Opublikowany w Publicystyka

Liz Plank – Samiec alfa musi odejść

Tytuł: Samiec alfa musi odejść. Dlaczego patriarchat szkodzi wszystkim
Autorka: Liz Plank
Tytuł oryginału: For the Love of Men. A new vision for mindful masculinity
Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: Czarne

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tej książce, szybko dodałam ją do swojego must-read, choć trochę czasu upłynęło, zanim zabrałam się za lekturę. Miałam bardzo wysokie oczekiwania i, niestety, Samiec alfa musi odejść (ciekawe tłumaczenie angielskiego tytułu For the love of men) tym oczekiwaniom nie sprostał. Książka okazała się mniej lub bardziej spójnym ciągiem myśli autorki nt. toksycznej męskości, gęsto przeplatanych różnymi statystykami i badaniami. Momentami było to naprawdę ciekawe, choć skupiało się głównie na Ameryce Północnej, ale naprawdę można było z lektury wynieść wiele ciekawych obserwacji. Z zainteresowaniem czytałam też o badaniach potwierdzających rzeczy, które się intuicyjnie wyczuwa, ale brak mi do tego naukowego uzasadnienia. Niestety, Plank do badań i statystyk podchodzi różnie. Niektóre dane opierały się na tak niewielkich grupach badawczych, że nie byłam w stanie traktować poważnie wyciąganych z nich wniosków. Autorce się zresztą zdarzało wyciągać własne wnioski popierające jej tezy z badań, które skupiały się na czym innym. Do tego jej własne twierdzenia i przemyślenia były dla mnie czasem po prostu nietrafione, nie potrafiłam się z nimi zgodzić. No i nie można pominąć, że nie wszystko w Stanach działa tak jak w Europie, więc wiele moich własnych obserwacji mogło też być innych, a omawianych zagadnień nie można było odnieść do ogółu mężczyzn/kobiet.
Myślę, że Samiec alfa musi odejść to książka z potencjałem, który tylko częściowo został wykorzystany. Rozumiem, że lekturze bliżej do eseju niż reportażu, więc mnóstwo osobistych wstawek i komentarzy autorki nie powinno mnie dziwić – jednak rzadko przypadały mi one do gustu. Nie mogę jednak też stwierdzić, że to była zła książka, bo jest w niej wiele wartościowych rzeczy, dużo fajnych badań i danych, które chciałabym zapamiętać na dłużej, a całościowo czytało mi się to też całkiem nieźle, Samiec alfa… nie jest napisany trudnym językiem. Nie umiem jednak jednoznacznie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy warto to przeczytać? 😉

Opublikowany w Biznes, Publicystyka

Naomi Klein – No logo

Tytuł: No logo
Autorka: Naomi Klein
Tytuł oryginału: No logo
Tłumaczenie: Hanna Jankowska, Katarzyna Makaruk, Małgorzata Halaba
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: Muza

To było moje drugie i myślę, że ostatnie spotkanie z twórczością Naomi Klein. Nie zaprzeczę, że ta kanadyjska działaczka społeczna i dziennikarka zwraca uwagę na istotne problemy, ale odnoszę wrażenie, że pisze ona w sposób mocno chaotyczny i pełen powtórzeń. Nie pomaga też fakt, że książka ta ukazała się już dobre ćwierć wieku temu i opisuje świat, który zmienił się już niesamowicie. Klein skupia się wydarzeniach z dwóch ostatnich dekad XX wieku i sporo tu ciekawostek – dziś już historycznych – jak kształtowało się zachowanie wielkich marek w tamtych czasach. Ale dla autorki chociażby internet to nowy sposób komunikacji, ułatwiający aktywności społeczne, zaś w momencie pisania No logo Klein kompletnie nie wyobrażała sobie, jak bardzo internet zmieni świat w kolejnych latach. Tu autorka skupia się na Coca-Coli, Nike, czasem wspomina Microsoft czy inne firmy, jednak w większości są to korporacje produkujące jakieś przedmioty (może z wyjątkiem Disney’a). To jeszcze nie był świat zdominowany przez Google, Metę czy Amazona, więc choć momentami ciekawie się czytało o historii, to nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ta książka jest już mocno nieaktualna. Do tego pełna komentarzy własnych autorki, wspomnianych już powtórzeń, rozwlekania niektórych tematów – niby sporo ciekawostek poznałam, ale No logo mnie wymęczyło i uważam, że była to mocno przeciętna lektura.

Przeczytane: 28.07.2025
Ocena: 5/10

Opublikowany w Literatura piękna

Lucy Maud Montgomery – Anne z Avonlea

Tytuł: Anne z Avonlea
Autorka: Lucy Maud Montgomery
Tytuł oryginału: Anne of Avonlea
Tłumeczenie: Anna Bańkowska
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: Marginesy

Kontynuacja przygód Anne Shirley w tłumaczeniu niezawodnej Bańkowskiej – przekonałam się do tej wersji już w pierwszym tomie, a drugi tylko potwierdza, że warto było sięgnąć po nowe tłumaczenie 🙂 W treść Anne z Avonlea wkręcałam się trochę dłużej niż w pierwszą część, bo i akcja się powoli rozkręcała. Nastoletnia Anne została nauczycielką w miejscowej szkole, razem z przyjaciółmi założyła Koło Entuzjastów Avonlea, a w Zielonych Szczytach pomagała Marilli zajmować się przygarniętymi bliźniętami. Ot, wioskowe życie, w którym na szczęście zaczęło się dziać więcej i więcej.
Montgomery wplotła w powieść sporo humoru i ten humor w Anne z Avonlea podszedł mi dużo bardziej niż w Anne z Zielonych Szczytów. Wcześniej był to raczej humor sytuacyjny związany z dziecięcymi wpadkami, na dłuższą metę nieco nużący dorosłą czytelniczkę. W drugim tomie więcej było zabawnych dialogów o życiu i związkach, było nieco doroślejsze spojrzenie na nieraz zabawne dziecięce zachowania… Generalnie mam wrażenie, że część druga jest skierowana do trochę starszych, doroślejszych czytelniczek niż pierwsza, no i nie ukrywam, że bardziej mi to odpowiadało. Choć gdy autorka wprowadziła do powieści postać starszej pani o białych włosach, czyli ledwo 45-letniej Lavendar, to zaczęłam się zastanawiać, czy była tu jakaś nieudana wiedźmińska próba traw, bo 45 lat zdecydowanie nie kojarzy mi się z wiekiem starczym… 😉 No i ponowne spotkanie dawnych narzeczonych w Chatce Ech było dla mnie tak nierealne, że nawet komentarz Marilli okazał się tu niewystarczająco cięty, ale niech i znajdzie się tu miejsce na odrobinę romantyzmu 😉 Bo mimo tego naprawdę fajnie wrócić do książek, którymi zaczytywałam się w podstawówce i odkryć, że wciąż całkiem nieźle trafiają do dorosłej mnie – pewnie po krótkiej przerwie sięgnę z przyjemnością i po kolejne tomy.

Przeczytane: 24.05.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Klasyka, Literatura piękna

Lucy Maud Montgomery – Anne z Zielonych Szczytów

Tytuł: Anne z Zielonych Szczytów
Autorka: Lucy Maud Montgomery
Tytuł oryginału: Anne of Green Gables
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: Marginesy

Mała Gabi w czasach podstawówki uwielbiała Anię z Zielonego Wzgórza. Byłam więc ciekawa, jak dorosła Gabi po wielu latach przerwy podejdzie do Anne z Zielonych Szczytów. Przyznam, że już na start byłam pozytywnie nastawiona do nowego, dla niektórych mocno kontrowersyjnego tłumaczenia. Bardzo nie lubię tłumaczenia imion czy nazw własnych, w końcu jeśli na Wyspie Księcia Edwarda mieszkali jacyś Małgorzata czy Mateusz, to musieli być to przecież imigranci z okupowanej Polski, a chyba nie o tym jest ta powieść… A gdy jeszcze ktoś postanawia przetłumaczyć imię i zostawić oryginalne nazwisko, to brzmi to dla mnie wręcz groteskowo – Mateusz Cuthbert… no, jak taka Jessica Kiełbasa, jeśli wiecie, o co mi chodzi 😉 Zatem sięgnęłam po Anne z Zielonych Szczytów z radością, że będę mogła wrócić do lektury z dzieciństwa w normalnym tłumaczeniu.
Powieść Montgomery czytałam w podstawówce, czyli było to już sporo ponad 20 lat temu – oczywiście pamiętałam mniej więcej, o czym to było, ale większość szczegółów czy przygód małej bohaterki już dawno uciekło mi z pamięci. Z przyjemnością więc zatonęłam w lekturze, wiele wydarzeń odkrywając na nowo. Oczywiście podchodziłam do tej książki inaczej niż kiedyś, świat widziany oczami dorosłej jest przecież inny niż ten dziecięcy, a do tego czasy się zmieniły i chociażby poglądy Rachel Lynde na edukację kobiet dzisiaj nie mają już racji bytu. Jednak powieść w tłumaczeniu Bańkowskiej bardzo mnie wciągnęła, językowo naprawdę nie mam tu nic do zarzucenia 🙂 A jeśli chodzi o treść… to przecież klasyka, nie bez powodu tyle dziewczynek się nią zachwyca. Ja ją czytałam z sentymentem i uśmiechem, bardzo się cieszę, że sięgnęłam po tę wersję i na pewno będą kontynuowała przygodę z Anne w tym tłumaczeniu.

Przeczytane: 29.04.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Popularnonaukowa, Publicystyka

Naomi Klein – To zmienia wszystko

Tytuł: To zmienia wszystko. Kapitalizm kontra klimat
Autorka: Naomi Klein
Tytuł oryginału: This changes everything. Capitalism vs the Climate
Tłumaczenie: Hanna Jankowska, Katarzyna Makaruk
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: Muza

Zachęcona bardzo pozytywnymi recenzjami książek Klein, postanowiłam zacząć od To zmienia wszystko – lektury poświęconej zmianom klimatycznym. Ciężko mi ocenić tę książkę jednoznacznie, bo znajdziemy tu zarówno bardzo wartościowe treści, jak i sporo przegadanego i męczącego materiału, co czyni To zmienia wszystko lekturą dość nieprzystępną w odbiorze. Początkowe rozdziały przybliżają czytelnikowi światową politykę klimatyczną – dużo tu faktów, trochę ciekawostek i kilka godzin czytania z niemałą ilością bardzo potrzebnych przerw 😉 . Potem jednak przechodzimy do świetnej i niesamowicie wciągającej części o ludach rdzennych (głównie w Kanadzie, ale były też opowieści z innych krajów) i ich walce o czyste środowisko, która staje się przykładem dla całego świata. To był ten moment, kiedy uwierzyłam, że dam tej książce wyższą ocenę, ale… Pełna prywatnych wynurzeń autorki końcówka To zmienia wszystko była dla mnie najsłabszą częścią lektury i rozważałam nawet ominięcie podsumowania. Czyli, krótko mówiąc, jest to książka bardzo nierówna.
Nie da się jednak zaprzeczyć, że Klein wykonała tytaniczną pracę, zbierając materiały. Ile przeczytała raportów, z iloma ludźmi rozmawiała, w ilu konferencjach uczestniczyła, ile katastrof przyrodniczych i ich skutków oglądała na własne oczy… tylko ona sama to wie. I to widać w tej książce – ogrom zebranego materiału, szczegółowość analiz, różnorodność punktów widzenia… Jeśli czyjaś pamięć jest w stanie pomieścić choć ułamek zawartych tu informacji, może wdawać się w dyskusje klimatyczne na kompletnie nowym poziomie 😉 . Myślę, że jest to lektura, po którą warto sięgnąć, nawet jeśli nie będzie się tego najlepiej czytało 😉

Przeczytane: 28.04.2024
Ocena: 6/10

Opublikowany w Antyutopia, Literatura piękna

Margaret Atwood – Opowieść Podręcznej

Tytuł: Opowieść Podręcznej
Autorka: Margaret Atwood
Tytuł oryginału: The Handmaid’s Tale
Tłumaczenie: Zofia Uhrynowska-Hanasz
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: Wielka Litera

Skoro majowe wyzwanie LC wymagało ponownego przeczytania lubianej książki, postanowiłam wrócić do Opowieści Podręcznej Atwood, zwłaszcza że sporo szczegółów umknęło mi z pamięci. Jak i za pierwszym razem lektura wywarła na mnie spore wrażenie, a styl Kanadyjki niezmiernie uwielbiam – jej książki się pochłania, a nie czyta 🙂 . Opowieść Podręcznej pisana jest z punktu widzenia Fredy – kobiety, która w okresie przejściowym Gileadu została Podręczną, czyli osobą, której głównym życiowym celem ma być rodzenie dzieci klasom wyższym. Gilead to powstała na terenie Stanów Zjednoczonych teokratyczna dyktatura, w której kobietom odebrano wszelkie prawa, jedna te, które tak jak Freda żyją w okresie przejściowym, pamiętają też świat sprzed Gileadu. Bohaterka miała męża, dziecko, pracę – wszystko to jej odebrano i wraca to do niej w przebłyskach wspomnień, zazwyczaj podczas długich, samotnych nocy. Inne wspomnienia dotyczą szkolenia Podręcznych, które miały przestawić kobiety na nowo panujący system, a główny trzon powieści stanowi życie Fredy w domu komendanta. Wbrew pozorom nie dzieje się tu dużo, a gdyby nie epilog, wiele kwestii ze świata Gileadu pozostałoby dla czytelnika niejasnych. Wciąż odczuwam pewien niedosyt po tej lekturze, Atwood stworzyła fascynujący, choć przerażający świat, jednak nie zgłębiała się w szczegóły. Najważniejsza tu była główna bohaterka, jej emocje, podejście do świata i własnych wspomnień – to się świetnie czyta, ale nie dziwi mnie, że twórcy serialu musieli potem sporo dorzucić od siebie, jeśli chodzi o akcję do pokazania na ekranie 😉 . Opowieść Podręcznej niezmiernie uwielbiam, choć czytając ją po raz drugi i wiedząc, czego się spodziewać, skupiłam się głównie na psychologicznym aspekcie lektury i pod tym kątem czytało mi się ją jeszcze lepiej. Naprawdę warto przeczytać, choć nie ma co porównywać z serialem – to już dwie zupełnie inne opowieści…

Przeczytane: 25.05.2023
Ocena: 8/10

Opublikowany w Literatura piękna

Madeleine Thien – Nie mówcie, że nie mamy niczego

Tytuł: Nie mówcie, że nie mamy niczego
Autorka: Madeleine Thien
Tytuł oryginału: Do not say we have nothing
Tłumaczenie: Łukasz Małecki
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: Wyd. Literackie

Lubię takie powieści, w których niby niewiele się dzieje, bo akcja jest tak mocno skupiona na detalach, a jednak za tymi detalami jest mnóstwo istotnych wydarzeń. Gdy do tego dodamy piękny styl Madeleine Thien, powstaje naprawdę wciągająca lektura. W rytm Nie mówcie, że nie mamy niczego musiałam się wkręcić, wyłapać powiązania między bohaterami, ale kiedy to nastąpiło, książkę czytało mi się świetnie. Narratorką jest Marie Jiang, mieszkająca w Kanadzie córka chińskich imigrantów, której ojciec nagle zostawia rodzinę, wyjeżdża do Azji, gdzie popełnia samobójstwo. A wkrótce potem do jej domu trafia młoda chińska (prawie) studentka, córka przyjaciela ojca, która uciekła z kraju po uczestnictwie w protestach na placu Tiananmen. Pod wpływem jej obecności Marie powoli odkrywa przeszłość zarówno swojego ojca, jak i ojca nowej znajomej. A ta przypadła na burzliwą drugą połowę XX wieku, gdy komunistyczne Chiny rozprawiały się z ludźmi, których uważały za zagrożenie. Mamy więc w tle ludzkie tragedie, burzliwe czasy oraz… dużo muzyki. Bo okazuje się, że obaj ojcowie zajmowali się muzyką i ta tematyka przewija się w książce często – dla niektórych może nawet za często, choć mi osobiście takie wątki nie przeszkadzały.
Życiorysy głównych bohaterów są tak zagmatwane, że akcja wielokrotnie zaskakuje czytelnika. Losy wielu z nich są tragiczne, ale oddają to, jak komunistyczne Chiny traktowały ludzi uznanych za wrogów rewolucji. Akcja się rozkręca, by dojść do punktu kulminacyjnego, którym są protesty na placu Tiananmen – w fascynujący sposób przedstawione z punktu widzenia dwóch pokoleń: studentów oraz ich rodziców, którzy też sporo wycierpieli w poprzednich dekadach. Thien nie próbuje tu zapewnić czytelnikowi lekcji historii Chin, ale raczej zgłębia się w uczucia tych, którzy chcąc nie chcąc w tej historii musieli uczestniczyć. Nie mówcie, że nie mamy niczego to lektura, która bardzo mnie wciągnęła i naprawdę zachwyciła, bardzo polecam 🙂 .

Przeczytane: 15.06.2022
Ocena: 8/10

Opublikowany w Literatura piękna

Margaret Atwood – Grace i Grace

Tytuł: Grace i Grace
Autorka: Margaret Atwood
Tytuł oryginału: Alias Grace
Tłumaczenie: Aldona Możdżyńska-Biała
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Polubiłam styl Atwood już podczas pierwszej lektury, którą była Opowieść podręcznej, ale naprawdę nie spodziewałam się, że Grace i Grace podejdzie mi tak bardzo. To powieść oparta na faktach – głośnej sprawie z połowy XIX wieku, którą Atwood zaczęła zgłębiać już wiele lat temu. Grace Marks miała szesnaście lat, kiedy wraz z Jamesem McDermottem została skazana na śmierć za morderstwo Thomasa Kinneara, u którego oboje pracowali, oraz jego gospodyni Nancy Montgomery. Dzięki skutecznej argumentacji adwokata, wyrok śmierci dla Grace został zamieniony na dożywotnie więzienie. Sprawa sprzed 150 lat (książkę wydano w latach dziewięćdziesiątych) zaintrygowała Atwood, bo wiele kwestii pozostawało tu niejasnych. Świadków morderstwa nie było, zeznania Grace i Jamesa były często sprzeczne, a sprawą żyła cała Kanada, domagająca się ukarania winnych. Grace twierdziła, że nic z tamtych wydarzeń nie pamiętała, a przy ówczesnym poziomie kryminologii nie dało się odpowiedzieć na pytanie, czy Grace uczestniczyła w morderstwie czy też nie, a nawet jeśli tak – to czy zrobiła to dobrowolnie? Zatem mamy fascynującą zagadkę kryminalną, gdzie brak dostępnych materiałów Atwood uzupełniła własną wyobraźnią, a tej jej zdecydowanie nie brakuje. Grace i Grace to powieść, której akcja rozgrywa się w kilka lat po tragicznych wydarzeniach, a ich przebieg poznajemy z perspektywy doktora Jordana, badającego przypadek Grace psychiatry, oraz samej kobiety, wracającej do swoich wspomnień podczas rozmów z lekarzem. Powstała z tego fascynująca powieść psychologiczna, z mnóstwem ciekawych szczegółów dotyczących XIX-wiecznej Kanady.
Co ciekawe, Grace i Grace to taka lektura, w której żadnego z bohaterów nie da się naprawdę polubić. Doktor Jordan na początku sprawia pozytywne wrażenie, ale im bliżej czytelnik go poznaje, tym więcej nieprzyjemnych cech wypływa na światło dziennie. Choć zdaję sobie sprawę, że podejście do kobiet w XIX wieku było zdecydowanie odmienne od współczesnego, to jednak przedmiotowy sposób, w jaki Jordan traktuje płeć przeciwną, jest niesamowicie irytujący. Jako że historię Grace poznajemy głównie z jej własnej perspektywy, oczywiście stara się ona przedstawić siebie w jak najlepszym świetle. W efekcie w czytelniku rodzi się jakaś sympatia do bohaterki, ale nie da się jednak zagłuszyć myśli, że Grace chce udowodnić, że jest niewinna, że zależy jej na jak najdłuższych rozmowach z doktorem, bo zabijają więzienną nudę… Jednak te wszystkie domysły i niepewności sprawiają, że lektura tylko zyskuje na wartości, książkę czyta się świetnie i nie chce się jej odłożyć ani na chwilę.
Rozmowy Grace z lekarzem i jej wspomnienia przeplatają się z cytatami z książek i gazet, wypowiedziami innych osób o Grace, z listami kursującymi pomiędzy Jordanem a jego matką lub innymi osobami, od których próbował dowiedzieć się czegoś o Grace. Jest to też ciekawe urozmaicenie, bo czytelnik dostaje szansę przyjrzenia się sprawie z punktu widzenia innych osób. Brak jasnej odpowiedzi pozwala mu wyrobić sobie własną opinię co do przedstawionych wydarzeń. I nawet jeśli to, co się działo w głowie Grace, to tylko wyobraźnia Atwood – efekt jest niesamowity. Dawno nie czytałam tak wciągającej książki 🙂 .

Przeczytane: 7.06.2022
Ocena: 9/10

Opublikowany w Antyutopia, Literatura piękna

Margaret Atwood – Testamenty

Tytuł: Testamenty
Autorka: Margaret Atwood
Tytuł oryginału: The testaments
Tłumaczenie: Paweł Lipszyc
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: Wielka Litera

Opowieść podręcznej czytałam już kilka lat temu, ale do dziś pamiętam wrażenie, jakie na mnie wywarła. Teraz sięgnęłam też po wydaną w międzyczasie kontynuację książki – akcja Testamentów rozgrywa się w Gileadzie kilkanaście lat później i jest to nowa historia. A dokładniej trzy różne historie, które w pewnym momencie zaczynają splatać się w całość. Nie są one bezpośrednio związane z historią opisaną w Opowieści podręcznej, więc nie przeszkadzało mi, że trochę szczegółów świata przedstawionego zdążyło mi już uciec z pamięci. Ale choć Testamenty można czytać oddzielnie, polecam jednak zapoznać się najpierw z pierwszym tomem, by lepiej zrozumieć tło historii, świat Gileadu, sytuację polityczną, itp.
Zatem w Testamentach mamy trzy narratorki, których głosy się przeplatają. Ciotka Lidia, niegdyś sędzina, a po upadku USA – jedna z Ciotek-Założycielek w nowym porządku. Agnes – córka Komendanta, która po śmierci matki próbuje odnaleźć się w nowej rodzinie ojca i zaczynająca coraz lepiej rozumieć świat, w którym przyszło jej dorastać. Oraz Daisy – kanadyjska nastolatka, ucząca się w szkole o tym dziwnym świecie za południową granicą i obserwująca go z punktu widzenia normalnego państwa. Muszę przyznać, że Atwood znów świetnie wykreowała realia Gileadu, swoje bohaterki i ich historie, pierwszą część książki czyta się świetnie, wręcz jednym tchem.
Potem jednak coś zaczyna zgrzytać. Nie jakoś mocno, nie na tyle, by lektura przestała mi się podobać. Miałam jednak wrażenie, że akcja pędzi za szybko, za dużo umyka po drodze. Do tego parę sytuacji było aż nadto przewidywalnych, miałam nadzieję na jakieś elementy zaskoczenia, ale tego niestety zabrakło. W efekcie nie odczuwam tutaj takiego zachwytu, jaki wzbudziła we mnie Opowieść podręcznej – ponadto świat przedstawiony nie jest już taką nowością. Mimo wszystko Testamenty to wciąż bardzo dobra książka. Nie rewelacyjna, nie dorównująca swojej poprzedniczce, ale wciąż bardzo dobra 🙂

Przeczytane: 7.10.2021
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Alice Munro – Jawne tajemnice

Tytuł: Jawne tajemnice
Autor: Alice Munro
Tytuł oryginału: Open secrets
Tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
Literatura: kanadyjska
Wydawnictwo: W.A.B.

Podobno styl Alice Munro się albo uwielbia albo szczerze się go nie znosi. Ja należę do pierwszej grupy osób – po przeczytaniu jej zbioru opowiadań pt. Zbyt wiele szczęścia byłam bardzo zachwycona lekturą. Upłynął już rok, odkąd przeczytałam tę książkę i uznałam, że to czas najwyższy, by sięgnąć po kolejne opowiadania Kanadyjki. Tym razem mój wybór padł na Jawne tajemnice.
Choć styl Munro pozostaje ten sam, dalej pasuje mi jej sposób pisania, to jednak Jawne tajemnice nie zachwyciły mnie aż tak bardzo jak Zbyt wiele szczęścia. Czegoś mi w tych opowiadaniach brakowało. Przede wszystkim sensownych zakończeń. Wiele historii było urwanych, niedopowiedzianych i choć zapewne taki był zamysł autorki, by czytelnik mógł się dalej zastanawiać, nieszczególnie mi to podeszło. Spodobała mi się za to kreacja postaci – nawet jeśli Munro pokrótce rozbudowywała dany wątek, bohaterowie opowiadań byli bardzo wyraziści, łatwo przychodziło ustosunkowanie się do nich.
Jawne tajemnice czytało mi się dość szybko, skończyłam książkę w parę spokojnych wieczorów. Dalej lubię Munro, choć brakuje we mnie już poprzedniego zachwytu. Jawne tajemnice to wciąż dobra książka, przyjemny cykl opowiadań, jednak dla mnie nieco rozczarowujący – spodziewałam się po Kanadyjce znacznie więcej.

Przeczytane: 13.05.2021
Ocena: 6/10