Opublikowany w Reportaż

Filip Springer – Wanna z kolumnadą

Tytuł: Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni
Autor: Filip Springer
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Wanna z kolumnadą nie zostanie moją ulubioną książką Springera (Miedzianka i Miasto archipelag trafiły do mnie bardziej), wciąż jednak jest to ciekawy i potrzebny reportaż. Wydany po raz pierwszy już ponad dekadę temu, więc niektóre tematy – chociażby problem wszechobecnych i nieuregulowanych reklam – zdążyły się już przebić do mediów i niewiele w tym temacie nowego w tej książce przeczytałam. Zdaję sobie jednak sprawę, że kiedy Springer pracował nad Wanną z kolumnadą, duża część społeczeństwa nie widziała problemu w zaśmiecaniu miast i dróg reklamami. Nie widziała i nie widzi też problemu w złym planowaniu miejskim, braku harmonii i estetyki, a to już jest niemały problem. Pamiętam, że kiedy mieszkałam w Szwecji, niejednokrotnie słyszałam, że planowanie przestrzenne polega też na tym, że architektura i kolorystyka nowo stawianego budynku musi współgrać z otoczeniem. Springer udowadnia, że w Polsce nie tylko nie musi, ale też, że wielu osobom taki bałagan przestrzenny nie przeszkadza… Ba, co niektórym to się nawet podoba.
Dla czytelników mających w sobie jakiś zmysł estetyki Wanna z kolumnadą będzie lekturą, podczas której wielokrotnie zazgrzytają oni zębami. Przykładowe zdjęcia zamieszczone w reportażu, choć już sprzed lat, to wciąż są aktualne – kadry z mojego Lublina wyglądały aż za bardzo znajomo. W Polsce tworzy się architektoniczne koszmarki, nie dba się o całość krajobrazu, a jak już mamy jakiś stary i ładny budynek, to najlepiej go zasłonić wielką płachtą reklamową. Mam nadzieję, choć nieszczególnie się łudzę, że choć trochę zmieniło się na lepsze w ustawodawstwie od momentu wydania tego reportażu. Myślę jednak, że ogromna większość problemów jest nadal bardzo aktualnych i warto sięgnąć po tę książkę… A potem rozejrzeć się po okolicy.

Przeczytane: 27.12.2024
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Terry Pratchett – Mort

Tytuł: Mort
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginału: Mort
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Powrotu do Świata Dysku ciąg dalszy – tym razem w formie audiobooków. Kiedyś Mort był jednym z moich ulubionych tomów Pratchetta, teraz dalej mi się podobał, choć już dawnego zachwytu nie wzbudził. Chyba trochę za bardzo autor poszedł w baśniowe klimaty, a choć lubię u niego nawiązania do innych dzieł kultury, tak tutaj nie zawsze to do mnie trafiało.
Głównym bohaterem Morta jest młody chłopak o tym właśnie imieniu, który uczy się zawodu… u samego Śmierci. I tak jakoś miesza w historii i porządku świata, że ratuje księżniczkę, której śmierć miała być jego zadaniem. Tworzy się nowa rzeczywistość i zaczyna się robić niezły bałagan 😉 . Jak to u Pratchetta, wszystkiemu towarzyszy spora dawka humoru, a sam Śmierć jak zawsze zachwyca swoimi próbami zrozumienia świata śmiertelników. Sam pomysł na terminowanie Morta w tym – jakby nie patrzeć – specyficznym zawodzie też bardzo przypadło do gustu, za to trochę mnie wynudziły fragmenty z Ysabell. Na szczęście audiobook jest świetnie przeczytany i dobrze się go słucha, nawet w tych mniej wciągających momentach. A Pratchett jak to Pratchett – ja serię Świata Dysku uwielbiam, choć nie wszystkie tomy jednakowo, no i zawsze miło wrócić do tych historii 🙂

Przesłuchane: 26.12.2024
Ocena: 7/10

Opublikowany w Historia

Bettany Hughes – Stambuł

Tytuł: Stambuł. Opowieść o trzech miastach
Autorka: Bettany Hughes
Tytuł oryginału: Istanbul: A Tale of Three Cities
Tłumaczenie: Ewa Ratajczyk, Filip Godyń
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Znak

Jesienią przeczytałam zachwycającą biografię Jerozolimy, też wydaną przez Znak, odwiedziłam Stambuł i pomyślałam, że podobna książka o dawnym Konstantynopolu musiałaby być świetną lekturą. A tu się okazało, że w Znaku akurat we wrześniu ukazała się ta Opowieść o trzech miastach Hughes… Nie było innej opcji, książkę kupiłam i wkrótce potem zabrałam się za lekturę. Niestety, Stambuł nie dorównuje Jerozolimie Montefiore, choć z historycznego punktu widzenia oba ta miasta są fascynujące. Oczywiście z tej książki też sporo się dowiedziałam i uznaję ją za dobrą, ale wiele rzeczy mi tu jednak nie pasowało.
Zacznę więc od dwóch największych zgrzytów. Po pierwsze, chronologia – niby Hughes opowiada po kolei o Bizancjum, Konstantynopolu i Stambule, ale często skacze po wydarzeniach wcześniejszych lub późniejszych, a ja się tylko zastanawiałam, o jakiej epoce teraz czytam. Do tego długość opisów nie jest szczególnie proporcjonalna do znaczenia wydarzeń – autorka czasem się rozpisuje o drobiazgach, by potem pokrótce napisać o szczególnie istotnych historycznie wydarzeniach. A po drugie, podczas lektury dziesiątki razy zaświtało mi w głowie pytanie: Stambuł opowiada o mieście czy o imperium? Ja oczekiwałam biografii metropolii, jej historii, zabytków, ludzi z nią związanych. To też częściowo dostałam, żeby nie było, ale Hughes skakała od Aten i Sparty, przez Rzym, Kijów i Londyn, po Mekkę, Medynę i Bagdad… Oczywiście w historii takiego miasta jak Stambuł miało znaczenie, co się działo w całym imperium, ale znów, proporcja. Bo u autorki miasto znika w cieniu utworzonego wokół siebie imperium, a ta książka jest po prostu za krótka, by poruszać tyle tematów. Efekt jest taki, że ani o Konstantynopolu nie dowiedziałam się tyle, ile chciałam, ani nie było mi dane złożyć sobie w całość historii regionu.
Nie mogę jednak zaprzeczyć, że Hughes wykonała tytaniczną pracę, zbierając materiały do tej książki i podróżując po świecie, by wszystko, co możliwe, zobaczyć na własne oczy. Ciekawe są opisy historycznych miejsc zestawione z tym, jak to wszystko wygląda współcześnie. Dużo tu fascynujących ciekawostek historycznych i cytatów z różnych źródeł, otwierających poszczególne rozdziały. Sporo też obalania mitów narosłych głównie wokół osmańskiego Stambułu – przyznam, że dla mnie osobiście właśnie to trzecie miasto w opowieści Hughes okazało się najciekawsze. Styl autorki nie zawsze mi odpowiadał, chciała chyba pisać o historii na luzie i ten luz czasem brzmiał po prostu dziwnie. Z drugiej jednak strony książkę czytało się całkiem szybko jak na taką historyczną cegłę i na pewno w lekturze pomogły tu mapy przedstawiające miasto w różnych epokach oraz obrazki i zdjęcia. Była to ciekawa i pouczająca lektura, nie spełniła jednak wszystkich moich oczekiwań 🙂

Przeczytane: 22.12.2024
Ocena: 6/10

Opublikowany w Literatura piękna

Petra Dvořáková – Wrony

Tytuł: Wrony
Autorka: Petra Dvořáková
Tytuł oryginału: Vrány
Tłumaczenie: Mirosław Śmigielski
Literatura: czeska
Wydawnictwo: Stara Szkoła

Jaka to była jednocześnie dobra i straszna książka! Zbierająca wysokie oceny i po lekturze (a Wrony można przeczytać właściwie za jednym podejściem, bo są bardzo krótkie) mogę powiedzieć, że całkowicie rozumiem zachwyty i sama do nich dołączam. Dvořáková stworzyła powieść o z pozoru normalnej czeskiej rodzinie: rodzice i dwie córki, uczennice z dobrymi stopniami, może nie są najbogatsi, ale dzieci mają co zjeść, w co się ubrać, czym się bawić. Ot, rodzina jakich wiele. Niestety…
Historię poznajemy z punktu widzenia dwóch bohaterek: Basi, młodszej z córek, oraz matki dziewczynek. Przemyślenia Basi są tu zdecydowanie najbardziej poruszające – proste, emocjonalne (choć jak przeglądam swoje pamiętniki pisane w podobnym wieku, to tak, właśnie tak się odbierało świat – może właśnie dlatego trafiło to do mnie tak mocno), a zarazem jasno ukazujące jej problemy. Starsza siostra jest ciągle stawiana za przykład i faworyzowana przez matkę, ojciec chciałby mieć tylko święty spokój, a zdenerwowany – reaguje przemocą, no a sama matka… Z jej własnych przemyśleń można uznać, że chce tylko idealnych, chodzących jak w zegarku dzieci, chyba na to zasługuje, skoro tak się stara, tak się poświęca… Dziewczynka pół godziny szorowała naczynia, ale zostały śmiecie w zlewie? Idealny powód do awantury. Dziecko zabrane do fryzjera prosi o inną fryzurę, niż wybrana przez matkę? – jak ona śmie pyskować! I jeszcze sprawia problemy, z chorą trzeba iść do lekarza, z nauczycielami na wywiadówkach rozmawiać. Z tej książki wyłania się tyle obrazów przemocy psychicznej i fizycznej, że nie da się tego czytać bezemocjonalnie. Że nie da się nie myśleć, ile osób powtarzających dzieciom, że przecież cię kochamy i robimy wszystko dla twojego dobra nigdy nie powinno mieć dzieci. Bo te kochane i zadbane dzieci w najlepszym wypadku skończą na wieloletniej terapii…
Choć – raczej bez zdziwienia – moja sympatia kierowała się tu do Basi, to jednak nie mogłam pozbyć się irytacji w stosunku do dorosłych bohaterów. Matki święcie wierzącej, że tak się stara, ale kompletnie pozbawionej refleksji co do własnych zachowań. Ojca uważającego, że jak zlał córkę, to jego rola w wychowaniu dobiegła końca. Nauczycieli, którzy widzą, że coś jest nie tak, niby interweniują, ale tylko o tyle, by uspokoić własne sumienia, a nie cokolwiek zmienić. Aż czytając, zastanawiałam się, w jakim kierunku pójdzie zakończenie: zaskakującego happy endu czy całkowitej tragedii? Dvořáková postawiła na dość specyficzne zakończenie – nie będę tu spojlerować, ale nieszczególnie do mnie trafiło. Jednak książka jako całość niesamowicie mnie poruszyła i bardzo mocno ją polecam.

Przeczytane: 23.12.2024
Ocena: 8/10

Opublikowany w Klasyka

Charles Dickens – Opowieść wigilijna

Tytuł: Opowieść wigilijna
Autor: Charles Dickens
Tytuł oryginału: A Christmas Carol
Tłumaczenie: nieznany
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Wolne Lektury

Ciekawie jest wrócić po latach do lektury szkolnej, choć pewnie nie sięgnęłabym po nią, gdyby nie grudniowe, świąteczne wyzwanie Lubimy Czytać. I chociaż raczej nie przepadam za książkami nie dla dorosłych, to po udanej lekturze Davida Copperfielda z przyjemnością wróciłam do twórczości Dickensa. Zwłaszcza że z Opowieści wigilijnej wcale tak dużo nie pamiętałam – ot, był skąpy Scrooge, którego w święta nawiedziły trzy duchy Bożego Narodzenia: przeszłego, teraźniejszego i przyszłego. Ale co tam się dokładnie działo, co duchy pokazywały Scrooge’owi, to wszystko już dawno uleciało z mojej pamięci.
Styl Dickensa bardzo mi odpowiada, jego książki czyta się lekko i są naprawdę wciągające. Opowieść wigilijna to bardziej krótka opowieść, a nie cała książka – lektura zajęła mi ledwo godzinę, ale fakt, że nie chciałam jej odkładać w trakcie. Wiele elementów było trochę za mocno przewidywalnych, w tym, naturalnie, zakończenie, ale pewnie młodszym czytelnikom to aż tak nie przeszkadza. Jest to historia z prostym i jasnym morałem – nie wszystko w niej do dorosłej mnie trafiło, ale lektura i tak sprawiła mi przyjemność. Ta powieść to już klasyka, dobrze więc było ją po latach odświeżyć – kto wie, może z czasem zacznę sobie przypominać i inne lektury szkolne? 🙂

Przeczytane: 22.12.2024
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura górska

Maurice Herzog – Annapurna

Tytuł: Annapurna
Autor: Maurice Herzog
Tytuł oryginału: Annapurna. Premier 8000
Tłumaczenie: Rafał Unrug
Literatura: francuska
Wydawnictwo: Marginesy

Właśnie zdałam sobie sprawę, że choć sporo już czytałam literatury górskiej, to jednak jeśli chodzi o wyprawy w Himalaje, książki te skupiały się na okresie od lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych – kiedy rozpoczął się wyścig o koronę Himalajów i Karakorum. A co z latami pięćdziesiątymi i sześćdziesiątymi, gdy na te ośmiotysięczniki wchodzono po raz pierwszy? Dlatego z ciekawością rozpoczęłam lekturę, kiedy w moje ręce trafiła Annapurna – wspomnienia Herzoga, który wraz Lachenalem jako pierwszy zdobył ten szczyt. I było to pierwsze udane wejście na ośmiotysięcznik w ogóle, więc towarzyszyło mu wiele emocji, a książkę czytało się świetnie i szybko.
Warto wspomnieć, że Herzog podyktował treść książki, leżąc w szpitalu po wyprawie, czyli powstała ona w 1951 roku. Z perspektywy współczesnej czytelniczki niektóre jego przemyślenia czy wypowiedzi – zwłaszcza w stosunku do Szerpów czy innych miejscowych – mogą się wydać niepoprawne politycznie 😉 , ale trzeba wziąć poprawkę na tamte czasy. Zaskoczyło mnie, jak bardzo zmieniła się na przestrzeni lat współpraca międzynarodowych wypraw z Szerpami – dziś ci drudzy to specjaliści i doświadczeni przewodnicy, wtedy to Francuzi czasem pomagali Szerpom i martwili się, czy tamci dadzą radę. Fascynujące okazało się też śledzenie wyprawy na Annapurnę, gdy jej uczestnicy nie mieli pojęcia, jak wygląda droga, nie mieli nawet poprawnych map, musieli sami odkrywać i wytyczać szlak. W ograniczonym czasie przed nadejściem monsunu, z pojawiającymi się różnymi objawami choroby wysokościowej, no i – naturalnie – bez tlenu. Z całego zespołu szczyt zdobyły dwie osoby, które ciężko to przypłaciły własnym zdrowiem. Opis odwrotu z Annapurny, włącznie ze wspomnieniami chirurgii polowej i dokonywanych w najgorszych warunkach amputacji po odmrożeniach, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Takiej książki o górach jeszcze nie czytałam – nie dziwi mnie, że wspomnienia Herzoga zostały bestsellerem. Muszę poszukać jeszcze innych lektur dotyczących pierwszych wejść na ośmiotysięczniki, choć nieustannie chodzi mi po głowie myśl, że te wyprawy to był inny poziom masochizmu…

Przeczytane: 21.12.2024
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Karolina Domagalska – Nie przeproszę, że urodziłam

Tytuł: Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro
Autorka: Karolina Domagalska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Nie przeproszę, że urodziłam to całkiem dobry reportaż na ciekawy i ważny społecznie temat, spodziewałam się jednak, że skupi się on bardziej na polskiej perspektywie. Tymczasem Domagalska opowiada historie głównie z Izraela, pojawiają się też Ukraina czy Stany Zjednoczone… tej Polski jest dla mnie zdecydowanie za mało, choć naturalnie z Polkami i Polakami autorka też rozmawiała. I choć rozumiem, że za granicą podejście do in vitro jest bardziej otwarte, łatwiej znaleźć rozmówców, którzy zdecydowali się na takie rozwiązanie np. w związkach homoseksualnych, ale wciąż… Liczyłam tu na zgłębienie polskiego podejścia do zapłodnienia pozaustrojowego – kwestie polityczne, religijne, moralne, społeczne – tymczasem Domagalska wspomina, że to punkt zapalny, ale niekoniecznie wchodzi w szczegóły. Nie zaprzeczę jednak, że znalazła za granicą historie niesamowicie ciekawe, jak chociażby zamrażanie spermy izraelskich żołnierzy na wypadek śmierci w walce, żeby ich partnerki mogły urodzić im dziecko pośmiertnie – no, abstrakcja. Pewnie zaciekawiłby mnie też bardziej rozdział o surogacji, gdybym nie była dość świeżo po lekturze Surogatek Korusa.
Podobało mi się, że autorka skupiała się na różnych osobach i różnych przyczynach stojących za korzystaniem z procedury in vitro. Bezpłodność, niepłodność, brak partnera, partner/ka tej samej płci, potrzeba posiadania dzieci, chęć przekazania własnych genów. A czasem i nie własnych, bo pojawiają się tu dawcy nasienia i dawczynie jajeczek, surogatki będące biologicznymi matkami oraz te przyjmujące obcy zarodek. Różnorodność osób i historii jest tu zdecydowanie na plus – szkoda tylko, jak już wspomniałam, że tylko niewielka część z nich dotyczy polskiego podwórka. Jest to reportaż z potencjałem, nie w pełni wykorzystanym, ale czytało mi się go nieźle i fragmenty na pewno zostaną ze mną na dłużej.

Przeczytane: 19.12.2024
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Sonia Faleiro – Porządne dziewczyny

Tytuł: Porządne dziewczyny. Zbrodnia i hańba w Indiach
Autorka: Sonia Faleiro
Tytuł oryginału: The Good Girls. And Ordinary Killing
Tłumaczenie: Hanna Jankowska
Literatura: indyjska
Wydawnictwo: Czarne

Sonia Faleiro, indyjska pisarka mieszkająca w Londynie, poleciała do Indii po przeczytaniu w internecie o tragedii dwóch nastoletnich kuzynek, które znaleziono powieszone na drzewie. Przez cztery lata pracowała nad książką, rozmawiając z mnóstwem ludzi w ojczystym kraju, przede wszystkim z rodzinami i znajomymi zmarłych oraz władzami zaangażowanymi w śledztwo. A nie były to łatwe rozmowy, bo bliscy ofiar co rusz zmieniali swoje zeznania, obwiniając innych. Dlaczego Padma i Lalli zginęły? Ktoś z otoczenia je zgwałcił i potem zamordował? Może splamiły honor rodziny i to ona wymierzyła sprawiedliwość? A może same odebrały sobie życie, wiedząc, o co mogą zostać posądzone? W końcu to były tylko dwie młode dziewczyny z indyjskiej wsi, które nocą wyszły załatwić się na polu, bo toalet w domach nie było… i zniknęły.
Faleiro odtwarza krok po kroku wydarzenia oraz późniejsze śledztwo. Z reportażu, który czyta się jak dobry thriller, wyłania się tragiczny obraz indyjskich wiosek, gdzie kobiety są całkowicie zależne od mężczyzn, a ich zachowanie może splamić honor całej rodziny. Gdzie przemoc jest na porządku dziennym, a ojciec bez problemu mówi policji, że gdyby córka się faktycznie z kimś spotykała, to by ją zabili. Gdzie policja nie budzi zaufania, pije po nocach i bije podczas przesłuchań. Gdzie sekcje zwłok przeprowadza sprzątacz rzeźnickim nożem. Gdzie… świat wygląda tak, że Europejczykom ciężko to sobie wyobrazić – i w takich warunkach swoje dziennikarskie śledztwo prowadziła Faleiro.
To bardzo dobry i wciągający reportaż, choć momentami nieco gubiłam się, kto jest kim i w zmiennych zeznaniach. Mam jednak duży szacunek dla autorki, która wykonała gigantyczną robotę, zbierając materiały do Porządnych dziewczyn. Brakowało mi trochę szerszego ujęcia tematu przemocy, szczególnie seksualnej, w Indiach – Faleiro nawiązała do kilku głośnych spraw i co one zmieniły w przepisach (niekoniecznie w życiu Hindusek), ale były to pojedyncze przykłady, przeplatające się z główną historią. Historią, której prawdziwego końca chyba nigdy nie poznamy – za dużo zatartych śladów, za dużo fałszywych zeznań…

Przeczytane: 15.12.2024
Ocena: 7/10

Opublikowany w Biografie i wspomnienia, Holokaust, Reportaż

Marta Grzywacz – Nasza pani z Ravensbrück

TytuŁ: Nasza pani z Ravensbrück
Autorka: Marta Grzywacz
Literatura: polska
Wydawnictwo: W.A.B.

Dużo już w swoim życiu czytałam literatury obozowej, rzadko więc zdarza mi się w temacie trafić na historię, o której jeszcze nie słyszałam. A jednak biografia Johanny Langefeld była mi obca, może dlatego okazała się tak wciągająca. Niewątpliwie jednak na lekturę miał też wpływ dobry styl Grzywacz – reportaż jest napisany w sposób wyważony i nieoceniający, a także kompleksowy, choć w biografii Langefeld białych plam nie brakuje i tego obejść się, niestety, nie dało. Sama Niemka od lat nie żyje, tak samo jej syn, jak i większość osób, które mogłyby coś o niej powiedzieć. Wypowiadały się więc głównie więźniarki obozów, a te miały przecież bardzo ograniczony wgląd w życie kobiety.
Johanna Langefeld była bowiem nadzorczynią w obozie kobiecym w Ravensbrück oraz – przez kilka miesięcy – w Auschwitz. Już samo to zdanie wystarczyłoby, by wyobrazić sobie znienawidzoną przez więźniarki sadystkę. Ale Langefeld nie doczekała procesu oświęcimskiego w więzieniu – uciekła… przy pomocy dawnych polskich więźniarek Ravensbrück, które pomogły jej się potem latami ukrywać. Kobiety niezależnie od siebie pisały do władz w jej obronie, prosząc o uniewinnienie. Co takiego było w tej nazistowskiej strażniczce, że Polki chciały jej pomóc? Z wypowiedzi więźniarek wynika, że przecież nie była dobra. Wierzyła w nazizm, wykonywała rozkazy, nie kwestionowała idei istnienia obozów koncentracyjnych. Ale nie była też zła, a w rzeczywistości obozowej to wystarczyło. Skracała apele, ignorowała donosy, nie zmniejszała porcji żywnościowych, nie biła. Zamiana obozów pracy w obozy śmierci rodziła w niej żywe przerażenie. Skonfliktowana z władzami obozowymi, w końcu sama trafiła do więzienia, najprawdopodobniej niesprawiedliwie oskarżona o kradzież. A wkrótce po wojnie upomniały się o nią polskie sądy…
Nasza pani z Ravensbrück to krótki reportaż i bardzo dobry, choć niewyczerpujący tematu. Choć może właśnie wyczerpujący, bo Grzywacz naprawdę zgłębiła tematykę, rozmawiała z mnóstwem osób, dowiedziała się tyle, ile dowiedzieć się po latach udało. I trzeba się pogodzić z tym, że niektóre informacje zniknęły na zawsze wraz ze zniszczeniem dokumentacji obozowych, że wraz ze śmiercią Langefeld i jej syna wiele prywatnych historii też odeszło w niepamięć. Najprawdopodobniej nigdy nie dowiemy się, jak doszło do ucieczki strażniczki z krakowskiego więzienia ani jak przedostała się potem do Niemiec. Autorka snuje jednak sporo domysłów, analizując dostępne informacje oraz ówczesną sytuację polityczną. I przede wszystkim sama nie wydaje wyroków, nie pisze, na co zasługiwałaby obozowa nadzorczyni – ukazuje jedynie, że postać ta była wyjątkowo niejednoznaczna… i nawet więźniarki obozowe nie zawsze umiały ją ocenić. To ciekawa lektura, naprawdę warto po nią sięgnąć.

Przeczytane: 11.12.2024
Ocena: 8/10

Opublikowany w Popularnonaukowa

Michio Kaku – Fizyka przyszłości

Tytuł: Fizyka przyszłości. Nauka do 2100 roku
Autor: Michio Kaku
Tytuł oryginału: Physics of the Future: How Science Will Shape Human Destiny and Our Daily Lives by the Year 2100
Tłumaczenie: Ewa L. Łokas, Bogumił Bieniok
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Trafiła do mnie Hiperprzestrzeń Kaku – dzięki temu amerykańskiemu fizykowi odkryłam, że da się o fizyce pisać w tak przystępny, prosty i ciekawy sposób, by dotarło do to takich fizycznych laików jak ja. Spore nadzieje pokładałam więc w Fizyce przyszłości – autor w oparciu o własną wiedzę oraz liczne rozmowy z naukowcami próbował przedstawić, jak rozwinie się nauka do 2100 roku. Każdy rozdział dzielił na trzy części – najbliższą przyszłość, plus minus połowę obecnego wieku oraz czas za kilkadziesiąt lat. W jednych kwestiach Kaku wydawał się ogromnym optymistą, w innych sporym pesymistą. A że Fizyka przyszłości wydana została w 2011 roku, to tę najbliższą przyszłość można już powoli weryfikować… i może właśnie dlatego w książce tej wiele kwestii mi zgrzytało.
Powiedzmy sobie szczerze, największy rozjazd między teoriami Kaku a rzeczywistością istnieje w temacie sztucznej inteligencji. Książkę kończy rozdział przedstawiający wyobrażone życie w 2100 roku, kiedy to robot nie jest w stanie doradzić bohaterowi wyboru pieska dla dziecka, a partnerka mężczyzny wybiera wolne zawody, bo przecież sztuczna inteligencja nigdy nie będzie w stanie tworzyć sztuki. Widząc, że świat w kilkanaście lat osiągnął to, co według autora było nierealne w dużo dłuższej perspektywie czasowej, trudno nie podchodzić sceptycznie do innych jego wizji. Z drugiej strony Kaku ciekawie pisał o wizjach rozwoju energetyki, medycyny (ale choć zakładał pandemie, spodziewał się, że świat poradzi sobie z nimi lepiej niż to miało miejsce ostatnimi laty…), o globalnym ociepleniu, odkrywaniu kosmosu i wielu innych kwestiach. Jest to interesująca futurystyka, często poparta naukową argumentacją, trudno mi było jednak założyć, że właśnie tak będzie rozwijała się nauka.
O ile zazwyczaj lubię w literaturze odniesienia do innych książek czy filmów, to w Fizyce przyszłości było tego dla mnie stanowczo za dużo. Kaku wręcz uwielbia odwoływać się do wszelkiego rodzaju science fiction, tłumacząc, co według niego jest realne, a co nie, które odkrycia naukowe możemy porównać do fantazji autorów czy scenarzystów, a co będzie nowe i wyjątkowe. Raz na jakiś czas takie porównanie mogłoby być ciekawe, ale tu mnie to już tylko męczyło. Chciałam czytać o nauce, a nie o filmach i serialach… Całościowo ujmując, Fizyka przyszłości to dla mnie książka dość przeciętna – z potencjałem, mnóstwem ciekawych, naukowych informacji, ale też ze sporą ilością już nietrafionych prognoz i lania wody.

Przeczytane: 5.12.2024
Ocena: 5/10