Opublikowany w Fantastyka

Różne autorki – Cztery żywioły magii

Tytuł: Cztery żywioły magii
Autorki: Milena Wójtowicz, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Aneta Jadowska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Sine Qua Non

Zbiory opowiadań napisanych przez różne autorki bądź autorów – nawet jeśli są to jedynie cztery opowiadania – zawsze ciężko mi oceniać. Mamy tu w końcu cztery różne historie, cztery kompletnie inne style, a jak tu dać jedną ocenę? Powiedzmy więc, że Cztery żywioły magii to taka książka 6/10 – trochę lekkiego fantasy o zróżnicowanym poziomie. Czyta się szybko, w głowie na dłużej nie zostanie, a choć niektóre historie mnie wciągnęły, to nie na tyle, bym chciała zgłębić twórczość którejkolwiek z autorek.
Książkę rozpoczyna opowiadanie Zawieje, zamiecie Wójtowicz, której bohaterką jest wietrzyca – kontrolująca wiatr – Majka. Żyjąca we współczesnej Polsce, z normalną rodziną, postanawia powiedzieć mężowi, że nie jest człowiekiem, no i zaczyna się chaos. Pomysł ciekawy, ale polskie imiona i nazwiska zawsze mi dziwnie brzmią w fantastyce, a do tego wszystko działo się jakoś tak za szybko, choć równie szybko mi się to opowiadanie czytało. Następnie przeszłam do Jak długo żyje motyl? Kisiel i była to zdecydowanie najsłabsza historia w książce, a to, co z niego najlepiej zapamiętałam, to rzucane na potęgę suchary, autorka chyba zebrała wszystkie dowcipy z internetu i powrzucała je w usta bohaterów. Strasznie męczyłam to opowiadanie.
Potem było na szczęście lepiej – Wspomnienie ognia Kubasiewicz podobało mi się najbardziej. Nawet jeśli i tutaj mieliśmy polskie imiona i nazwiska ze względu na rozgrywającą się w kraju akcję. Gaszącą pożary i kontrolującą ogień Helenę Milecką łatwiej mi było znieść, bo i fabuła dość ciekawa, i bohaterowie dość wyraziści (choć zakończenie niezbyt do mnie trafiło). Ostatnim żywiołem jest woda, a w opowiadaniu Wnuczka morza Jadowskiej młoda Mara skupia się na odkrywaniu siebie i tajemnicy związanej ze swoim ojcem, elementy fantastyczne przez większość czasu stanowią tylko tło historii. Całkiem mi się to podobało, ale drażniła mnie główna bohaterka, a to rzucało się na odbiór opowiadania.
Zatem był pomysł, różnie wyszło z wykonaniem, ale trzy na cztery opowiadania mogą się podobać – nie jest to ten rodzaj fantastyki, którą najbardziej lubię, ale była to całkiem fajna luźna lektura na święta 😉

Przeczytane: 8.01.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Historia

Max Hastings – Wietnam

Tytuł: Wietnam. Epicka tragedia 1945-1975
Autor: Max Hastings
Tytuł oryginału: Vietnam: An Epic Tragedy, 1945-1975
Tłumaczenie: Wojciech Tyszka
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Literackie

Po Wietnam. Epicką tragedię 1945-1975 Hastingsa zabrałam się, kiedy sama ruszałam do Wietnamu i chciałam lepiej zrozumieć tło historyczne wydarzeń, które ukształtowały to państwo w jego obecnej formie. Oczywiście słyszałam co nieco o wojnie wietnamskiej, ale Hastings niemal od pierwszych stron udowodnił mi, jak niewielka była moja wiedza. A warto wziąć pod uwagę, że Brytyjczyk zaserwował czytelnikom prawdziwą cegłę, Wietnam liczy sobie dobre 1000 stron i lektura zajęła mi prawie 2 miesiące. O ile z początku mnie fascynowała, to w pewnym momencie zaczęła jednak nużyć – dużo ciekawsze były dla mnie opisy walk z Francuzami, dojścia do władzy Ho Chi Minha czy początki amerykańskiego zaangażowania. Im dalej w lekturę, tym jednak wolniej mi się czytało – dużo szczegółowych opisów różnych akcji militarnych, a także wyraźne sympatyzowanie autora z Amerykanami (którym jednak nie szczędzi krytyki, żeby nie było) i pogardliwe krytykowanie Wietnamczyków zaczęło mi w końcu działać na nerwy. Hastings często przytaczał wspomnienia wojenne żołnierzy i cywili, uważam to za prawdziwy smaczek tej lektury, nadający historii ludzkiego wymiaru, choć też nie obraziłabym się, gdyby było tego trochę mniej 😉 . Odniosłam też wrażenie, że autor bagatelizuje niektóre działania Amerykanów w Wietnamie, co najbardziej rzuciło mi się w oczy przy wspomnieniu o agencie Orange – użytej przez wojska substancji, o której tragicznych skutkach miałam okazję całkiem sporo dowiedzieć się podczas pobytu w Wietnamie. I tak, zdaję sobie sprawę, że komunistyczne władze tego państwa na pewno wyolbrzymiają wiele rzeczy, nie podobało mi się jednak, jak Hastings kompletnie próbował je oczerniać i odebrać im wiarygodność.
Epicka tragedia nie jest więc najlepszą książką historyczną, jaką miałam okazję w życiu przeczytać, ale niewątpliwie swój cel spełniła – w przystępny sposób (bo dobrego stylu literackiego na pewno nie można Hastingsowi odmówić) przybliżyła mi wojnę wietnamską. Poznałam wiele szczegółów dotyczących działań militarnych, decyzji politycznych oraz prywatnych odczuć ludzi, których ta wojna w różny sposób dotknęła. Na pewno będę chciała zgłębić jeszcze tę tematykę, ale jeśli chodzi o pierwsze, kompleksowe spojrzenie Wietnam okazał się dobrym wyborem.

Przeczytane: 29.12.2025
Ocena: 6/10

Opublikowany w Literatura piękna

Michel Laub – Dziennik upadku

Tytuł: Dziennik upadku
Autor: Michel Laub
Tytuł oryginału: Diário da Queda
Tłumaczenie: Wojciech Charchalis
Literatura: brazylijska
Wydawnictwo: Pauza

Krótka i dość specyficzna lektura – momentami bardzo mi się podobała, momentami nieco mnie nudziła i męczyła. Narrator w Dzienniku upadku to najmłodszy z trzech pokoleń mężczyzna, wnuk ocalałego z Auschwitz i syn chorego na Alzheimera. Sam narrator do rodzinnej traumy dołożył jeszcze własny alkoholizm, nieudane związki i wspomnienie o koledze ze szkoły, który stał się ofiarą głupich dziecięcych wybryków. Wszystko to przeplata się w formie przemyśleń i dzienników – najbardziej specyficzne są tu dzienniki dziadka, który o tragicznej przeszłości nie wspomina nic, za to bardzo szczegółowo opisuje, jak powinien wyglądać nowy świat, do którego trafił (dziadek po uwolnieniu z obozu wyemigrował do Brazylii i tam dzieje się akcja powieści). Laub napisał Dziennik upadku dość specyficznym stylem, gdzie czasem trafiają się zdania tak długie, że brzmią bardziej jak mówiony monolog. Czytało mi się to całkiem dobrze, ale mam poczucie, że nie jest to lektura, która zostanie ze mną na dłużej.

Przeczytane: 19.12.2025
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Joanna Lampka – Gwiazda Północy, Gwiazda Południa

Tytuł: Gwiazda Północy, Gwiazda Południa
Autorka: Joanna Lampka
Literatura: polska
Wydawnictwo: AlterNatywne

Już od dawna miałam na oku cykl Mistrz Gry Lampki i w końcu sięgnęłam po pierwszy tom, Gwiazdę Północy, Gwiazdę Południa. To krótkie i lekkie fantasy w stylu bardziej nowoczesnym, czyli zamiast dziwnych stworów i machania mieczami mamy skłócony kontynent, posługujący się nowoczesną technologią wywiad wojskowy i całkiem współczesne bronie. Są też elementy magiczne, ale występują w tak niewielkim stopniu, że właściwie nie rzucają się w oczy – podobno w następnych tomach ma się to trochę zmienić, na co niecierpliwie czekam. Bo po przeczytaniu Gwiazdy Północy… wiem, że sięgnę po kontynuację, w końcu książkę czytało mi się szybko i całkiem przyjemnie. Trochę zajęło, zanim wciągnęłam się w opowieść – książki przygodowe czy takie współczesne fantasy czytam dość rzadko i musiałam się przestawić. Ale gdy zaklikało, to już do końca pochłonęłam resztę w dwa dni 😉 .
Akcja Gwiazdy Północy… toczy się w krótkim okresie, gdy Aline – córka władcy Królestwa Żeglarzy pod przykrywką agentki wywiadu innego, neutralnego państwa – przybywa z misją do wrogiego Cesarstwa Słońca. Misja jest dość istotna, ale szybko schodzi na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się romans z Ianem, synem tutejszego władcy. Przyznaję bez bicia, fanką romansów nie jestem i ten też mnie nie kupił, zdecydowanie wolałam czytać o akcjach wojskowych czy o samym stworzonym przez Lampkę świecie, o jego sytuacji politycznej czy problemach religijnych. Biorąc pod uwagę końcówkę książki, liczę na to, że kolejny tom będzie właśnie bardziej polityczny i mniej romansowy, bo to, co autorka zaserwowała w pierwszej części, w zupełności mi wystarczyło 😉 . Gwiazda Północy… to dość krótka lektura (w końcu w świecie fantastyki niecałe 300 stron to jak opowiadanie, prawda? 😉 ), wprowadzająca do świata, przedstawiająca bohaterów i będąca zapowiedzią bardziej rozbudowanej akcji w dalszych częściach. Lekkie i przyjemne fantasy – bardziej przygodowe niż fantastyczne, miła odskocznia od cięższych lektur.

Przeczytane: 15.12.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Ciekawostki podróżnicze

Kinga Eysturland – Wyspy bardzo Owcze

Tytuł: Wyspy bardzo Owcze. Gawęda północnoatlantycka
Autorka: Kinga Eysturland
Literatura: polska
Wydawnictwo: Pascal

Północą Europy interesuję się już od lat, odkąd sama przez jakiś czas mieszkałam w Szwecji, więc z ciekawością sięgam po książki tematyczne. Przyszedł więc czas i na Wyspy bardzo Owcze Kingi Eysturland, interesujące mnie nie tylko ze względu na tematykę, ale również przez to, że miałam okazję osobiście poznać autorkę. Lektura nie zawiodła moich oczekiwań, tę Gawędę północnoatlantycką czytało mi się lekko i przyjemnie, a wplecione w nią piękne zdjęcia bardzo zachęcają do wizyty na Wyspach Owczych (co na pewno w końcu kiedyś zrobię 😉 ).
Nie jest to reportaż, zdecydowanie bliżej tej książce do literatury podróżniczej, w której nie brakuje jednak wielu wspomnień i uwag własnych autorki. Choć zazwyczaj mi to przeszkadza, tutaj mnie nie irytowało – pewnie też dlatego, że właśnie takiej mieszanki spodziewałam się po lekturze nazwanej gawędą. Co więcej, bardziej mnie wciągnęły te części, gdzie Eysturland opowiada, jak zaczęła się jej fascynacja Wyspami Owczymi, jej pierwsze przygody w tym miejscu i relacje z ludźmi, niż część stricte podróżnicza – turystyczne polecajki, gdy sama jeszcze wyjazdu nie planuję, nie potrafiły mnie szczególnie wciągnąć. Za to bardzo na plus były dla mnie wstawki z wypowiedziami Farerów związanych z danymi wyspami na różne tematy.
Wyspy bardzo Owcze to świetna lektura dla miłośników północnej Europy – nawet jeśli czytaliście już trochę o tym regionie, na pewno znajdziecie tu sporo ciekawostek i nowych informacji. W końcu autorka nie zarzuca czytelników mnóstwem suchych faktów, ale zabiera ich na wyspy widziane własnymi oczami, a to zawsze zapewnia oryginalność 🙂

Przeczytane: 14.12.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Eliza Clark – Skrucha

Tytuł: Skrucha
Autorka: Eliza Clark
Tytuł oryginału: Penance
Tłumaczenie: Anna Fiałkowska
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Poznańskie

Kiedy polskie tłumaczenie Skruchy Clark trafiło na rynek, widziałam w internecie mnóstwo zachęcających komentarzy – na tyle zachęcających, że sama sięgnęłam po tę książkę. Zwłaszcza że opisy lektury też brzmiały ciekawie – miała to być powieść imitująca reportaż true crime, nie powiem, że nie zaintrygowało mnie to. Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia dziennikarza Aleca Carelliego, znanego autora true crime, który właśnie wydał swoją nową książkę właśnie pt. Skrucha. Miał to być reportaż o tragedii w małym brytyjskim miasteczku Crow-on-Sea, gdzie trzy nastolatki zamordowały swoją znajomą ze szkoły, a następnie próbowały zatuszować zbrodnię, podpalając dziewczynę.
Clark zaczęła więc z przytupem, bo książka zaczyna się od samego morderstwa, a dopiero potem autorka pod postacią Carelliego próbuje dojść do tego, co stało za zbrodnią, kim była ofiara oraz jej oprawczynie. Dotąd wszystko brzmi ok, nawet ciekawie, jednak szybko pojawiają się pierwsze ale… Pewnie odebrałabym Skruchę lepiej, gdybym czytała, a nie słuchała, bo w audiobooku niesamowicie mocno rzucały mi się w uszy dłużyzny. Clark nie tylko dodawała mnóstwo wątków pobocznych – ona je niesamowicie rozbudowywała, dodawała wątki poboczne od wątków pobocznych… Czasem słuchałam z dobrą godzinę i przez ten czas nie było ani słowa związanego z główną historią. W dniu, gdy do słuchania trafiła się opowieść o miejscowym aquaparku, naprawdę chciałam to wszystko po prostu przewinąć. Rozumiem, że zamysłem autorki było bardzo szczegółowe przedstawienie bohaterek, ale to było jednak przegięcie – myślę, że z dobre 3/4 opowieści nic nie wnosi do głównego wątku. Jeśli miałabym czytać tak rozwleczony reportaż, porzuciłabym go w połowie. Tu byłam ciekawa, co jeszcze autorka wymyśli, więc słuchałam dalej i w gruncie rzeczy końcówka się znów rozkręciła, bo Clark znów wróciła do głównej historii.
Druga rzecz, która może irytowałaby mnie mniej w formie pisanej, ale wręcz dobijała podczas słuchania, to język. Znów, rozumiem, że głównymi bohaterkami są nastolatki, że duża część historii to ich rozmowy czy wymieniane wiadomości lub posty w internecie, więc muszą być one pisane ich językiem. I może czytając, przeskakiwałabym wzrokiem te wszystkie powtarzane setki razy lmao, tbh czy wtf. Ale gdy po raz kolejny lektor kończył zdanie el-em-ej-oł, to po prostu wywracałam oczami, męczyło mnie też wysłuchiwanie raz za razem wszystkich dziwnych nazw użytkowników w internetowych dyskusjach (co pewnie też przeskakiwałabym wzrokiem, czytając). Zatem dobra rada z mojej strony: jeśli chcecie sięgnąć po Skruchę, zdecydujcie się na czytanie a nie słuchanie. Choć, tbh, moim zdaniem lepiej sięgnąć po jakąś bardziej wartościową książkę, ta mnie niesamowicie wymęczyła 😉

Przesłuchane: 9.12.2025
Ocena: 4/10

Opublikowany w Publicystyka

Raja Shehadeh – Dlaczego Izrael boi się Palestyny?

Tytuł: Dlaczego Izrael boi się Palestyny?
Autor: Raja Shehadeh
Tytuł oryginału: What Does Israel Fear From Palestine?
Tłumaczenie: Anna Sak
Literatura: palestyńska
Wydawnictwo: Karakter

Zawsze mam problem z oceną takich książek, zwłaszcza gdy po lekturze mam mieszane odczucia. Z jednej strony bardzo dobrze, że palestyńscy pisarze mają przestrzeń na publikację własnego spojrzenia na wojnę w Strefie Gazy – izraelskich wypowiedzi w mediach nie brakuje, a zagraniczni dziennikarze nie zawsze właściwie uchwycą tragedię Palestyńczyków. Z drugiej jednak strony tytuł Dlaczego Izrael boi się Palestyny? nie jest tu szczególnie trafiony, bo z lektury nic takiego nie wynika, to nie strach stoi za masakrą dokonywaną przez SOI. Shehadeh napisał esej (bo nie jest to reportaż ani książka historyczna) poświęcony głównie obecnej wojnie i trochę tłu historycznemu, ale… Po pierwsze, ta książka liczy sobie ledwo 100 stron, w tak niewielkiej objętości nie da się choćby ogólnie zarysować całej problematyki i historii wojny. Po drugie, Dlaczego Izrael boi się Palestyny? wydano 1,5 roku temu, czyli w środku wciąż trwającego ludobójstwa, więc ta lektura nie ma właściwie żadnego zakończenia – poza jakąś zbyt naiwną i optymistyczną nadzieją na zbliżający się koniec wojny, który wciąż nie nastąpił.
Jako że trochę już o historii konfliktu izraelsko-palestyńskiego czytałam i śledzę doniesienia medialne, to z tej książki niewiele nowego się dowiedziałam. Czytałam ją bardziej jako przemyślenia osoby, którą ta wojna dotknęła osobiście i myślę, że w wielu miejscach była to bardzo poruszająca lektura. Więc nawet jeśli pod kątem merytorycznym niewiele z niej wyniosłam, to myślę, że zawsze warto zapoznawać się z takimi książkami.

Przeczytane: 4.12.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Popularnonaukowa

Tom Phillips, Jonn Elledge – Spisek

Tytuł: Spisek. Czyli kto nam wszczepia czipy i inne popie***one teorie
Autorzy: Tom Phillips, Jonn Elledge
Tytuł oryginału: Conspiracy: A History of B*llocks Theories, and How Not to Fall for Them
Tłumaczenie: Maria Gębicka-Frąc
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Albatros

Czytałam już wcześniej dwie książki Phillipsa – Ludzi i Prawdę – nie powiem, żeby mnie zachwyciły, ale czytało się je całkiem dobrze i sporo było tam ciekawostek. Po napisanym wspólnie z Elledge Spisku spodziewałam się czegoś podobnego i choć, ogólnie rzecz ujmując, coś podobnego faktycznie dostałam, to jest to jednak książka mocno przeciętna.
Z założenia w Spisku autorzy prowadzą czytelników przez teorie spiskowe – zaczynając od samej definicji, przechodząc przez wieki aż po współczesną złotą erę teorii spiskowych, opowiadając o tym, czemu ludzie wierzą w rzeczy, które kompletnie nie trzymają się kupy i podając przykłady teorii, które jednak okazały się prawdą. Bo – żeby nie było – Phillips i Elledge nie uważają, że wszystkie teorie spiskowe są bzdurą, co więcej, podkreślają, że wiele kwestii, które ludzie zwykli nazywać teoriami spiskowymi, wcale nimi nie są. Nie da się jednak ukryć, że są ludzie, którzy wierzą w najbardziej absurdalne rzeczy i autorzy sporo takich ciekawostek wynaleźli.
Spisek jest więc lekturą ze sporym potencjałem, zwłaszcza w dzisiejszej erze teorii spiskowych, ale ten potencjał został słabo wykorzystany. Książka jest chaotyczna, niektóre wątki się powtarzają, język i styl – często mocno prześmiewczy – autorów kompletnie do mnie nie trafiają. Z drugiej strony sporo tu faktów i ciekawostek, które bym chętnie zgłębiła dalej, więc też nie uważam, że czas poświęcony na lekturę był kompletnie zmarnowany. Ale mogłoby być lepiej, zdecydowanie 😉

Przeczytane: 30.11.2025
Ocena: 5/10

Opublikowany w Reportaż

Patrick Radden Keefe – Imperium bólu

Tytuł: Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego
Autor: Patrick Radden Keefe
Tytuł oryginału: Empire of Pain: The Secret History of the Sackler Dynasty
Tłumaczenie: Jan Dzierzgowski
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Czarne

Nie śledziłam przebiegu kryzysu opioidowego w Stanach – szczerze powiedziawszy, nie sądzę, żeby w ogóle coś do mnie docierało na ten temat. Nazwisko Sacklerów było mi całkowicie obce. Dlatego też Imperium bólu Keefe’a zaskoczyło mnie, wciągnęło, ale też mocno mną wstrząsnęło… choć może nie powinno dziwić, że dla wielkich firm – nieważne, czy prywatnych czy notowanych na giełdzie – liczy się tylko zysk. Autor cofa się w swojej opowieści do pierwszej połowy XX wieku i przedstawia historię trzech braci Sacklerów: Raymonda, Mortimera i najstarszego Arthura, który był główną siłą napędową rodzinnej fortuny. I choć kryzys opioidowy to już wydarzenia toczące się nie za jego życia, to jednak Keefe udowadnia, że o Arthurze zapomnieć tu nie można, bo to właśnie najstarszy z Sacklerów wprowadził lekarstwa do świata reklamy i podniósł ich sprzedaż do rekordowych poziomów. A potem przyszły kolejne pokolenia i zakup firmy Purdue, która wprowadziła na rynek OxyContin. Ile w tle było marketingu, polityki, kłamstw, powoływania się na nieistniejące badania i dane… A wszystko to doprowadziło do rekordowej sprzedaży leku, ogromnej liczby uzależnień w wielu przypadkach kończących się śmiercią i do nierealnych wręcz pieniędzy spływających na konta Sacklerów.
Keefe łączy historię rodziny z historią Purdue i OxyContinu, przeplata to wszystko bataliami sądowymi, akcjami przeciwko firmie i wypowiedziami dawnych pracowników. Wyłania się z tego przerażający obraz – zarówno koszmaru wielu uzależnionych osób, ale też bezmyślności i chciwości Sacklerów, którzy do samego końca uparcie nie chcieli dostrzegać własnych błędów. Imperium bólu czyta się świetnie, to bardzo dobrze napisany i wciągający reportaż, a autor wykonał tytaniczną pracę, by zebrać w całość tę historię i przedstawić ją w tak przystępny sposób. To jedna z najlepszych książek z Serii Amerykańskiej Czarnego, naprawdę warto przeczytać.

Przeczytane: 28.11.2025
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Kate Brown – Czarnobyl

Tytuł: Czarnobyl. Instrukcje przetrwania
Autorka: Kate Brown
Tytuł oryginału: Manual for Survival: A Chernobyl Guide to the Future
Tłumaczenie: Tomasz S. Gałązka
Literatura: amerykańska
wydawnictwo: Czarne

Brown napisała zdecydowanie inny reportaż o Czarnobylu od tych, które dotąd czytałam (no, może poza Czarnobylską modlitwą, ale Aleksijewicz to zawsze klasa sama w sobie) – a trochę już w temacie przeczytałam. Ta amerykańska profesorka uznała, że książek opisujących przyczyny oraz samą katastrofę krok po kroku było już mnóstwo i nie odczuwała potrzeby, by po raz kolejny przedstawiać te informacje. Skupiła się za to na późniejszych wydarzeniach, zarówno od strony politycznej, jak i tej zwykłej, ludzkiej. Zresztą nawet tytuł Instrukcje przetrwania świetnie wskazuje na to, czego możemy się po tej lekturze spodziewać – jakie instrukcje władze kierowały do ludności Ukrainy i Białorusi dotkniętej katastrofą. O tym, że wcale tak szybko nie podjęto decyzji o wysiedleniu Strefy Wykluczenia, już wiedziałam. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, ile innych miejsc – nieraz jeszcze silniej dotkniętych promieniowaniem – zostało pozostawionych samym sobie. Ilu ludzi żyło w miejscach, z których powinni uciekać, ale miało zakaz przeprowadzki, zakaz produkowania oraz spożywania miejscowej żywności przy jednoczesnych brakach w zaopatrzeniu z zewnątrz. Wiedziałam, jak bardzo zawiódł swoich obywateli ZSRS, dążący do ukrycia prawdy o tragedii zarówno przed światem zachodnim, jak i przed tymi obywatelami. Ale nie wiedziałam, że gdy do Czarnobyla dotarli przedstawiciele Zachodu, nie tylko popierali oni sowieckie badania, ale nawet zaniżali skutki katastrofy i związane z nią ryzyko. Jak mocno w wyciszanie głosów ofiar włączyły się międzynarodowe agencje i Stany Zjednoczone, przerażone, że gdy wiedza o skutkach promieniowania stanie się ogólnie dostępna, do Waszyngtonu zaczną spływać tysiące pozwów od mieszkańców terenów, w pobliżu których przeprowadzano próby jądrowe… Jak bardzo opierano się na badaniach z Hiroszimy, kompletnie ignorując różnice w obu tragediach oraz zebranych materiałach. A pomiędzy tymi politycznymi przepychankami było mnóstwo zwykłych Ukraińców i Białorusinów, którzy nagle zaczęli masowo chorować, był ogromny wzrost przypadków niedonoszonych ciąż i skrócona długość życia, brak odpowiedzialności za odpady radioaktywne i kombinowanie, jak jednak sprzedawać produkty roślinne i odzwierzęce pochodzące z napromieniowanych terenów… Czarnobyl Brown to fascynująca lektura i z przyjemnością dałabym jej nawet wyższą ocenę, gdyby nie mocno odczuwalna i dość irytująca obecność autorki w reportażu, za dużo było tu jednak jej własnych myśli, odczuć i komentarzy. Przełknęłam to jednak, bo Brown naprawdę wykonała świetną robotę, pracując nad tą książką i mimo wszystko zdecydowanie warto ją przeczytać.

Przeczytane: 3.11.2025
Ocena: 7/10