Opublikowany w Reportaż

Katarzyna Tubylewicz – Nie czekam na szklankę wody

Tytuł: Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności
Autorka: Katarzyna Tubylewicz
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Do twórczości Tubylewicz mam dość ambiwalentne podejście – potrafi pisać dobrze i ciekawie, potrafi też tworzyć książki bardzo słabe. Nie czekam na szklankę wody to lektura taka… po prostu okej – nie tak słaba jak Samotny jak Szwed, ale chociażby Moralistom nie dorasta do pięt. Przede wszystkim mam trochę wrażenie, że w temacie niedzietności powiedziano już wszystko i po skończonej lekturze nie odczułam, że z tej książki dowiedziałam się czegoś nowego. Owszem, autorka zebrała w całość najważniejsze powody, dla których kobiety nie decydują się na dziecko i poprzeplatała to czasem ciekawymi statystykami i danymi. To, na ile dobrze przedstawione były dane argumenty, zależało od rozmówcy, bo Tubylewicz dopuszczała do głosu bohaterki swojego reportażu, a te czasem potrafiły opowiadać ciekawie i konkretnie, a czasem nie. Niezbyt do mnie trafiały własne komentarze autorki albo jej porównywania się do bohaterek reportażu, bo może i ma syna, ale w Szwecji matka jedynaka to prawie jak bezdzietna, bo co to jest tylko jedno dziecko?
Podobała mi się różnorodność tematów poruszanych przez bohaterki reportażu. To nie tylko historie kobiet, które dzieci mieć nie chciały, bo nigdy nie czuły instynktu, bo nie umiałyby sobie poradzić z presją, bo nie trafiły na właściwego partnera w odpowiednim czasie czy nawet boją się zmian klimatycznych. Tubylewicz rozmawiała też np. z kobietą, która dziecko straciła i z inną, która po latach niedzietności uznała, że jednak tego dziecka pragnie. Ciekawie byłoby też dopuścić do głosu więcej starszych bohaterek, oceniających po latach swoje decyzje z młodości. Całościowo jednak autorka faktycznie zadbała o różnorodne spojrzenie na temat i to jej się chwali. Nie czekam na szklankę wody to reportaż dość krótki, czyta się go szybko i w miarę lekko. Można przeczytać, jeśli ciekawi was argumentacja niedzietnych kobiet, ale jeśli znacie już takie historie – można spokojnie odpuścić sobie tę lekturę, nic nie stracicie 😉

Przeczytane: 09.03.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Reportaż

Bartosz Józefiak – Patodeweloperka

Tytuł: Patodeweloperka. To nie jest kraj do mieszkania
Autor: Bartosz Józefiak
Literatura: polska
Wydawnictwo: Znak Literanova

To już drugi reportaż o patodeweloperce w Polsce, jaki przeczytałam, po Dziurach w ziemi Drozdy. Z tych dwóch książek zdecydowanie bardziej polecam sięgnąć po tę Józefiaka. Autor przedstawił tę problematykę w przystępny sposób i choć tematu na pewno nie wyczerpał, to wyciągnął na światło dzienne wiele patologii polskiej deweloperki. I owszem, wielokrotnie podkreślał, że nie każdy deweloper działa w opisany sposób, ale jako czytelniczka odniosłam wrażenie, że firmy, które myślą o przyszłych mieszkańcach swoich budynków, należą do zdecydowanej mniejszości.
Józefiak oparł strukturę książki o konferencję deweloperów, w której miał okazję uczestniczyć. Wysłuchane prezentacje i rozmowy między uczestnikami stanowiły punkt wyjścia do różnych problemów – i całkiem spodobała mi się taka konstrukcja tego reportażu. Nie przeszkadzało mi to przeskakiwanie z konferencji do mieszkań, placów budowy czy biur deweloperów i architektów, wręcz przeciwnie, sprawiało to, że książkę czytało się bardzo szybko. Niestety, z reportażu nie wyłania się żadne światełko w tunelu, żadna nadzieja, że z mieszkaniami w Polsce będzie lepiej. Każdy kolejny rząd nie wie, jak się zabrać za ten temat, różne dopłaty idą tylko do kieszeni deweloperów i banków, podnosząc ceny mieszkań, a ludzie akceptują najgorsze mieszkania, bo nie stać ich na nic innego i nie mają pieniędzy na prawników, by szarpać się z deweloperem o dotrzymanie umowy.
Na minus – można było trochę lepiej zredagować wypowiedzi niektórych rozmówców, szczególnie rozmowy z konferencji deweloperów zostały tak przedstawione, by czytelników do nich zniechęcić. Myślę, że nie było takiej potrzeby, w końcu cała książka jest o tej patodeweloperce, chyba nikt, kto sam na tym nie zarabia, nie będzie tego bronił tak czy inaczej. No i niektóre tematy / problemy są dość oczywiste dla każdego, kto choć trochę obserwuje sytuację polskiego mieszkalnictwa. Mimo wszystko uważam, że warto się zapoznać z tą lekturą, choć będzie ona momentami wkurzać, że to wszystko może naprawdę tak wyglądać…

Przeczytane: 27.02.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Ciekawostki podróżnicze

Agnieszka Krzyżanowska – Wiedeń nieoczywisty

Tytuł: Wiedeń nieoczywisty
Autorka: Agnieszka Krzyżanowska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Pascal

Jako że austriacką stolicę kocham od lat miłością niezmienną, musiałam też sięgnąć i po tę książkę 😉 . Wiedeń nieoczywisty Krzyżanowskiej to mieszanka przewodnika i literatury podróżniczej, napisana bardzo lekkim stylem i przedstawiająca Wiedeń oczami blogerki. Tak, autorka jest blogerką i to niesamowicie widać, bo cała książka wygląda jak zbiór postów lub zajawek do mediów społecznościowych. Wolałabym więc je czytać w wersji online, wzbogacone o liczne zdjęcia i filmiki, niż jako suchy tekst, gdzieniegdzie poprzecinany zdjęciami, nie zawsze wpasowanymi w odpowiednie miejsce.
Trochę nie wiem, kto jest docelowym odbiorcą tej książki. Na pewno nie osoba znająca Wiedeń i mieszkająca w nim, bo ogromna część materiału niczym nas nie zaskoczy. Turysta przyjeżdżający tu na zwiedzanie, będzie raczej wolał konkretny przewodnik z bardziej szczegółowymi informacjami dotyczącymi najważniejszych atrakcji, no i gdzie zjeść sznycla czy Käsespätzle – a nie przepisy na te dania, adres polskiej restauracji i listę kilkunastu kin. Może dla kogoś, kto chce się przeprowadzić do Wiednia i interesuje go, gdzie iść do kina czy na jogę… ale wtedy interesowałoby go też mnóstwo innych praktycznych rzeczy, o których autorka nie pisze. Krzyżanowska snuje opowieść o swoim mieście, opisuje ulubione miejsca (z ciekawości podliczyłam i różne formy ulubiony padają tu prawie 40 razy, niemal wszystko jest ulubione 😉 ) i moim zdaniem mogłaby się ograniczyć do publikowania takich rzeczy w internecie. Naprawdę nie widzę sensu zbierania tego w całość i publikowania w formie książki.
Nie wiem też, na ile wiarygodne są niektóre umieszczone tutaj fakty. Ja zwróciłam uwagę na jedną z ciekawostek: Wiedeń ma ruch prawostronny dopiero od 1938 r., co czyni Austrię ostatnim krajem na kontynencie, który ten ruch wprowadził. Zwróciłam uwagę dlatego, że wiem, że Szwecja przerzuciła się na ruch prawostronny dopiero w latach sześćdziesiątych… Ale nawet jakby chcieć wykluczyć Skandynawię z kontynentu, to wystarczy zapytać wujka Google i się dowiedzieć, że chociażby sąsiadujące z Austrią Węgry przerzuciły się na prawą stronę trzy lata później od niej. Ile innych informacji w książce nie zostało zweryfikowanych – nie wiem, ale myślę, że trochę redakcja i korekta tu zawiodły i tak, bo w Wiedniu nieoczywistym nie brakuje literówek, a blogowy styl potrafi irytować. Szkoda czasu na lekturę.

Przeczytane: 18.02.2026
Ocena: 3/10

Opublikowany w Reportaż

Maciej Czarnecki – Dla dobra dziecka

Tytuł: Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice
Autor: Maciej Czarnecki
Literatura: polska
Wydawnictwo: Czarne

Czytałam kilka lat temu Dzieci Norwegii Czarneckiego i teraz z ciekawością sięgnęłam po Dla dobra dziecka – reportaż o zbliżonej tematyce, tym razem jednak poświęcony Szwecji. Byłam pozytywnie nastawiona do tej książki, bo poprzednia była bardzo dobra, a tutaj dodatkowo mocno interesuję się tematyką szwedzką w związku z faktem, że sama w tym kraju parę lat mieszkałam. Dla dobra dziecka okazało się dobrym reportażem, choć niedorównującym poprzednikowi – miałam też trochę poczucie wtórności, choć może to wynikać z tego, że jednak systemy w obu krajach są dość zbliżone. Szwedzkie władze wydają się jednak bardziej współpracować z rodzicami niż norweskie, choć sam Czarnecki przyznał, że może to być też zmiana czasowa – oba reportaże dzieli ładnych parę lat.
Autor starał się przedstawić głośny temat zabierania dzieci przez szwedzki socjal z różnych perspektyw – rozmawiając z rodzicami, którzy dzieci stracili i z tymi, którym władze pomogły w trudnej sytuacji, z dorosłymi już dziećmi oddzielonymi niegdyś od rodziców, a także z różnymi przedstawicielami samego socjalu. Czarnecki skupia się na polskich rodzinach, choć znalazł też ukraińskich rozmówców, a czasem odwoływał się też do innych narodowości, głównie z krajów muzułmańskich (ten lęk rodziców, że takie dzieci trafią do rodzin niewyznających islamu i vice versa). Nie każda historia do mnie trafiła, ale nie zaprzeczę, że ta część oparta na rozmowach z ludźmi była zdecydowanie najciekawsza. Wymęczyły mnie za to inne wstawki, szczególnie gdy autor chciał przedstawić czytelnikom trochę bardziej szczegółowo szwedzką kulturę i zwyczaje, powołując się na mnóstwo innych źródeł – niektóre z tych książek już czytałam i generalnie nie tego oczekiwałam po tym reportażu. Jeśli nie czytało się Dzieci Norwegii można spokojnie z ciekawością sięgnąć po Dla dobra dziecka i sporo nowego się dowiedzieć – zwłaszcza jeśli nie śledziło się nigdy tego tematu. Ale gdybym miała wybrać tylko jeden z reportaży (a myślę, że to wystarczy, biorąc pod uwagę zbliżoną tematykę), postawiłabym jednak na ten o Norwegii.

Przeczytane: 15.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Joanna Lampka – Pan Kamienia Wschodu

Tytuł: Pan Kamienia Wschodu
Autorka: Joanna Lampka
Literatura: polska
Wydawnictwo: AlterNatywne

Drugi tom serii Mistrz Gry Lampki również przypadł mi do gustu i wciągnął na te trzy godziny czytania (bo nie jest to szczególnie długa książka), choć podobał mi się jednak nieco mniej od części pierwszej. Pan Kamienia Wschodu opowiada o dalszych losach Aline, która po powrocie do rodzinnego Królestwa odkrywa, że jest w ciąży z synem wrogiego władcy. W sposób niezwykle widowiskowy, przywodzący na myśl kadry z filmu akcji, ucieka na Północ, wychodzi za mąż i staje się odpowiedzialna za stworzenie armii z ludzi, którzy dotąd nie umieli działać zespołowo. Przyznam, że właśnie ta ucieczka Aline była pierwszą sceną, która do mnie nie trafiła w tym tomie – lubię, gdy dużo się dzieje i mamy sporo zaskakujących zwrotów akcji, ale w Panie Kamienia Wschodu działo się to wszystko za szybko. Mam wrażenie, że tempo akcji przyćmiło tu wszystko inne, bohaterów i ich przemyślenia, politykę, różnorodne problemy Północy… Oczywiście, wszystko to dalej było w powieści i Lampka miała na to naprawdę fajny pomysł, jednak to, jak rozłożyła nacisk na to, co jest bardziej a co mniej istotne, nie do końca do mnie trafiło.
W Panie Kamienia Wschodu dowiadujemy się, że Gwiazdy Północy i Południa, które posiada Aline, to nie jedyne kamienie wzmacniające potęgę swoich właścicieli. Pojawia się tu tytułowy Kamień Wschodu i choć to dość przewidywalne, kto go posiada, to autorka i tak dość ciekawie poprowadziła wątki tych kamieni. W ogóle w drugim tomie mamy już więcej elementów fantastycznych, co mi akurat się podobało (w końcu brakowało mi tego trochę w części pierwszej), choć wciąż to dla mnie bardziej powieść przygodowa niż fantastyka. I na plus też, że jest tu już mniej romansowania – może i nie brakuje tu scen seksu i rozmyślań Aline nad jej własnymi uczuciami, giną jednak one w tle przy wielu innych wydarzeniach toczących się na Północy. Zatem jedne kwestie przypadły mi tu do gustu bardziej, a inne mniej niż w Gwieździe Północy…, ale serię zamierzam kontynuować 🙂

Przeczytane: 12.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Historia

Kamil Janicki – Warcholstwo

Tytuł: Warcholstwo. Prawdziwa historia polskiej szlachty
Autor: Kamil Janicki
Literatura: polska
Wydawnictwo: Poznańskie

Janicki o polskiej historii pisał sporo, więc interesując się tą tematyką, natrafiałam już na jego książki. Można je lubić albo nie, bo autor ma dość specyficzny styl – całkiem luźny (choć na szczęście nie kolokwialny) i mocno skupiający się na konkretnym temacie, co może w czytelnikach wywołać poczucie braku szerszej perspektywy. Z Warcholstwem było podobnie – nie jest to kompletna historia polskiej szlachty, jak sugerowałby podtytuł, a tylko ta część historii skupiona na różnych szlacheckich ekscesach. Owszem, Janickiemu zdarza się wspomnieć o dobrych cechach czy zwycięskich bitwach, ale są to tylko króciutkie wzmianki, w stylu: no tak, coś się tu udało, ale spójrzcie tylko, ile innych rzeczy było nie tak! Więc jeśli takie podejście was irytuje, to może lepiej po Warcholstwo nie sięgać. Jeśli jednak chcecie zapoznać się z różnymi historycznymi ciekawostkami, co przez wieki odwalała szlachta, i nie przeszkadza wam, że to tylko wycinek całej historii – to lektura może się okazać bardzo fajna i wciągająca.
Autor opowiada tu o powstaniu stanu szlacheckiego, czym polska szlachta różniła się od zagranicznej, jakie przywileje wymuszała na kolejnych władcach i jak to wszystko powoli, acz nieubłagalnie prowadziło Rzeczpospolitą do wydarzeń z XVII i XVIII wieku – zniszczeń wojennych i kolejnych rozbiorów. Janicki ciekawie też rozprawia się z mitem państwa bez stosów i tłumaczy, jak to się stało, że wielki i pozornie potężny kraj nie posiadał wielkiej i potężnej armii, no i nie umiał wyciągać długotrwałych korzyści z – nieraz niemałych – sukcesów wojskowych. Sporo tu fajnie opisanych ciekawostek, dużo cytatów i materiałów źródłowych. Oczywiście, nie ma co oczekiwać, że Warcholstwo wyczerpie na niespełna 400 stronach tak obszerny temat jak rzeczpospolita szlachecka, ale Janickiemu wyszedł tu całkiem ciekawy urywek tego tematu. Cieszę się, że sięgnęłam po tę lekturę, dobrze mi się ją czytało i parę tematów na pewno z ciekawością zgłębię.

Przeczytane: 7.02.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Reportaż

Daria Grzesiek – To był tylko pies

Tytuł: To był tylko pies. O żałobie po zwierzętach
Autorka: Daria Grzesiek
Literatura: polska
Wydawnictwo: Dowody

Kiedy usłyszałam o reportażu poświęconym żałobie po zwierzętach, pomyślałam sobie, że jest to naprawdę ciekawy temat. Zwłaszcza że autorka nie skupiła się tylko na psach i kotach, ale postanowiła opowiedzieć też o świnkach morskich i żółwiach, kurach i koniach, a nawet słonicy z zoo. Z zainteresowaniem sięgnęłam więc po To był tylko pies… i szybko poczułam, że czegoś mi w tym reportażu brakuje.
Jego największą wadą jest zdecydowanie objętość – książka liczy sobie zaledwie 160 stron, z czego samego tekstu jest naturalnie trochę mniej. W efekcie Grzesiek nie miała szans dobrze rozwinąć tematu ani dać się zbyt szczegółowo wypowiedzieć swoim rozmówcom. Szczególnie, że pomiędzy ich wypowiedziami autorka powstawiała trochę informacji i ciekawostek związanych z umieraniem zwierząt i tym, co dzieje się z nimi potem. Znów, o samej idei cmentarzy dla zwierząt i różnych sposobach utylizacji zwłok można by napisać książkę dużo bardziej szczegółową niż To był tylko pies. A tu mamy dużo różnych wątków, czasem dość chaotycznie przeplatających się ze sobą i kompletnie niewyczerpujących tematu.
Ciężko mi ocenić tę książkę pod względem emocjonalnym, bo może ktoś, kto sam przechodzi żałobę po ukochanym zwierzaku, dużo bardziej wczuje się w emocje bohaterów reportażu. Dla mnie było to jednak nieszczególnie poruszające, autorce nie udało się oddać emocji w taki sposób, by trafiły one do kogoś, kto sam straty bliskiego zwierzęcia nie doświadczył. A czytałam jednak sporo książek w tematach, których sama na własnej skórze nie doświadczyłam, a jednak byłam lekturą mocno poruszona. To był tylko pies takiego wpływu na mnie nie miało.
Mimo wszystko myślę, że to całkiem ok książka – doceniam różnorodność poruszanych tematów i dobranych historii, to, że faktycznie można poczytać o przywiązaniu do najróżniejszych gatunków zwierząt. Widać, że autorka zrobiła jakiś research tematyczny, ale szkoda, że większość tych wątków poruszyła dość pobieżnie. Można przeczytać jako wprowadzenie do tematu, ale nie ma się co spodziewać reportażu z górnej półki.

Przeczytane: 21.01.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Różne autorki – Cztery żywioły magii

Tytuł: Cztery żywioły magii
Autorki: Milena Wójtowicz, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Aneta Jadowska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Sine Qua Non

Zbiory opowiadań napisanych przez różne autorki bądź autorów – nawet jeśli są to jedynie cztery opowiadania – zawsze ciężko mi oceniać. Mamy tu w końcu cztery różne historie, cztery kompletnie inne style, a jak tu dać jedną ocenę? Powiedzmy więc, że Cztery żywioły magii to taka książka 6/10 – trochę lekkiego fantasy o zróżnicowanym poziomie. Czyta się szybko, w głowie na dłużej nie zostanie, a choć niektóre historie mnie wciągnęły, to nie na tyle, bym chciała zgłębić twórczość którejkolwiek z autorek.
Książkę rozpoczyna opowiadanie Zawieje, zamiecie Wójtowicz, której bohaterką jest wietrzyca – kontrolująca wiatr – Majka. Żyjąca we współczesnej Polsce, z normalną rodziną, postanawia powiedzieć mężowi, że nie jest człowiekiem, no i zaczyna się chaos. Pomysł ciekawy, ale polskie imiona i nazwiska zawsze mi dziwnie brzmią w fantastyce, a do tego wszystko działo się jakoś tak za szybko, choć równie szybko mi się to opowiadanie czytało. Następnie przeszłam do Jak długo żyje motyl? Kisiel i była to zdecydowanie najsłabsza historia w książce, a to, co z niego najlepiej zapamiętałam, to rzucane na potęgę suchary, autorka chyba zebrała wszystkie dowcipy z internetu i powrzucała je w usta bohaterów. Strasznie męczyłam to opowiadanie.
Potem było na szczęście lepiej – Wspomnienie ognia Kubasiewicz podobało mi się najbardziej. Nawet jeśli i tutaj mieliśmy polskie imiona i nazwiska ze względu na rozgrywającą się w kraju akcję. Gaszącą pożary i kontrolującą ogień Helenę Milecką łatwiej mi było znieść, bo i fabuła dość ciekawa, i bohaterowie dość wyraziści (choć zakończenie niezbyt do mnie trafiło). Ostatnim żywiołem jest woda, a w opowiadaniu Wnuczka morza Jadowskiej młoda Mara skupia się na odkrywaniu siebie i tajemnicy związanej ze swoim ojcem, elementy fantastyczne przez większość czasu stanowią tylko tło historii. Całkiem mi się to podobało, ale drażniła mnie główna bohaterka, a to rzucało się na odbiór opowiadania.
Zatem był pomysł, różnie wyszło z wykonaniem, ale trzy na cztery opowiadania mogą się podobać – nie jest to ten rodzaj fantastyki, którą najbardziej lubię, ale była to całkiem fajna luźna lektura na święta 😉

Przeczytane: 8.01.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Joanna Lampka – Gwiazda Północy, Gwiazda Południa

Tytuł: Gwiazda Północy, Gwiazda Południa
Autorka: Joanna Lampka
Literatura: polska
Wydawnictwo: AlterNatywne

Już od dawna miałam na oku cykl Mistrz Gry Lampki i w końcu sięgnęłam po pierwszy tom, Gwiazdę Północy, Gwiazdę Południa. To krótkie i lekkie fantasy w stylu bardziej nowoczesnym, czyli zamiast dziwnych stworów i machania mieczami mamy skłócony kontynent, posługujący się nowoczesną technologią wywiad wojskowy i całkiem współczesne bronie. Są też elementy magiczne, ale występują w tak niewielkim stopniu, że właściwie nie rzucają się w oczy – podobno w następnych tomach ma się to trochę zmienić, na co niecierpliwie czekam. Bo po przeczytaniu Gwiazdy Północy… wiem, że sięgnę po kontynuację, w końcu książkę czytało mi się szybko i całkiem przyjemnie. Trochę zajęło, zanim wciągnęłam się w opowieść – książki przygodowe czy takie współczesne fantasy czytam dość rzadko i musiałam się przestawić. Ale gdy zaklikało, to już do końca pochłonęłam resztę w dwa dni 😉 .
Akcja Gwiazdy Północy… toczy się w krótkim okresie, gdy Aline – córka władcy Królestwa Żeglarzy pod przykrywką agentki wywiadu innego, neutralnego państwa – przybywa z misją do wrogiego Cesarstwa Słońca. Misja jest dość istotna, ale szybko schodzi na drugi plan, a na pierwszy wysuwa się romans z Ianem, synem tutejszego władcy. Przyznaję bez bicia, fanką romansów nie jestem i ten też mnie nie kupił, zdecydowanie wolałam czytać o akcjach wojskowych czy o samym stworzonym przez Lampkę świecie, o jego sytuacji politycznej czy problemach religijnych. Biorąc pod uwagę końcówkę książki, liczę na to, że kolejny tom będzie właśnie bardziej polityczny i mniej romansowy, bo to, co autorka zaserwowała w pierwszej części, w zupełności mi wystarczyło 😉 . Gwiazda Północy… to dość krótka lektura (w końcu w świecie fantastyki niecałe 300 stron to jak opowiadanie, prawda? 😉 ), wprowadzająca do świata, przedstawiająca bohaterów i będąca zapowiedzią bardziej rozbudowanej akcji w dalszych częściach. Lekkie i przyjemne fantasy – bardziej przygodowe niż fantastyczne, miła odskocznia od cięższych lektur.

Przeczytane: 15.12.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Ciekawostki podróżnicze

Kinga Eysturland – Wyspy bardzo Owcze

Tytuł: Wyspy bardzo Owcze. Gawęda północnoatlantycka
Autorka: Kinga Eysturland
Literatura: polska
Wydawnictwo: Pascal

Północą Europy interesuję się już od lat, odkąd sama przez jakiś czas mieszkałam w Szwecji, więc z ciekawością sięgam po książki tematyczne. Przyszedł więc czas i na Wyspy bardzo Owcze Kingi Eysturland, interesujące mnie nie tylko ze względu na tematykę, ale również przez to, że miałam okazję osobiście poznać autorkę. Lektura nie zawiodła moich oczekiwań, tę Gawędę północnoatlantycką czytało mi się lekko i przyjemnie, a wplecione w nią piękne zdjęcia bardzo zachęcają do wizyty na Wyspach Owczych (co na pewno w końcu kiedyś zrobię 😉 ).
Nie jest to reportaż, zdecydowanie bliżej tej książce do literatury podróżniczej, w której nie brakuje jednak wielu wspomnień i uwag własnych autorki. Choć zazwyczaj mi to przeszkadza, tutaj mnie nie irytowało – pewnie też dlatego, że właśnie takiej mieszanki spodziewałam się po lekturze nazwanej gawędą. Co więcej, bardziej mnie wciągnęły te części, gdzie Eysturland opowiada, jak zaczęła się jej fascynacja Wyspami Owczymi, jej pierwsze przygody w tym miejscu i relacje z ludźmi, niż część stricte podróżnicza – turystyczne polecajki, gdy sama jeszcze wyjazdu nie planuję, nie potrafiły mnie szczególnie wciągnąć. Za to bardzo na plus były dla mnie wstawki z wypowiedziami Farerów związanych z danymi wyspami na różne tematy.
Wyspy bardzo Owcze to świetna lektura dla miłośników północnej Europy – nawet jeśli czytaliście już trochę o tym regionie, na pewno znajdziecie tu sporo ciekawostek i nowych informacji. W końcu autorka nie zarzuca czytelników mnóstwem suchych faktów, ale zabiera ich na wyspy widziane własnymi oczami, a to zawsze zapewnia oryginalność 🙂

Przeczytane: 14.12.2025
Ocena: 7/10