Opublikowany w Klasyka, Literatura piękna

Virginia Woolf – Pani Dalloway

Tytuł: Pani Dalloway
Autorka: Virginia Woolf
Tytuł oryginału: Mrs. Dalloway
Tłumaczenie: Krystyna Tarnowska
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Znak

Podobno Virginia Woolf napisała Panią Dalloway po lekturze Ulissesa Joyce’a i jeśli taka faktycznie była inspiracja, to powieść Angielki podpasowała mi tu jednak bardziej. Może ze względu na swoją długość, bo Ulisses był dla mnie niemożebnie rozwleczony, może przez bardziej przystępny język, bez zmiany formy z rozdziału na rozdział, swój wpływ pewnie miała też tematyka. Bo choć Pani Dalloway też została przedstawiona w formie strumienia świadomości, to Woolf w przemyśleniach swoich bohaterów nie skacze tak bardzo z tematu na temat, skupiając się raczej na chwili obecnej lub wspomnieniach. Pojedyncze bardziej uduchowione wstawki były dla mnie faktycznie nieco męczące, ale było ich na tyle mało, że nie zepsuły mi odbioru całej lektury. I choć w powieści generalnie niewiele się dzieje – ot, jeden letni dzień z życia kilkorga osób gdzieś w Londynie – to po prostu płynęłam z lekturą, przyjemnie mi się tę książkę czytało. Clarissa, tytułowa pani Dalloway, przygotowuje wieczorne przyjęcie, na które zjedzie się połowa londyńskiej śmietanki towarzyskiej. Przybędzie też jej stara przyjaciółka Sally oraz niegdyś zakochany w niej Peter, a tę trójkę będzie łączyć sieć całkiem ciekawych w odbiorze wspomnień. Wciągnęła mnie też historia Septimusa cierpiącego na coś w stylu zespołu stresu pourazowego wywołanego I wojną światową. Bohaterowie spotykają się w różnych momentach dnia, ich losy krzyżują się, choć nie wszyscy się znają i będą mieli okazję poznać.
Fenomenu Pani Dalloway nie rozumiem, bo choć uważam, że to dobra i wciągająca lektura, nie zachwyciła mnie jednak i nie wzbudziła poczucia, że czytam coś wyjątkowego i ponadczasowego 😉 . Cieszę się jednak, że sięgnęłam po twórczość Woolf – myślę, że nie po raz ostatni.

Przeczytane: 17.07.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Powieść historyczna

Bernard Cornwell – Zwiastun burzy

Tytuł: Zwiastun burzy
Autor: Bernard Cornwell
Tytuł oryginału: The Pale Horseman
Tłumaczenie: Amanda Bełdowska
Literatura: brytyjska
wydawnictwo: Otwarte

Drugą część Wojen Wikingów czytało mi się dużo lepiej niż pierwszą, chyba głównie dlatego, że narrator był już młodym wojownikiem, a nie dorastającym dzieciakiem. Może Uhtred jeszcze nie do końca wie, czego chce, często kierują nim emocje i zdecydowanie nie można go jeszcze nazwać dojrzałym mężczyzną, ale Cornwell zadbał o całkiem ciekawy rozwój postaci. Oczywiście wciąż na tym samym poziomie, bo w Wojnach Wikingów niezmiennie nie chodzi o dobrą charakterystykę bohaterów czy jakąś głębię ich przemyśleń. Tu toczy się wartka akcja, kruchy pokój między Sasami a Duńczykami dobiegł końca i teraz liczy się tylko wojna. Tę książkę się świetnie czyta, bardzo wciąga, jednocześnie pozostawiając poczucie przeczytania czegoś lekkiego i niewymagającego. I choć nie ma tu naturalistycznych opisów okrucieństw wojny, to warto wziąć pod uwagę, że wydarzenia są przedstawione z punktu widzenia wychowanego przez Wikingów wojownika z IX wieku. Dla niego rzeź może być piękna, choć straszna, a wojenne gwałty to naturalna kolej rzeczy – trzeba to mieć na uwadze, jeśli kogoś same takie wzmianki poruszają.
Akcja Zwiastuna burzy toczy się w latach 877-78 i kończy się słynną bitwą pod Ethandun. Mam czasem wrażenie, że Cornwell zebrał wszystkie znane ciekawostki z tamtych czasów i bardzo chciał je wpleść w historię, bo znajdziemy tu także legendy o królu Alfredzie zgrabnie włączone w fabułę. Całkiem podobało mi się to rozwiązanie, choć gdy pomyślę, że kilkadziesiąt lat wojen i potyczek Wessexu z Wikingami autor rozbił na kilkanaście książek, to obawiam się, że zdążę się znudzić lekturą, nim dojdę do połowy serii… 😉

Przeczytane: 24.06.2025
Ocena: 6/10

Opublikowany w Powieść historyczna

Bernard Cornwell – Ostatnie królestwo

Tytuł: Ostatnie królestwo
Autor: Bernard Cornwell
Tytuł oryginału: The Last Kingdom
Tłumaczenie: Amanda Bełdowska
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Otwarte

Prawie dekadę temu zachwycałam się Trylogią arturiańską Cornwella i przyszło mi na myśl, że mogłabym przeczytać i coś innego z jego twórczości. Kilka pierwszych tomów Wojen Wikingów zalegało mi na czytniku od lat, aż w końcu się zmotywowałam i sięgnęłam po Ostatnie królestwo. I nie wiem, czy mi przez lata zmienił się trochę gust czytelniczy, czy też Trylogia arturiańska faktycznie była dużo lepsza, ale pierwszy tom Wojen Wikingów mnie nie zachwycił. Czytało mi się go dobrze, wciągnął mnie, generalnie była to dobra książka, ale jednak nic wybitnego – pewnie po przerwie przeczytam jeszcze z jeden-dwa tomy, ale na pewno nie będzie to seria, którą będę chciała pochłonąć w całości 😉
Cornwell zabrał czytelników do IX-wiecznej Anglii, regularnie atakowanej przez Duńczyków. Głównym bohaterem jest młodszy syn jednego z miejscowych ealdormanów, chłopiec, którego historia rzuciła w świat brutalnych wojen. Towarzyszymy więc Uhtredowi w dorastaniu i stawaniu się wojownikiem, obserwując, jak młodzieniec rozdarty jest w lojalności między swoimi a najeźdźcami. Nie brakuje tu humoru, zwłaszcza w podejściu Uhtreda do religii, ale główną ideą Ostatniego królestwa jest akcja. Ta pędzi do przodu, wydarzenia następują po sobie w zawrotnym tempie i podczas lektury nie można się nudzić. Dla mnie jednak to tempo akcji sprawiło, że nie było jak pogłębić charakterystyki bohaterów – nawet ci główni wydają się bardzo powierzchowni. W efekcie książkę fajnie się czytało jako lekki przerywnik między cięższymi lekturami, ale nie wkręciłam się w świat przedstawiony przez Cornwella, czegoś mi tu jednak brakowało 😉

Przeczytane: 6.06.2025
Ocena: 6/10

Opublikowany w Fantastyka

Terry Pratchett – Wiedźmikołaj

Tytuł: Wiedźmikołaj
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginału: Hogfather
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Po latach wracam do Pratchettowego Świata Dysku, tym razem w formie audiobooków. Najbardziej lubiąc cykl o Śmierci, wybrałam na kolejną lekturę Wiedźmikołaja. I choć wciąż jest to stary dobry Pratchett, to jakoś miałam wrażenie, że książka nie zachwyciła mnie równie mocno jak przed laty. Sam wątek ze Śmiercią zastępującym zaginionego Wiedźmikołaja i z Susan próbującą go odnaleźć w towarzystwie boga kaca był przezabawny i świetnie mi się tego słuchało. Ale tym razem wątki poboczne – szczególnie magowie próbujący dojść do tego, skąd się nagle biorą różne magiczne istoty i bóstwa – jakoś wyjątkowo mi się dłużyły i wybijały z rytmu.
Pratchettowi nigdy chyba nie brakowało wyobraźni i humoru – Wiedźmikołaj dotyczy Nocy Strzeżenia Wiedźm, czyli Dyskowego odpowiednika naszego Bożego Narodzenia. Nie mogło tu więc zabraknąć i rozważań, czy chodzi tu o atmosferę rodzinną czy może jednak o prezenty (zależy, kogo pytać), no i przemyśleń, czy ludziom potrzebna jest wiara… w Wiedźmikołaja, Wróżkę Zębuszkę czy inne abstrakcyjne rzeczy jak sprawiedliwość 😉 . Nie będzie to już jeden z moich ulubionych tomów Świata Dysku, ale Śmierć niezmiennie uwielbiam 😉

Przesłuchane: 1.06.2025
Ocena: 6/10

Opublikowany w Historia

Antony Beevor – D-Day

Tytuł: D-Day. Bitwa o Normandię
Autor: Antony Beevor
Tytuł oryginału: D-Day. The Battle for Normandy
Tłumaczenie: Magdalena Komorowska
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Książki Beevora to dla mnie już gwarancja świetnej literatury historycznej i nie inaczej było z D-Day. Bitwą o Normandię. To ponad 600-stronicowa cegła opowiadająca o odbiciu Francji przez aliantów – od przygotowań do tytułowego D-Day, przez lądowanie na plażach Normandii i kolejne operacje wojskowe, aż po wyzwolenie Paryża w sierpniu 1944 roku. Beevor szczegółowo (ale wciąż bardzo przystępnie dla kogoś, kto nie siedzi w tematyce militarnej) opisuje działania wojskowe, podejście zarówno alianckich, jak i niemieckich dowódców, działalność francuskiego ruchu oporu, poświęcenie cywilów… Są też i polskie wątki, gdy brygada pancerna generała Maczka wkroczyła do akcji, głównie pod Falaise. D-Day czytało mi się jak najlepszą książkę przygodową, bo u Beevora wielka historia przeplata się z historiami osobistymi uczestników danych wydarzeń, nawet jeśli często są to tylko pojedyncze migawki. Jedynym moim zastrzeżeniem do tej lektury były sporadyczne wstawki autora oceniające niektórych dowódców – nie pamiętam, bym się na coś takiego natknęła w innych jego książkach. Z drugiej strony było tego na tyle mało, że nie zepsuło całego odbioru lektury. Dużo się dowiedziałam, jeszcze więcej chciałam zgłębiać na boku na własną rękę, a do tego utwierdziłam się w przekonaniu, że po książki Beevora mogę sięgać w ciemno i będzie mi się podobało 🙂

Przeczytane: 24.05.2025
Ocena: 8/10

Opublikowany w Holokaust, Literatura piękna

Anna Ellory – Króliki z Ravensbrück

Tytuł: Króliki z Ravensbrück
Autorka: Anna Ellory
Tytuł oryginału: The Rabbit Girls
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Niech mi ktoś następnym razem wbije do głowy, bym nie marnowała czasu na powieści, gdy chcę sięgnąć po literaturę obozową… Pozostanę jednak przy non-fiction, zdecydowanie. Choć w gruncie rzeczy ciężko mi nawet uznać Króliki z Ravensbrück za literaturę obozową, bo tytuł jest zdecydowanie na wyrost. Główną bohaterką jest Miriam, Niemka, której 1989 rok kojarzy się bardziej z umierającym ojcem, a nie upadkiem Muru Berlińskiego. W mieszkaniu ojca odkrywa pasiak obozowy, a w nim zaszyte listy od jakiejś Friedy. Te listy, opisujące bardzo ogólnie i wybiórczo rzeczywistość w Ravensbrück i Auschwitz, to jedyne fragmenty, które można by podpiąć pod kategorię literatury obozowej. Zdecydowanie więcej tu codzienności Miriam przeplatanej wspomnieniami jej ojca. A jakie tu mamy nagromadzenie strasznych wydarzeń – Ellory chyba co rozdział się zastanawiała, co by tu jeszcze dodać. Poza wojną i obozami, które same w sobie były wystarczająco koszmarne, autorka stwierdziła, że trzeba tu jeszcze wpleść zdradę, nieszczęśliwe małżeństwo, toksycznego i przemocowego męża, gwałt, poronienie, samookaleczanie, nie wiadomo, co jeszcze. To była tak niesamowicie męcząca w odbiorze kumulacja, do tego kompletnie nie trafiła do mnie kreacja bohaterów, język i styl też pozostawiały bardzo wiele do życzenia. Ku mojemu zaskoczeniu, najlepiej mi się czytało właśnie o toksycznym małżeństwie Miriam, wciąż jednak tutejsze najlepiej nie stało nawet obok dobrze. Króliki z Ravensbrück to po prostu słaba powieść, której największą zaletą jest to, że czyta się ją szybko. Mimo trudnej tematyki, nie potrafiła mnie jednak poruszyć, bo tych wszystkich tragedii jest tu za dużo i czytając książkę, szybko się obojętnieje, a prosty styl też nie pomaga. Nie ma co marnować czasu 😉

Przeczytane: 14.05.2025
Ocena: 3/10

Opublikowany w Historia

Antony Beevor – Walka o Hiszpanię 1936-1939

Tytuł: Walka o Hiszpanię 1936-1939. Pierwsze starcie totalitaryzmów
Autor: Antony Beevor
Tytuł oryginału: The Battle for Spain: The Spanish Civil War 1936-39
Tłumaczenie: Hanna Szczerkowska
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Twórczość Beevora i jego sposób pisania o historii uwielbiam od lat, odkąd po raz pierwszy sięgnęłam po jego książkę. Z tym brytyjskim historykiem zgłębiałam dotąd jednak tylko II wojnę światową, tym razem przyszła więc kolej na hiszpańską wojnę domową. A na start muszę przyznać, że o tej wojnie naprawę mało wiedziałam, poza jakimiś podstawowymi informacjami – nie przypominam sobie, by cokolwiek było zgłębiane na lekcjach historii, nie trafiłam też dotąd na dobrą książkę, w przystępny sposób omawiającą to zagadnienie.
Beevor – jak zwykle zresztą – podszedł do tematu, łącząc ogólny obraz wojny z zamiłowaniem do szczegółów. Chyba najdłużej mi się czytało pierwsze rozdziały, opowiadające o tym, jak w ogóle doszło do wybuchu wojny między republiką a nacjonalistami – większość nazwisk była mi kompletnie obca i musiałam sobie ułożyć w głowie mapę powiązań. Jednak gdy autor doszedł do wybuchu działań wojennych, rozkręciło się też tempo książki i – znów: jak zwykle u Beevora 😉 – czytało mi się świetnie. Aż szkoda, że pamięć ludzka jest ograniczona i nie ma szans spamiętać tych wszystkich szczegółów…
Walka o Hiszpanię to ciekawy opis tego, jak narastały napięcia w Hiszpanii, jak zamach stanu przerodził się w wojnę domową, w której obie strony szukały wsparcia zagranicznego, aż po upadek republiki i narodziny dyktatury Franco. Czytelnicy śledzą narastający terror, kluczowe bitwy, udział Niemców, Włochów i komunistów z różnych krajów (szczególni ci pierwszy potraktowali Hiszpanię jako poligon doświadczalny przed II wojną światową), wojnę domową w wojnie domowej, gdy republika zaczęła się rozpadać, no i całą politykę wielkich mocarstw dookoła… Mnóstwo się z tej książki dowiedziałam, styl Beevora sprawiał, że wydarzenia, o których czytałam, stawały mi jak żywe przed oczami. Walka o Hiszpanię nie zachwyciła mnie aż tak jak inne książki autora (wciąż uważam Berlin 1945 za niepokonany 😉 ) – może dlatego, że trzy lata wojny wymagałyby zdecydowanie grubszej i bardziej szczegółowej książki, tutaj Beevor siłą rzeczy musiał się trochę streszczać. Ale jako wprowadzenie dla osób, które o hiszpańskiej wojnie domowej mają dość ogólne pojęcie, Walka o Hiszpanię nadaje się świetnie.

Przeczytane: 31.03.2025
Ocena: 8/10

Opublikowany w Historia

John Barton – A History of the Bible

Tytuł: A History of the Bible. The Book and its Faiths
Autor: John Barton
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Allen Lane

Kiedy sięga się po Historię Biblii napisaną przez kogoś, kto jest jednocześnie księdzem, teologiem i biblistą, nie da się zastanawiać, co przeważy – podejście księdza czy historyka? Na szczęście Barton stanął na wysokości zadania i jego własne przekonania nie mają wpływu na treść książki. A choć lektura wymagała ode mnie dużo poświęconego czasu i uwagi, naprawdę sporo się z niej dowiedziałam.
W Historii Biblii autor opowiada najpierw o powstaniu Starego i Nowego Testamentu i osobiście uważam, że jest to najciekawsza i najlepsza część książki. Barton przedstawia różne teorie dot. czasu powstania poszczególnych fragmentów oraz kto za nimi stoi – wielokrotnie podkreślając, że teorie te są bardziej lub mniej wiarygodne, jednak 100% pewności mieć już nigdy nie będziemy. Co więcej, nie posiadamy nawet oryginalnych teksów, a co zostało zmienione na przestrzeni wieków (przypadkowo lub celowo), co pogubiło się w tłumaczeniu, co nie trafiło do tzw. kanonu – to wszystko mogłoby mieć ogromny wpływ na obecny kształt judaizmu i chrześcijaństwa. Zresztą na religie mają wpływ nie tylko święte teksty, ale – może nawet bardziej niż one – ich interpretacje. Barton szczegółowo opowiada, jak interpretowano Biblię na przestrzeni wieków, jak zmieniało się podejście do niektórych fragmentów, a także, jak odmiennie do zrozumienia tych samych tekstów podchodzą Żydzi i chrześcijanie (ba, jak odmiennie potrafią podchodzić wyznawcy różnych odłamów chrześcijaństwa).
Nie cała Historia Biblii trafiła do mnie jednakowo. Jak już wspomniałam, najlepsza była część o powstawaniu samego Pisma, ale późniejsze rozdziały bywały gorsze i lepsze. Czasy późnej starożytności i średniowiecza zostały opisane dość nudno, oświecenie, reformacja były ciekawsze, choć zbyt ogólnikowe. Bardzo za to przypadł mi do gustu rozdział o tłumaczeniach Biblii na przestrzeni wieków – znów mnóstwo fascynujących ciekawostek i historii.
To nie jest krótka książka, do tego zawiera mnóstwo (nie zawsze krótkich) cytatów, zarówno z Biblii, jak i z różnych późniejszych interpretacji. Te fragmenty są często napisane mniej przystępnym językiem (czytałam książkę po angielsku i choć dobrze czuję się z tym językiem, to jednak pojawiało się tu dużo konstrukcji i słów, z którymi dotąd nie miałam do czynienia), co również wymaga większej uwagi i wolniejszego czytania. Na pewno nie wszystko z lektury zapamiętam, ale Historia Biblii Bartona wiele ułożyła w mojej głowie i udowodniła, że zaskakująco niewiele wiedziałam w temacie. Myślę, że to świetna książka dla każdego zainteresowanego historią religii – niezależnie czy wierzącego czy nie. No dobra, jeśli święcie wierzysz, że każde pojedyncze słowo z Biblii jest prawdą objawioną i tak musiało być, to pewnie lektura do ciebie nie trafi. Ale jeśli rozumiesz, że w Piśmie obok fragmentów historycznych jest też mnóstwo alegorii, legend i opowieści mających nieść moralne nauki, no i ciekawi cię, jak to wszystko najprawdopodobniej powstało… to warto przeczytać, naprawdę 🙂

Przeczytane: 14.02.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Fantastyka

Neil Gaiman – Ocean na końcu drogi

Tytuł: Ocean na końcu drogi
Autor: Neil Gaiman
Tytuł oryginału: The Ocean at the End of the Lane
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Mag

W fantastyce Gaimana zaczytywałam się na studiach, a choć Amerykańcy bogowie wywarli na mnie spore wrażenie, fanką bym się nigdy nie nazwała (a po tym, co ostatnio ukazało się w mediach, to już w ogóle szacunek do autora spadł do zera). Miałam potem parę lat przerwy od jego twórczości, przerwanej jedynie Mitologią nordycką, aż w końcu sięgnęłam po Ocean na końcu drogi. Szybko zorientowałam się, że już nie jestem grupą docelową tej książki, choć zapewne spodobałaby mi się, by byłam wczesną nastolatką. Przypominała mi trochę klimatem Koralinę tego samego autora – czytało się to szybko, ale raczej na długo ze mną nie zostanie.
Głównymi bohaterami Oceanu… jest dwoje dzieci z sąsiedztwa – siedmioletni chłopiec i jedenastoletnia dziewczynka, które muszą zmierzyć się ze sprowadzonym na ten świat potworem pod postacią kobiety. Historia pojawia się w formie wspomnień dorosłego już mężczyzny – na szczęście, bo bardzo nie lubię dziecięcej narracji. Mimo wszystko główny bohater jako kilkuletnie dziecko był… no, dzieckiem, nie ma co oczekiwać od niego racjonalnego myślenia 😉 . Z perspektywy dorosłej czytelniczki ani jego emocje nie były szczególnie ciekawe, ani straszny wątek nie był straszny. Ocean na końcu drogi to byłaby raczej fantastyka dla starszych dzieciaków, które lubią się czasem bać i mają sporą wyobraźnię. Dla mnie to była raczej lekka lektura, odskocznia od znów czytanych ostatnio w większej ilości reportaży. Ale z przyczyn oczywistych Gaimana nikomu tu polecać nie będę.

Przeczytane: 15.01.2025
Ocena: 6/10

Opublikowany w Biografie i wspomnienia, Literatura piękna

Raynor Winn – Słone ścieżki

Tytuł: Słone ścieżki
Autorka: Raynor Winn
Tytuł oryginału: The Salt Path
Tłumaczenie: Kamila Slawinski
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Marginesy

Słone ścieżki to kolejna z książek, po które sama bym nie sięgnęła, gdyby nie wybór DKK. Autorka opowiada, jak wraz z mężem stracili dom i dorobek całego życia, dowiedzieli się, że mąż umiera, więc nie mając nic do stracenia, wyruszyli na długą wędrówkę wzdłuż wybrzeża. Dla mnie to brzmiało jak książka o niczym, przeplatana przemyśleniami o odkrywaniu siebie oraz wartości życia – nie lubię takich lektur, uważam je za lanie wody. Nie zaprzeczę więc, że podeszłam do tej książki z nie najlepszym nastawieniem.
Zaskakująco, Słone ścieżki czytało mi się całkiem dobrze. W gruncie rzeczy te opowieści o dawniejszym życiu, walce w sądzie, relacji między bohaterami oraz ich dziećmi – to czytało mi się najlepiej, najbardziej mnie wciągnęło. Główny motyw książki, czyli wędrówka szlakiem wybrzeża, często mi się dłużył i po prostu nudził. Idziemy, pada, świeci słońce, wieje, jemy kluski, jemy ryż, dzielimy się batonikiem, namiot, kąpiel w morzu, pada, świeci słońce, jemy kluski… Zakładam, że ta powtarzalność była zamierzona, ale dla mnie okazała się nudna i męcząca – Słone ścieżki mają ze 350 stron, a ja nad nimi siedziałam z pół miesiąca, bo po kilkunastu minutach musiałam się przerzucać na lekturę z większą ilością akcji, by utrzymać powieki otwarte 😉 . Nie potrafiły mnie też wciągnąć opisy mijanych miejsc – może dlatego, że w ogóle nie znam tej okolicy, a może były zbyt powierzchowne, bym potrafiła sobie cokolwiek tu wyobrazić?
Na plus wyszły Winn opisy spotkań z ludźmi – innymi wędrowcami, bezdomnymi, pracownikami w miejscach, do których bohaterowie docierali. Ukazanie innej twarzy bezdomności jest dla mnie najmocniejszą stroną tej powieści – bezdomność to nie tylko nałogi i spanie na ulicy, to też jedna błędna decyzja, po której czasem po prostu ciężko stanąć na nogi. To, jak napotykani ludzie zmieniali swoje zachowanie w stosunku do Ray i Motha, gdy dowiadywali się, że nie są tylko wędrowcami, ale też bezdomnymi wędrowcami… bywało poruszające. Dlatego też całościowo oceniam Słone ścieżki jako dobrą książkę, nie sądzę jednak, by została ze mną na dłużej lub że chciałabym przeczytać jeszcze coś w podobnym stylu.

Przeczytane: 10.01.2025
Ocena: 6/10