Opublikowany w Fantastyka

Andrus Kivirähk – Listopadowe porzeczki

Tytuł: Listopadowe porzeczki
Autor: Andrus Kivirähk
Tytuł oryginału: Rehepapp ehk november
Tłumaczenie: Anna Michalczuk-Podlecki
Literatura: estońska
Wydawnictwo: Literackie

Listopadowe porzeczki to moje drugie spotkanie z twórczością Kivirähka i choć fanką Estończyka raczej nie zostanę, to nie zaprzeczę, że czytało mi się tę książkę całkiem dobrze. Autor prowadzi czytelników dzień po dniu przez listopad na dawnej estońskiej wsi, gdzie wszystkie ludowe wierzenia okazują się rzeczywistością. A do tego mieszkańcy kradną naokoło, głównie jednak z niemieckiego dworu i zazwyczaj za pośrednictwem kratów powołanych do życia dzięki umowie z samym diabłem. Ale gdy Piekielny nie przygląda się za dobrze, można zamiast własną krwią podpisać cyrograf wyciśniętym sokiem z porzeczek… Kivirähkowi humoru nie brakuje, choć czasem jest to humor dość mocno specyficzny, który na pewno nie każdemu podejdzie. Mi w większości odpowiadał i gdy już wciągnęłam się w opowieść (bo nie zaprzeczę, że trochę to trwało, na początku nie spodziewałam się, że Listopadowe porzeczki mogą mi się spodobać), to wiele razy zdarzyło mi się nad tą książką uśmiechnąć. Tylko lepiej nie przywiązywać się do bohaterów, bo autor zaserwował im różne, nie zawsze pozytywne losy 😉 .
Powieść składa się z licznych krótkich rozdziałów, każdy opowiada o kolejnym dniu i przygodach różnych mieszkańców wioski. Nie zabraknie tu więc niespełnionej miłości, nienawiści do niemieckiej szlachty, lęku przed zarazą, szukania pomocy u miejscowej wiedźmy… Tematyka bardzo różnorodna i naprawdę fajnie połączona w całość. Nie każdy rozdział podobał mi się równie mocno, początek mi się trochę dłużył (za to zakończenie całkiem przypadło mi do gustu) i nie zawsze podchodził mi humor autora, więc pełnego zachwytu tu nie ma, ale Listopadowe porzeczki to wciąż dobra i ciekawa lektura, po którą warto było sięgnąć.

Przeczytane: 22.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Historia

Mark Bowden – Hue 1968

Tytuł: Hue 1968. Wietnam we krwi
Autor: Mark Bowden
Tytuł oryginału: Huế 1968: A Turning Point of the American War in Vietnam
Tłumaczenie: Mateusz Fafiński
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Poznańskie

Czytałam niedawno Wietnam Hastingsa, a teraz postanowiłam bardziej zgłębić historię wojny wietnamskiej i sięgnęłam po Hue 1968 Bowdena, książkę poświęconą najkrwawszej bitwie tej wojny. Spodobała mi się ona bardziej od poprzedniej lektury, autor tutaj snuł naprawdę wciągającą opowieść, ciekawie łącząc szerszy obraz całej wojny z indywidualnymi historiami. Właśnie ten ludzki wymiar bitwy – wspomnienia żołnierzy, dziennikarzy i cywilów – jest dla mnie najmocniejszą stroną Hue 1968. Choć tę najbardziej znaną część ofensywy Tet obie strony przypisały sobie jako zwycięstwo – Amerykanie, bo odzyskali miasto i wypędzili z niego Vietcong, a Wietnam Północny, bo utrzymał Hue na tyle długo, by zwrócić uwagę światowej opinii publicznej – to nie da się ukryć, że przegrany był jeden i była to ludność cywilna miasta. Za największą wadę książki można uznać zbyt amerykański punkt widzenia, ale czego innego się spodziewać po amerykańskim dziennikarzu? Bowden starał się być bezstronny, dopuszczał do głosu też Wietnamczyków z Północy, starał się pokazać, o co i jak zacięcie walczyli… Owszem, to było ciekawe i istotne, ale zabrakło mi tutaj Wietnamczyków z Południa. A przecież oni też walczyli o Hue, ponieśli większe straty niż Amerykanie, a w książce zostali mocno zmarginalizowani – właściwie ciężko ich nie postrzegać z amerykańskiego punktu widzenia, że większość z nich była taka nieudolna, bez pomocy USA do niczego się nie nadawali… Nie kupuję w 100% tej części historii. Pominąwszy jednak ten dość istotny szczegół, nie da się ukryć, że walkę Amerykanów przeciwko Frontowi z Północy Bowden przedstawił bardzo ciekawie i szczegółowo – czasem dla mnie aż zbyt szczegółowo. Z jednej strony bywało to nawet zabawne, gdy autor przywoływał listy jednego z żołnierzy do żony, innym razem nieco męczące, gdy próbowałam sobie przypomnieć, kto jest kim i w jakim kontekście był już wspominany, bo tyle postaci się tu przewija. Mimo wszystko książkę bardzo polecam – szczególnie zainteresowanym historią wojny wietnamskiej.

Przeczytane: 19.02.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Ciekawostki podróżnicze

Agnieszka Krzyżanowska – Wiedeń nieoczywisty

Tytuł: Wiedeń nieoczywisty
Autorka: Agnieszka Krzyżanowska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Pascal

Jako że austriacką stolicę kocham od lat miłością niezmienną, musiałam też sięgnąć i po tę książkę 😉 . Wiedeń nieoczywisty Krzyżanowskiej to mieszanka przewodnika i literatury podróżniczej, napisana bardzo lekkim stylem i przedstawiająca Wiedeń oczami blogerki. Tak, autorka jest blogerką i to niesamowicie widać, bo cała książka wygląda jak zbiór postów lub zajawek do mediów społecznościowych. Wolałabym więc je czytać w wersji online, wzbogacone o liczne zdjęcia i filmiki, niż jako suchy tekst, gdzieniegdzie poprzecinany zdjęciami, nie zawsze wpasowanymi w odpowiednie miejsce.
Trochę nie wiem, kto jest docelowym odbiorcą tej książki. Na pewno nie osoba znająca Wiedeń i mieszkająca w nim, bo ogromna część materiału niczym nas nie zaskoczy. Turysta przyjeżdżający tu na zwiedzanie, będzie raczej wolał konkretny przewodnik z bardziej szczegółowymi informacjami dotyczącymi najważniejszych atrakcji, no i gdzie zjeść sznycla czy Käsespätzle – a nie przepisy na te dania, adres polskiej restauracji i listę kilkunastu kin. Może dla kogoś, kto chce się przeprowadzić do Wiednia i interesuje go, gdzie iść do kina czy na jogę… ale wtedy interesowałoby go też mnóstwo innych praktycznych rzeczy, o których autorka nie pisze. Krzyżanowska snuje opowieść o swoim mieście, opisuje ulubione miejsca (z ciekawości podliczyłam i różne formy ulubiony padają tu prawie 40 razy, niemal wszystko jest ulubione 😉 ) i moim zdaniem mogłaby się ograniczyć do publikowania takich rzeczy w internecie. Naprawdę nie widzę sensu zbierania tego w całość i publikowania w formie książki.
Nie wiem też, na ile wiarygodne są niektóre umieszczone tutaj fakty. Ja zwróciłam uwagę na jedną z ciekawostek: Wiedeń ma ruch prawostronny dopiero od 1938 r., co czyni Austrię ostatnim krajem na kontynencie, który ten ruch wprowadził. Zwróciłam uwagę dlatego, że wiem, że Szwecja przerzuciła się na ruch prawostronny dopiero w latach sześćdziesiątych… Ale nawet jakby chcieć wykluczyć Skandynawię z kontynentu, to wystarczy zapytać wujka Google i się dowiedzieć, że chociażby sąsiadujące z Austrią Węgry przerzuciły się na prawą stronę trzy lata później od niej. Ile innych informacji w książce nie zostało zweryfikowanych – nie wiem, ale myślę, że trochę redakcja i korekta tu zawiodły i tak, bo w Wiedniu nieoczywistym nie brakuje literówek, a blogowy styl potrafi irytować. Szkoda czasu na lekturę.

Przeczytane: 18.02.2026
Ocena: 3/10

Opublikowany w Literatura piękna

Bernardine Evaristo – Dziewczyna, kobieta, inna

Tytuł: Dziewczyna, kobieta, inna
Autorka: Bernardine Evaristo
Tytuł oryginału: Girl, Woman, Other
Tłumaczenie: Aga Zano
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Poznańskie

Moje drugie spotkanie z twórczością Evaristo i równie udane jak pierwsze. W ubiegłym roku zachwycałam się Mr Lovermanem za świetny styl i pasujący mi humor. Dziewczyna, kobieta, inna nie jest w takim samym, żartobliwym klimacie, wciąż jednak jest świetnie napisana i rozpoczętą lekturę ciężko przerwać. No, może po przebrnięciu przez pierwszy mniej ciekawy rozdział, podczas którego zastanawiałam się, skąd te wszechobecne zachwyty nad książką. Potem zrozumiałam 😉
Każdy rozdział opowiada historię innej kobiety – młodszych i starszych, współczesnych i ich przodkiń, heteroseksualnych i LGBT, czarnych i białych… Evaristo, opisując swoje bohaterki, opowiada o różnych problemach, z którymi kobiety te spotkały się w życiu – rasizm, homofobia, odkrywanie własnej płci, próby robienia kariery przez czarną osobę, nieznajomość własnej historii rodzinnej, jak różnie odnajdują się w nowym kraju kolejne pokolenia imigrantów… i wiele innych 🙂 . I naprawdę byłam zaskoczona, jak nienachalne i wciągające było to wszystko, bo ciężko poruszyć tyle różnych tematów bez wszechobecnych komentarzy, że po co ta poprawność polityczna?. Evaristo udało się skupić na mniejszościach i osobach dyskryminowanych, przedstawić we wciągający sposób ich codzienność, a do tego nieustannie zaskakiwać powiązaniami między bohaterkami i bohaterami. Bo o ile historia matki po historii córki jest płynną kontynuacją, to inne wzajemne relacje między postaciami potrafiły mnie zaskoczyć w środku opowieści.
Dziewczynę, kobietę, inną czytało mi się bardzo dobrze i kończąc jeden rozdział, byłam ciekawa, kim będzie bohaterka kolejnego. Jedynie niezbyt do mnie trafił początek i zakończenie, krążące wokół Ammy i jej przedstawienia teatralnego. Na premierze wydarzenia spotyka się sporo z poznanych na wcześniejszych stronach postaci i już te ich krótkie spotkania, rozmowy, przemyślenia nie potrafiły mnie tak wciągnąć. Epilog – dla niektórych może przewidywalny, choć dla mnie akurat okazał się zaskoczeniem – też był taką trochę ckliwą formą zakończenia łączącego bohaterki. Mogłoby się bez tego obejść, ale i tak nie zepsuło mi to przyjemności lektury, bardzo się cieszę, że po tę książkę sięgnęłam 🙂

Przeczytane: 16.02.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Maciej Czarnecki – Dla dobra dziecka

Tytuł: Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice
Autor: Maciej Czarnecki
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Czytałam kilka lat temu Dzieci Norwegii Czarneckiego i teraz z ciekawością sięgnęłam po Dla dobra dziecka – reportaż o zbliżonej tematyce, tym razem jednak poświęcony Szwecji. Byłam pozytywnie nastawiona do tej książki, bo poprzednia była bardzo dobra, a tutaj dodatkowo mocno interesuję się tematyką szwedzką w związku z faktem, że sama w tym kraju parę lat mieszkałam. Dla dobra dziecka okazało się dobrym reportażem, choć niedorównującym poprzednikowi – miałam też trochę poczucie wtórności, choć może to wynikać z tego, że jednak systemy w obu krajach są dość zbliżone. Szwedzkie władze wydają się jednak bardziej współpracować z rodzicami niż norweskie, choć sam Czarnecki przyznał, że może to być też zmiana czasowa – oba reportaże dzieli ładnych parę lat.
Autor starał się przedstawić głośny temat zabierania dzieci przez szwedzki socjal z różnych perspektyw – rozmawiając z rodzicami, którzy dzieci stracili i z tymi, którym władze pomogły w trudnej sytuacji, z dorosłymi już dziećmi oddzielonymi niegdyś od rodziców, a także z różnymi przedstawicielami samego socjalu. Czarnecki skupia się na polskich rodzinach, choć znalazł też ukraińskich rozmówców, a czasem odwoływał się też do innych narodowości, głównie z krajów muzułmańskich (ten lęk rodziców, że takie dzieci trafią do rodzin niewyznających islamu i vice versa). Nie każda historia do mnie trafiła, ale nie zaprzeczę, że ta część oparta na rozmowach z ludźmi była zdecydowanie najciekawsza. Wymęczyły mnie za to inne wstawki, szczególnie gdy autor chciał przedstawić czytelnikom trochę bardziej szczegółowo szwedzką kulturę i zwyczaje, powołując się na mnóstwo innych źródeł – niektóre z tych książek już czytałam i generalnie nie tego oczekiwałam po tym reportażu. Jeśli nie czytało się Dzieci Norwegii można spokojnie z ciekawością sięgnąć po Dla dobra dziecka i sporo nowego się dowiedzieć – zwłaszcza jeśli nie śledziło się nigdy tego tematu. Ale gdybym miała wybrać tylko jeden z reportaży (a myślę, że to wystarczy, biorąc pod uwagę zbliżoną tematykę), postawiłabym jednak na ten o Norwegii.

Przeczytane: 15.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Joanna Lampka – Pan Kamienia Wschodu

Tytuł: Pan Kamienia Wschodu
Autorka: Joanna Lampka
Literatura: polska
Wydawnictwo: AlterNatywne

Drugi tom serii Mistrz Gry Lampki również przypadł mi do gustu i wciągnął na te trzy godziny czytania (bo nie jest to szczególnie długa książka), choć podobał mi się jednak nieco mniej od części pierwszej. Pan Kamienia Wschodu opowiada o dalszych losach Aline, która po powrocie do rodzinnego Królestwa odkrywa, że jest w ciąży z synem wrogiego władcy. W sposób niezwykle widowiskowy, przywodzący na myśl kadry z filmu akcji, ucieka na Północ, wychodzi za mąż i staje się odpowiedzialna za stworzenie armii z ludzi, którzy dotąd nie umieli działać zespołowo. Przyznam, że właśnie ta ucieczka Aline była pierwszą sceną, która do mnie nie trafiła w tym tomie – lubię, gdy dużo się dzieje i mamy sporo zaskakujących zwrotów akcji, ale w Panie Kamienia Wschodu działo się to wszystko za szybko. Mam wrażenie, że tempo akcji przyćmiło tu wszystko inne, bohaterów i ich przemyślenia, politykę, różnorodne problemy Północy… Oczywiście, wszystko to dalej było w powieści i Lampka miała na to naprawdę fajny pomysł, jednak to, jak rozłożyła nacisk na to, co jest bardziej a co mniej istotne, nie do końca do mnie trafiło.
W Panie Kamienia Wschodu dowiadujemy się, że Gwiazdy Północy i Południa, które posiada Aline, to nie jedyne kamienie wzmacniające potęgę swoich właścicieli. Pojawia się tu tytułowy Kamień Wschodu i choć to dość przewidywalne, kto go posiada, to autorka i tak dość ciekawie poprowadziła wątki tych kamieni. W ogóle w drugim tomie mamy już więcej elementów fantastycznych, co mi akurat się podobało (w końcu brakowało mi tego trochę w części pierwszej), choć wciąż to dla mnie bardziej powieść przygodowa niż fantastyka. I na plus też, że jest tu już mniej romansowania – może i nie brakuje tu scen seksu i rozmyślań Aline nad jej własnymi uczuciami, giną jednak one w tle przy wielu innych wydarzeniach toczących się na Północy. Zatem jedne kwestie przypadły mi tu do gustu bardziej, a inne mniej niż w Gwieździe Północy…, ale serię zamierzam kontynuować 🙂

Przeczytane: 12.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Historia

Kamil Janicki – Warcholstwo

Tytuł: Warcholstwo. Prawdziwa historia polskiej szlachty
Autor: Kamil Janicki
Literatura: polska
Wydawnictwo: Poznańskie

Janicki o polskiej historii pisał sporo, więc interesując się tą tematyką, natrafiałam już na jego książki. Można je lubić albo nie, bo autor ma dość specyficzny styl – całkiem luźny (choć na szczęście nie kolokwialny) i mocno skupiający się na konkretnym temacie, co może w czytelnikach wywołać poczucie braku szerszej perspektywy. Z Warcholstwem było podobnie – nie jest to kompletna historia polskiej szlachty, jak sugerowałby podtytuł, a tylko ta część historii skupiona na różnych szlacheckich ekscesach. Owszem, Janickiemu zdarza się wspomnieć o dobrych cechach czy zwycięskich bitwach, ale są to tylko króciutkie wzmianki, w stylu: no tak, coś się tu udało, ale spójrzcie tylko, ile innych rzeczy było nie tak! Więc jeśli takie podejście was irytuje, to może lepiej po Warcholstwo nie sięgać. Jeśli jednak chcecie zapoznać się z różnymi historycznymi ciekawostkami, co przez wieki odwalała szlachta, i nie przeszkadza wam, że to tylko wycinek całej historii – to lektura może się okazać bardzo fajna i wciągająca.
Autor opowiada tu o powstaniu stanu szlacheckiego, czym polska szlachta różniła się od zagranicznej, jakie przywileje wymuszała na kolejnych władcach i jak to wszystko powoli, acz nieubłagalnie prowadziło Rzeczpospolitą do wydarzeń z XVII i XVIII wieku – zniszczeń wojennych i kolejnych rozbiorów. Janicki ciekawie też rozprawia się z mitem państwa bez stosów i tłumaczy, jak to się stało, że wielki i pozornie potężny kraj nie posiadał wielkiej i potężnej armii, no i nie umiał wyciągać długotrwałych korzyści z – nieraz niemałych – sukcesów wojskowych. Sporo tu fajnie opisanych ciekawostek, dużo cytatów i materiałów źródłowych. Oczywiście, nie ma co oczekiwać, że Warcholstwo wyczerpie na niespełna 400 stronach tak obszerny temat jak rzeczpospolita szlachecka, ale Janickiemu wyszedł tu całkiem ciekawy urywek tego tematu. Cieszę się, że sięgnęłam po tę lekturę, dobrze mi się ją czytało i parę tematów na pewno z ciekawością zgłębię.

Przeczytane: 7.02.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Marie Aubert – Wcale nie jestem taka

Tytuł: Wcale nie jestem taka
Autorka: Marie Aubert
Tytuł oryginału: Jeg er egentlig ikke sånn
Tłumaczenie: Karolina Drozdowska
Literatura: norweska
Wydawnictwo: Pauza

Sięgnęłam po tę powieść bez większych oczekiwań i zaskakująco się wciągnęłam. W tej liczącej sobie zaledwie 200 stron powieści Aubert przedstawia wydarzenia jednego rodzinnego weekendu gdzieś w małej norweskiej miejscowości, a choć wydarzenia rozgrywają się w krótkim czasie, to emocji tu nie brakuje. Poszczególne sytuacje poznajemy z punktu widzenia kilku spokrewnionych ze sobą osób, z których każda skupia się na swoich problemach.
Hanne przyjeżdża w odwiedziny wraz z nową partnerką, Julią. Jest zestresowana tym, jak rodzina przyjmie jej dziewczynę, ale jeszcze bardziej nie umie poradzić sobie z samą sobą. Hanne bowiem bardzo się zmieniła, a dokładniej sporo schudła i nagle z niepewnej siebie otyłej kobiety stała się szczupłą… i wcale nie bardziej pewną siebie osobą. Jej brat, Bård, jest nieszczęśliwy w małżeństwie i szczęśliwy z kochanką, więc po zorganizowaniu przyjęcia z okazji konfirmacji swojej córki zamierza odejść od rodziny. Córka, Linnea, przeżywa rozpad przyjaźni z dotąd najbliższą koleżanką i rodzinne uroczystości to ostatnie, co mogłoby ją ucieszyć. No i jest jeszcze Nils, ojciec Hanne i Bårda, uważający, że córka zasługuje na wszystko, co najlepsze, za to zdecydowanie gorzej poszło mu w relacjach z innymi bliskimi.
Ich przemyślenia, rozmowy i wspomnienia przeplatają się, dając obraz weekendu konfirmacyjnego Linnei, gdzie wszyscy uśmiechają się do zdjęć i udają, że jest w porządku, choć coraz więcej spraw przestaje się taka wydawać. Naprawdę byłam zaskoczona tym, jak ładnie się udało Norweżce poprowadzić tę narrację, oddać lęki i radości bohaterów, a potem zakończyć książkę serią niedopowiedzeń, które jakoś wyjątkowo mi tu nie przeszkadzały. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Aubert, ale myślę, że jeszcze z ciekawością sięgnę po coś innego jej autorstwa 🙂

Przeczytane: 6.02.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Andrew Smith – Księżycowy pył

Tytuł: Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię
Autor: Andrew Smith
Tytuł oryginału: Moondust: In Search of the Men Who Fell to Earth
Tłumaczenie: Rafał Lisowski
Literatura: brytyjska / amerykańska
Wydawnictwo: Czarne

Jestem od dawna fanką Serii Amerykańskiej Czarnego, ale z żalem muszę przyznać, że Księżycowy pył to zdecydowanie najsłabsza książka z serii – przynajmniej z tych, z którymi miałam dotąd okazję się zapoznać. Jej zagranicznego sukcesu nie rozumiem, tak jak i dość wysokich ocen, bo sama ledwo przebrnęłam przez ten reportaż.
Generalnie Smith wpadł na całkiem ciekawy pomysł. Kiedy na początku XXI wieku zaczął zbierać materiały do tej książki, wciąż żyło dziewięciu ze stąpających po Księżycu – astronautów, którzy w ramach misji kosmicznych wylądowali na srebrnym globie. Autor postanowił z nimi porozmawiać, zobaczyć, jak ułożyło się ich życie po zakończeniu wypraw w kosmos, dowiedzieć się nie tylko, jakie to było uczucie tam być, ale też jakie cele może mieć w życiu ktoś, kto już nawet chodził po Księżycu i może mieć poczucie, że osiągnął wszystko, co było do osiągnięcia. Szczerze powiedziawszy, pomysł na ten reportaż wydawał mi się wręcz fantastyczny, zwłaszcza gdy pomyślałam, że Smithowi udało się porozmawiać nie tylko z astronautami, ale też ich bliskimi czy innymi pracownikami NASA. Co więc poszło nie tak?
Niestety, bardzo dużo. Przede wszystkim fakt, że w tym reportażu astronauci wydają się tłem do własnych opowieści, przemyśleń i wspomnień autora. Jego własnych odniesień do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jest tyle, że wymiękłam naprawdę szybko – a drugie tyle mamy opisów jego podróży w poszukiwaniu bohaterów do swojego reportażu. Tytuły piosenek, których Smith słuchał w aucie, pojawiają się równie często jak wypowiedzi astronautów. Ponadto dobijało mnie, jak wybiórczo autor podchodził do tego, co warto umieścić w książce. Rozmowę z jednym z bohaterów podsumował: zapytałem go o X, Y, X… – i wymienił tu mnóstwo naprawdę ciekawych pytań dotyczących podróży w kosmos, po czym… zmienił temat, nie uznając w ogóle za istotne zaserwować czytelnikom odpowiedzi na te pytania. Owszem, zdarzało mu się wpleść w reportaż trochę ciekawostek i były one zdecydowanie najmocniejszą częścią książki, ale tonęły one w morzu Smithowego słowotoku.
I żeby to chociaż jeszcze było napisane dobrym językiem! Autor nie dość, że pisze mocno kolokwialnie, to jeszcze serwuje czytelnikom zdania w stylu: dla republikańskiego prezydenta kosmos to idealne ruchanko bez zobowiązań (o niedotrzymanych obietnicach powrotu do lotów w kosmos) czy pomysł, żeby pierdnąć człowiekiem w niebo, a potem wyłowić go z morza, kiedy będzie się unosił jak bezsilne niemowlę z śpioszkach z folii aluminiowej (o metodzie sprowadzania astronautów z powrotem na Ziemię). Czy muszę cytować dalej? Zresztą sam Smith się odniósł do zarzutów odnośnie swojego języka w – napisanym kilka lat później – posłowiu: Chwała Bogu, że nie widział pan pierwotnej wersji. Cóż, ja też się cieszę, że tej pierwotnej wersji nie widziałam. I chyba równie mocno cieszyłabym się, gdybym nie widziała i tej ostatecznej. Szkoda czasu.

Przeczytane: 2.02.2026
Ocena: 3/10

Opublikowany w Powieść historyczna

Bernard Cornwell – Pieśń miecza

Tytuł: Pieśń miecza
Autor: Bernard Cornwell
Tytuł oryginału: Sword Song
Tłumaczenie: Mateusz Pyziak
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Otwarte

Kolejny, czwarty już tom Wojen wikingów Cornwella czytało mi się równie dobrze jak wcześniejsze. Ta seria staje się dla mnie trochę takim guilty pleasure, bo powiedzmy sobie szczerze, nie są to wymagające lektury, każdy kolejny tom nie wnosi wiele więcej, ale… czyta się to szybko, wciąga, chce się wiedzieć co dalej, a bohaterów się lubi albo nie, jednak trudno być wobec nich obojętną. Wszystkich tomów raczej nie przeczytam, bo pewnie stwierdzę w końcu: ile można?, ale póki co Wojny wikingów świetnie sprawdzają mi się jako przerywnik między trudniejszymi lekturami.
W Pieśni miecza było więcej fikcji literackiej a mniej odniesień do prawdziwej historii niż w poprzedniej części i dla mnie to akurat stanowiło wadę tej książki – uwielbiam, jak Cornwell wplata legendy i ciekawostki historyczne w swoją opowieść. Tutaj mieliśmy wprawdzie odbicie Londynu z rąk wikingów, ale potem wydarzenia zaczęły się trochę rozmywać. Londyn miał być prezentem ślubnym dla córki króla Alfreda i to ta dziewczynka staje się poniekąd jedną z głównych bohaterek. A że o jej życiu z tamtego okresu niewiele wiadomo, autora poniosła wyobraźnia i nie wszystkie wydarzenia tu do mnie trafiły – zwłaszcza opisywane okiem Uhtreda 😉 . Dalej wciągało, ale już nie zachwycało jak wcześniej. I choć książka skończyła się kolejnym wojennym zwycięstwem głównego bohatera (bo jakże inaczej, krwawe bitwy to punkty kulminacyjne wszystkich tomów serii), to trudno nie współczuć księżniczce takiego zakończenia przygody… która historycznie nie miała miejsca 😉 . No ale bądźmy szczerzy, Wojen wikingów nie czyta się dla lekcji historii, ale dla czystej rozrywki, a tej – jak zwykle – nie brakowało.

Przeczytane: 2.02.2026
Ocena: 6/10