
Autorka: Katarzyna Kobylarczyk
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne
To moje drugie – po Strupie – zetknięcie z twórczością Kobylarczyk i muszę przyznać, że Ciałko przebija tamten reportaż chyba pod każdym względem. Tematyka, która zaciekawiła mnie, gdy tylko po raz pierwszy usłyszałam o tej książce, a która okazała się jeszcze bardziej poruszająca, niż się tego spodziewałam… W powojennej Hiszpanii przez kilkadziesiąt lat kobiety miały bardzo ograniczone prawa, a rodzone przez nie dzieci władze widziały jako państwowe. Więc jeśli uznano, że maluchom będzie lepiej w odpowiedniej, katolickiej rodzinie, to niemowlęta bezceremonialne zabierano. Jeśli byłaś młodą dziewczyną noszącą nieplanowaną ciążę i ukrytą przez rodzinę w katolickim ośrodku, pewnie nakłonili cię do oddania dziecka do adopcji. Jeśli rodziłaś nieślubne dziecko w szpitalu, mogłaś usłyszeć, że zmarło przy porodzie, a ciała nie zobaczysz, szpital się wszystkim zajmie. Jeśli za niewłaściwe poglądy polityczne (co w dyktaturze Franco obejmowało dość szeroki zakres pojęć) siedziałaś w więzieniu z dzieckiem, po prostu któregoś dnia ci je odbierano. Ale nawet bycie mężatką niczego nie gwarantowało, dzieci znikały z porodówek, a rodziców informowano o ich śmierci. Zaś inni rodzice dostawali odpowiednie dokumenty i niemowlę, które często nie było nawet oficjalnie adoptowane, tylko fałszowano cały akt urodzenia… W cały proceder zamieszane było państwo i kościół, co sprawia, że po dziś dzień ofiarom ciężko nie tylko dojść jakiejś sprawiedliwości, ale też czegokolwiek się o sobie dowiedzieć.
Kobylarczyk przedstawia tu historie kilku osób – dzieci, które nagle odkryły, że zostały adoptowane, choć czasem brakuje poświadczających adopcję dokumentów; a także rodziców i członków rodzin, którzy podejrzewają, że ukradziono im dzieci lub których zmuszono do podpisania papierów adopcyjnych. Opowieści te przeplatają się z wypowiedziami Enrique Vili Torresa -prawnika i pisarza, również będącego takim zabranym dzieckiem, który pomaga innym dzieciom odnaleźć swoje korzenie. I szacuje, że takich przypadków mogło być nawet ok. 300.000…
Przy Strupie zarzucałam autorce chaotyczność, w Ciałku historie też są przemieszane, ale czyta się to dużo lepiej i przeplatane opowieści tworzą jednak spójną całość. Reportaż jest krótki, nie ma w nim żadnego niepotrzebnego słowa. Są tu informacje historyczne, cytaty z mediów itp., ale główną treść książki stanowią rozmowy z bohaterami – a to sprawia, że Ciałko jest reportażem wręcz porażającym. Na mnie wywarł ogromne wrażenie i bardzo polecam lekturę.
Przeczytane: 6.11.2024
Ocena: 9/10








