego nie, a jednak Stolik z widokiem na Kreml i tak mnie zaskoczył. Niestety, dość negatywnie – miałam nadzieję, że jednak te wspomnienia Reszki będą bardziej uporządkowane, bardziej skupione na samej Rosji i Ukrainie. A tak to nawet ciężko mi określić, co ja tu przeczytałam…

Przeczytane: 13.10.2024
Ocena: 5/10

Opublikowany w Fantastyka

Brandon Sanderson – Rytm wojny (t.1)

Tytuł: Rytm wojny. Tom I
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginału: Rhythm of War
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Mag

Sanderson nie zawodzi, a jedynie utwierdza w przekonaniu, że Archiwum Burzowego Światła to jedna z moich ulubionych serii fantasy. Pierwsza część Rytmu wojny (w oryginalne wydanego jako jedna książka) wciągnęła mnie chyba najmniej ze wszystkich tomów, choć wciąż czytało się ją świetnie. Im dalej w las (czy też w książkę 😉 ), tym akcja rozkręcała się coraz bardziej, co daje nadzieję, że druga połowa okaże się lepsza i bardziej wciągająca.
Przez sporą część Rytmu wojny I wydarzenia toczyły się dość powoli – Kaladin pogrążał się w depresji i zrezygnował z walki, Shallan i Adolin mieli własne misje, Navani skupiała się na fabrialach, Dalinara i Jasnah właściwie nie było, za to trochę więcej mogliśmy zobaczyć świat z perspektywy Venli i otaczających ją parshendi. Oczywiście było to dalej ciekawe spojrzenie na świat Rosharu, ale tak naprawdę mocno wciągnęłam się w lekturę dopiero wtedy, gdy Shallan z Adolinem wyruszyli w misję do Cieniomorza. Czekam więc teraz na wynik ich podróży, na ciąg dalszy walk o Urithiru, na większą obecność Dalinara, Jasnah… no i Trefnisia 😉 . I myślę, że tak jak w przypadku Dawcy przysięgi druga część okaże się lepsza od pierwszej.
Jeśli ktoś zakochał się w Archiwum Burzowego Światła i podoba mu się styl Sandersona – Rytm wojny nie powinien go zawieść. To bardzo dobra kontynuacja serii, trzymająca w napięciu i zaskakująca zwrotami akcji. Bohaterowie rozwijają się, ich zachowanie i priorytety się zmieniają, tak samo jak zmienia się też sytuacja polityczna w Rosharze. Przy Rytmie wojny na pewno nie da się nudzić 🙂

Przeczytane: 10.10.2024
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Bora Chung – Przeklęty królik

Tytuł: Przeklęty królik
Autorka: Bora Chung
Tytuł oryginału: 저주 토끼
Tłumaczenie: Marta Niewiadomska
Literatura: koreańska
Wydawnictwo: Tajfuny

Nie jestem fanką takich historii, ale skoro październikowe wyzwanie LC wymagało sięgnięcia po książkę z dreszczykiem… Wybrałam Przeklętego królika Chung, bo lubię książki wydawane przez Tajfuny, a angielskie tłumaczenie książki zebrało parę znaczących nominacji – coś się za tym przecież musiało kryć 😉 . Zaczęłam czytać i zaskakująco się wciągnęłam, bo książkę zaczyna opowiadanie o tym samym tytule.
Niestety, szybko się okazało, że tytułowy Przeklęty królik jest najlepszym opowiadaniem ze zbioru. A zaraz po nim Chung zaserwowała Głowę, która dla mnie była zdecydowanie najsłabszą i najobrzydliwszą historią, która niemal zniechęciła mnie do dalszej lektury. Na szczęście książka jest krótka, więc przebrnęłam przez nią w ciągu kilku wieczorów, jednak żadna historia nie wciągnęła mnie już tak mocno jak pierwsza. Generalnie często mam ten problem ze zbiorami opowiadań, że są one mocno nierówne – z Przeklętym królikiem było tak samo. Naprawdę spodobało mi się jedno opowiadanie, dwa inne (Potrzask i Nie ma jak w domu) uznałam za bardzo dobre, reszta jednak okazała się co najwyżej przeciętna. Czasem były to historie z dreszczykiem, czasem miały takie być, ale przewidywalność psuła nastrój, innym razem opowieść przypominała mi bardziej baśń niż coś z pogranicza horroru…
Przeklęty królik miał łączyć w sobie i ten horror i groteskę, a wszystko miało kręcić się wokół poczucia samotności. Jakoś nie przekonało mnie to wszystko, choć niektóre straszniejsze historie faktycznie wywoływały u mnie dreszczyk (z drugiej strony u mnie o to nietrudno, dlatego raczej unikam takich lektur 😉 ), groteska wzbudzała jednak tylko niesmak lub uniesienie brwi: co ja w ogóle czytam?. Z Tajfunowych opowieści z dreszczykiem bardziej przypadły mi jednak do gustu Kroniki dziwnych bestii Przeklęty królik raczej nie zostanie w mojej pamięci na długo.

Przeczytane: 8.10.2024
Ocena: 5/10

Opublikowany w Literatura piękna

Kelly Rimmer – Wszystko, co ukrywamy

Tytuł: Wszystko, co ukrywamy
Autorka: Kelly Rimmer
Tytuł oryginału: Truths I never told you
Tłumaczenie: Violetta Dobosz
Literatura: australijska
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Choć zazwyczaj nie czytam takich powieści, to jednak Wszystko, co ukrywamy mnie zaciekawiło, a potem dość szybko wciągnęło. I może nie jest to jedna z najlepszych lektur, jakie przeczytałam w tym roku, to jednak myślę, że jest to bardzo dobra powieść, całkiem zaskakująca w zwrotach akcji. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia najpierw dwóch, a potem trzech kobiet z jednej rodziny: Grace, która dzieli się swoimi przeżyciami w formie zapisków, jej córki Beth, z czasem dochodzą też wspomnienia Maryanne, starszej siostry Grace. Główną bohaterką wydaje się jednak Beth, na którą w krótkim czasie spadają dwie tragedie: choroba i śmierć ojca oraz ciężka depresja poporodowa sprawiająca, że kobieta kompletnie nie odnajduje się w wymarzonym macierzyństwie. Pomóc próbują jej mąż z rodziną oraz trójka rodzeństwa, punktem przełomowym okazuje się jednak odkrycie dawnych zapisków matki. Kobieta ponoć zginęła w wypadku samochodowym, jednak notatki wskazują na to, że i jej nieobca była ciężka depresja po kilku porodach. Beth i rodzeństwo stają przed pytaniem, co właściwie wiedzą o własnej matce i jej śmierci…?
Dla mnie Wszystko, co ukrywamy rozkręcało się dość powoli, a Beth jako główna narratorka nieco mnie irytowała. Jednak gdy coraz więcej mrocznych szczegółów wychodziło na jaw, gdy depresja coraz ciężej odbijała się na matce i córce, a przede wszystkim kiedy do akcji wkroczyła też Maryanne… Rozkręciło się 😉 . To właśnie starsza siostra Grace stała się moją ulubioną postacią w tej książce – obserwując życie bliskich sobie kobiet, Maryanne już w latach 50-tych postanowiła, że nie podporządkuje się mężczyźnie, nie wyjdzie za mąż i nie urodzi mu dzieci. Zrobi za to karierę naukową i będzie walczyła o to, by kobiety same decydowały o swoim życiu. I choć nie wszystko było takie proste i oczywiste, jak jej się wydawało, często zderzała się z rzeczywistością tamtych czasów, to rozwój tej postaci trafił do mnie najbardziej.
W pewnym momencie akcja spowolniła, a jej zwroty stały się przewidywalne, więc końcówka powieści niczym mnie nie zaskoczyła – domknęła jednak rozpoczęte wątki. Mimo to dobrze mi się czytało książkę Rimmer i zaskoczeniem dla mnie było, że depresja poporodowa może być dziedziczna – z ciekawością więcej doczytam w tym temacie. Książka porusza wiele trudnych tematów, w tym też prawa i rolę kobiet oraz kwestię kontroli płodności i planowania rodziny, jednak to depresja poporodowa wydaje mi się tu problemem nadrzędnym. Muszę jednak przyznać, że autorce udało się zgrabnie wpleść trudną tematykę, przedstawiając przez swoich bohaterów różne punkty widzenia – spodobało mi się też, jak pod wpływem czasu i własnych doświadczeń bohaterowie ewoluowali, nie trzymali się twardo dawnych opinii. Wszystko, co ukrywamy nie jest może najlżejszą powieścią, ale warto po nią sięgnąć.

Przeczytane: 05.10.2024
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura górska, Reportaż

Jacek Hugo-Bader – Długi film o miłości

Tytuł: Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak
Autor: Jacek Hugo-Bader
Literatura: polska
Wydawnictwo: Znak

To moje drugie po Białej gorączce spotkanie z twórczością Hugo-Badera i drugi raz uznaję książkę za mocno przeciętną. Chyba się z autorem nie polubimy i po więcej jego reportaży sięgnąć nie planuję. A trochę szkoda, bo przy Długim filmie o miłości liczyłam na bardziej pozytywne wrażenia, w końcu literatura górska trafia do mnie bardziej niż ta podróżnicza. Cóż, tym razem nie trafiła ani jedna ani druga.
JHB opowiada w swym reportażu o tragicznej w skutki wyprawie na Broad Peak na początku 2013 roku, gdy polskim himalaistom udało się zdobyć szczyt zimą, ale dwóch z nich – Maciej Berbeka i Tomek Kowalski – przypłaciło ten sukces życiem. Brat Berbeki zorganizował wyprawę poszukiwawczą, której celem było odnalezienie i pochowanie himalaistów, a autorowi udało się dołączyć do tej wyprawy i zdać z niej relację. Długi film o miłości jest więc reportażem o dwóch wyprawach – tej, która miała na celu zdobycie Broad Peaku, oraz tej, gdy poszukiwano zmarłych zdobywców. Całość przeplatana jest relacją z afery, która wybuchła ówcześnie w Polsce, cytatami z internetu oraz wypowiedziami himalaistów i ich bliskich. Fragmenty, gdy wypowiadają się tu ludzie gór, są zdecydowanie najciekawsze. Ale mam tu na myśli stricte ich wypowiedzi, a nie całe wywiady, bo obecność autora irytuje mnie nawet w przeprowadzanych przez niego wywiadach. JHB zresztą wspomina, że nie dogadywał się z innymi uczestnikami wyprawy, że pojawiały się afery związane z jego wypowiedziami dla mediów… I jakoś wcale mnie to nie dziwi. Autora w reportażu jest bardzo dużo – jego wstawek, opinii, komentarzy, często o bardzo nieprzyjemnym wydźwięku. To, że o własnych dzieciach mówi per bachory, młode pokolenie wspinaczy to dla niego gówniarstwo… Zdecydowanie nie jest to język, jakiego oczekuję od literatury faktu.
Zainteresowanym wyprawą na Broad Peak w 2013 roku poleciłabym raczej książkę Broad Peak. Niebo i piekło Dobrocha i Wilczyńskiego, choć i tamten reportaż nie był idealny, to jednak bije na głowę Długi film o miłości. I czuję się tu mocno rozczarowana, bo był potencjał, były materiały, byli chętni rozmówcy… a mimo tego rezultat jest bardzo przeciętny.

Przeczytane: 03.10.2024
Ocena: 5/10

Opublikowany w Literatura piękna

Sheena Patel – Jestem fanką

Tytuł: Jestem fanką
Autorka: Sheena Patel
Tytuł oryginału: I’m a Fan
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Albatros

Kiedy obiła mi się o uszy premiera tej powieści, zaciekawiona przeczytałam jej opis, zapoznałam się z paroma recenzjami… i stwierdziłam, że to nie moja bajka. Ale mój klub książkowy wybrał Jestem fanką jako lekturę września, więc chcąc nie chcąc zabrałam się za czytanie. I dawno nie czytałam książki, przy której tak szybko wyłączał mi się mózg i zamykały oczy. To pierwsza lektura od lat, przy której zasnęłam w trakcie czytania przy zapalonym świetle… Co chyba już oddaje moje podejście do powieści Patel: nie trafiła do mnie w ogóle.
Narratorka powieści, jak sama o sobie mówi, jest fanką. Chociaż dla mnie bycie fanem/fanką ma pozytywny wydźwięk, czego o bohaterce powiedzieć nie można. Jej życie kręci się wokół dwóch osób: kobiety, na punkcie której ma obsesję oraz mężczyzny, z którym chce być. Kobieta nawet nie wie o jej istnieniu, za to wydaje się mieć w życiu wszystko, o czym marzy narratorka. Mężczyzna ma żonę, kochanki, a główna bohaterka jest dla niego jedną z wielu kobiet, które może traktować, jak chce. Do tego wszystkiego jest jeszcze partner narratorki, którego z jednej strony mi szkoda, z drugiej ciężko zrozumieć, jak może tkwić w związku, w którym traktuje się go tak okrutnie… Rozumiem, że założenie Patel było takie, by bohaterki nie polubić, by wzbudzała ona negatywne emocje – dla mnie było tego jednak za dużo, irytowały mnie jej przemyślenia i podejście do ludzi.
A przecież za te przemyślenia Jestem fanką zbiera pozytywne recenzje. Problematyka rasizmu (narratorka nie jest biała), relacji damsko-męskich, funkcjonowania w internetowym świecie, różnych oczekiwań… Czyta się to wszystko bardzo szybko i lekko, i to chyba największa zaleta tej książki. Jednak powyższe problemy wydają mi się poruszone bardzo ogólnie, w sposób powtarzalny, niezmuszający do refleksji, bo właściwie będąc użytkowniczką internetu na co dzień, nie zetknęłam się w tej lekturze z niczym dla mnie nowym.
Zastanawiam się jeszcze, czy książkę czytałoby mi się lepiej w oryginale. Jestem fanką chwalone jest za język bogato czerpiący ze slangu internetowego, a szczerze powiedziawszy, nie wyczułam tego zanadto w polskim przekładzie. A gdy jeszcze koleżanka z DKK zauważyła, że tłumaczka przetłumaczyła białych ludzi – yt people – jako użytkowników yt, to już kompletnie straciłam zainteresowanie polską wersją książki. Dokończyłam dla zasady, ale kto mi zwróci stracony czas…? 😉

Przeczytane: 29.09.2024
Ocena: 4/10

Opublikowany w Science fiction

Pierre Boulle – Planeta małp

Tytuł: Planeta małp
Autor: Pierre Boulle
tytuł oryginału: La Planète des singes
Tłumaczenie: Agata Kozak
Literatura: francuska
Wydawnictwo: ArtRage

Całe wieki temu oglądałam film, ale niewiele z niego zostało w mojej pamięci – ot, że kilka osób trafiło na planetę zamieszkałą przez małpy, które stworzyły własną cywilizację. Kiedy więc sięgnęłam po Planetę małp Boulle’a, czytałam ją właściwie jak zupełnie nową książkę, nie wiedząc, co się za chwilę wydarzy. I byłam mocno ciekawa lektury zbierającej dość dobre oceny, zwłaszcza że science fiction to jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Tutaj autor zabiera nas w odległą przyszłość, gdy para międzygwiezdnych podróżników znajduje porzucony w kosmosie list w butelce. Bardzo długi list jest opowieścią dziennikarza Ulissesa Mérou, który w towarzystwie dwóch badaczy trafił na planetę Sororę. Planetę, gdzie małpy tworzyły cywilizowaną rasę, a ludzie zachowywali się jak zwierzęta.
Pomysł sam w sobie ciekawy, ale jako miłośniczka science fiction natychmiast zderzyłam się z kompletnym brakiem oryginalności w wykreowanym świecie. Bo cywilizacja małp jest właściwie idealną kopią ziemskiej, zachodniej cywilizacji sprzed jakiegoś czasu. Poszczególne ziemskie cywilizacje różnią się między sobą bardziej niż w świecie Boulle’a różni się planeta małp od planety ludzi… Ten brak jakiegokolwiek wysiłku włożonego w wykreowanie nowego świata był dla mnie największym zgrzytem w tej książce i mocno osłabił jej odbiór. Niezbyt podeszła mi też narracja prowadzona z punktu widzenia Ulissesa, którego po prostu nie byłam w stanie polubić. Jego ego, podejście do świata były mocno irytujące, choć zapewne taki był tutaj zamysł autora.
Spodobała mi się za to fabuła oraz relacje Ulissesa z mieszkańcami Sorory. Akcja pędzi szybko – niekiedy nawet za szybko, bo czasem spodziewałam się jakiegoś zgłębienia danego wątku, a tu już autor przenosił mnie parę miesięcy wprzód, do kolejnych wydarzeń. Jednak książkę słuchało mi się dobrze, wciągnęła mnie i byłam ciągle ciekawa, co dalej. Zakończenie było dość przewidywalne, ale też stanowiło samo w sobie ciekawy zwrot akcji. Całościowo uważam Planetę małp za dobrą lekturę, choć miałam co do niej nieco wyższe oczekiwania.

Opublikowany w Historia

Simon Sebag Montefiore – Jerozolima

Tytuł: Jerozolima. Biografia
Autor: Simon Sebag Montefiore
Tytuł oryginału: Jerusalem: the biography
Tłumaczenie: Maciej Antosiewicz, Władysław Jeżewski
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Biografia Jerozolimy Montefiore to książka, która już od dawna stała na mojej półce, czekając na swoją kolej. Czytałam wcześniej biografię Londynu Ackroyda i podczas lektury miałam wrażenie, że czytelnik nieznający miasta, nie jest w stanie za dobrze wczuć się w tę książkę. Z Jerozolimą było kompletnie inaczej – choć samego miasta nigdy nie miałam okazji odwiedzić, to jednak tę biografię czytało mi się świetnie. Aż zamarzyła mi się wizyta w Jerozolimie, co – w obecnej sytuacji – zdecydowanie szybko nie nastąpi…
Jerozolima to książka historyczna, więc jeśli ktoś spodziewa się po tej lekturze przewodnika, może być rozczarowany. Dla fanów historii to jednak świetne podsumowanie dziejów miasta – od czasów starożytnych, biblijnych, aż po te współczesne. Montefiore bazował na najróżniejszych źródłach – ich mnogość wręcz przytłacza. Te najdawniejsze czasy nieraz toną we mgle nieścisłości, bo gdy jedynym źródłem jest Stary Testament, to trudno mówić o faktycznych źródłach historycznych. Jednak z każdym kolejnym wiekiem przybywa materiałów: kronik, opowieści historyków, wspomnień podróżników i żołnierzy… Wyłania się coraz bardziej różnorodny obraz Jerozolimy, bo i sama Jerozolima była niesamowicie różnorodna. Święte miasto trzech religii, wielokrotnie zmieniające władców i tkankę społeczną. Mieszkali tu Żydzi, chrześcijanie i muzułmanie, najróżniejszych odłamów i wyznań. Nienawidzili się nawzajem, walczyli, dokonywali pogromów, starali się współpracować, traktowali Jerozolimę jako miasto święte lub terytorium okupowane, mające przynosić zyski. Raz rozkwitała, zachwycając budowlami i przyciągając dziesiątki tysięcy mieszkańców, innym razem obracała się w ruinę, a ryzyko brutalnej śmierci było ogromne. I czasem żeby zginąć, nie trzeba było być innowiercą, wystarczyło wyznawać inny odłam tej samej religii, bo i muzułmanie i chrześcijanie równo mordowali się tu między sobą, co i atakowali wyznawców innych religii…
Ja historię uwielbiam, więc Jerozolimę wręcz pochłaniałam – a to przecież kilkaset stron faktów i nazwisk. Napisanych bardzo przystępnym stylem i autor starał się być tu bezstronny, choć przy historii współczesnej czasem miałam wrażenie, że jednak delikatnie wyczuwam, którą ze stron Montefiore tu – bez zaskoczenia – popiera. XX wiek jest tu zresztą najdokładniej opisany, co nie dziwi ze względu na ilość dostępnych materiałów… A jednak czasem bym chciała tyle szczegółów i o poprzednich wiekach, niech i będzie z tego dwa razy grubsza cegła! 😉 Dla mnie Jerozolima to najlepszy przykład, jak można napisać biografię miasta, w jak fascynujący sposób można opowiedzieć jego historię. Choć nie zaprzeczę, że tu i sama historia się broni – mało które miasto na świecie przeszło tyle co Jerozolima, i tyle znaczyło dla ludzi z całego świata…

Przeczytane: 25.09.2024
Ocena: 8/10

Opublikowany w Biografie i wspomnienia, Holokaust

Mikołaj Grynberg – Ocaleni z XX wieku

Tytuł: Ocaleni z XX wieku
Autor: Mikołaj Grynberg
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Zawsze mam trudności z oceną książek takich jak Ocaleni z XX wieku, bo jak właściwie ocenić wspomnienia ocalałych z Zagłady? Czy w ogóle powinno się to robić? Przecież to, co oni przeżyli, przechodzi ludzkie pojęcie, a zarazem niesamowicie ważne było to, co Grynberg zrobił – starał się zebrać ostatnie wspomnienia, zanim to pokolenie umrze. Oczywiście, mam świadomość, że po tylu latach pamięć bywa zawodna, na wspomnienia wpływ miało też to, co się słyszało o wojnie już po jej zakończeniu. Nie chciałam jednak w żaden sposób weryfikować tych opowieści, ale pozwoliłam im płynąć – okazały się niesamowicie poruszające.
Czytałam już wiele wspomnień z czasów Zagłady, a mimo to w książce Grynberga było coś dla mnie nowego. Przede wszystkim bardzo przypadł mi do gustu jego sposób przeprowadzania i zapisywania wywiadów – Ocaleni z XX wieku to rozmowy między autorem i Ocalonymi, w których nieraz obie strony dzielą się swoimi przeżyciami i doświadczeniami. Nie tylko wojennymi – Grynberga interesuje całe życie swoich rozmówców: jak wyglądało ono przed wojną, co się działo po wojnie, co i w jaki sposób opowiadają kolejnym pokoleniom… Ludzie też reagują różnie – jedni chcą opowiadać ze wszystkimi szczegółami, bo dotąd mało kto chciał ich słuchać, inni przeskakują duże fragmenty swojego życia, bo nie chcą lub nie są w stanie o nich opowiadać. Autor jest wyrozumiały, nie naciska, pozwala Ocalonym ustalać bieg rozmowy i przyznam, że naprawdę to do mnie trafiło. Jest to już czwarta książka Grynberga, którą przeczytałam i z każdą kolejną lekturą mój szacunek do autora i jego twórczości bardzo wzrasta. Ocalonych z XX wieku szczerze polecam – podkreślając, że nie jest to tzw. lektura obozowa. Nie wszyscy ocaleni mają bowiem przeszłość obozową, większość jednak choć przez krótką chwilę była w gettach, doświadczyli ukrywania się, strachu przed szmalcownikami, wywózek na wschód, utraty bliskich. To trudne, ale poruszające historie, o których nie można zapomnieć.

Przeczytane: 22.09.2024
Ocena: 8/10