Opublikowany w Powieść historyczna

Bernard Cornwell – Płonące ziemie

Tytuł: Płonące ziemie
Autor: Bernard Cornwell
Tytuł oryginału: The Burning Land
Tłumaczenie: Mateusz Pyziak
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Otwarte

Chyba już na tomie piątym, Płonących ziemiach, zakończę swoją przygodę z Wojnami Wikingów Cornwella. Wyjątkowo długo mi zajęło, bym znowu wciągnęła się w treść opowieści, a choć w końcu znów popłynęłam z historią Uhtreda, to jednak coraz bardziej odczuwam pewną taką powtarzalność w tych książkach. Główny bohater powoli robi się coraz starszy, ale wciąż jest mistrzem miecza i dobrym dowódcą, niezmiennie czci Thora i jest cięty na chrześcijan, dalej nie lubi króla Alfreda, za to z oddaniem służy jego córce… Są tu oczywiście jakieś nowe wątki, chociażby motyw wygnania Uthreda, ale i tak wszystko dąży do kolejnej wielkiej bitwy z Duńczykami. I nie zaprzeczę, że to się dalej dobrze czyta, bo Cornwell pisze w lekki i przystępny sposób, i ta seria jest bardzo wciągająca. Mam jednak poczucie, że o ile pierwsze tomy stanowiły dla mnie fajną rozrywkę, to z każdym kolejnym ta historia mnie coraz bardziej nużyła. Więc żeby nie psuć sobie dobrych wspomnień z początkowych książek, Wojnom Wikingów już podziękuję 🙂

Przeczytane: 6.04.2026
Ocena: 5/10

Opublikowany w Klasyka, Literatura piękna

Virginia Woolf – Orlando

Tytuł: Orlando
Autorka: Virginia Woolf
Tytuł oryginału: Orlando: A Biography
Tłumaczenie: Aga Zano
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Marginesy

Kiedy jakiś czas temu przeczytałam Panią Dalloway, spodobała mi się na tyle, że planowałam jeszcze sięgnąć w przyszłości po inną twórczość Woolf. Pasowało mi więc, że mój klub książkowy wybrał Orlando na lekturę marca… dopóki nie zaczęłam tego czytać 😉 . Tak sobie myślę, że gdyby zrobić z Orlando opowiadanie, napisane tym samym stylem (bo tego Woolf odmówić nie można – książka jest naprawdę ładnie napisana, a do tego świetnie przetłumaczona na polski), czytałoby mi się je całkiem dobrze. Spodobał mi się też pomysł przedstawienia historii w formie biografii, choć Woolf jako biografka wycinająca większość dialogów wielokrotnie mnie zirytowała. Jednak Orlando jest dla mnie przede wszystkim powieścią bardzo przegadaną. Gdy po raz kolejny ptaki leciały po niebie lub działy się inne równie fascynujące rzeczy, po prostu przelatywałam wzrokiem tekst, szukając miejsca na tyle ciekawego, by kontynuować normalne czytanie.
Zdaję sobie sprawę, że na tamte czasy była to książka przełomowa – główny bohater staje się nagle główną bohaterką i musi zmierzyć się ze wszystkimi konsekwencjami zmiany płci. Do tego Orlando, nie wiedzieć czemu, żyje kilkaset lat i ten upływ czasu był dla mnie na początku nieuchwytny. Dopiero gdy padła wzmianka o kolejnym królu, gdzieś zaczęło do mnie docierać, że akcja toczy się już dłużej, niż bym zakładała po samych wydarzeniach. W klasyce literatury lubię to, że są książki, które były ważne i świetne w odbiorze dawniej, ale i teraz, mimo upływu czasu, wciąż takie pozostają. Orlando się nie zalicza do takich lektur – była to książka ważna kiedyś, dziś jednak aż tak się nie wyróżnia, a mimo dobrego stylu autorki całość czytało się dość topornie. Cały czas czekałam na to, aż wciągnę się w fabułę, a ten moment nigdy nie nastąpił. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że ktoś się tą lekturą zachwyci – zwłaszcza jeśli język i styl są dla niego bardzo ważne – ale cóż, nie ja 😉

Przeczytane: 3.04.2026
Ocena: 5/10

Opublikowany w Historia

Colin Jones – Upadek Robespierre’a

Tytuł: Upadek Robespierre’a. Ostatnie 24 godziny Terroru
Autor: Colin Jones
Tytuł oryginału: The Fall of Robespierre: 24 Hours in Revolutionary Paris
Tłumaczenie: Grzegorz Kulesza
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Na start zaznaczę, że po Upadek Robespierre’a warto sięgnąć, mając w miarę dobrze poukładane w głowie wydarzenia oraz bohaterów Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Ten temat nigdy nie leżał w zakresie moich zainteresowań, o rewolucji ostatnio czytałam w szkole, a było to dość dawno… I po kilkudziesięciu stronach książki Jonesa musiałam ją odłożyć na bok i zgłębić się najpierw w odmętach internetu, by wiedzieć, co i jak, no i nie gubić się w treści książki skupiającej się na jednym konkretnym dniu – przewrocie 9 thermidora (27.07.1794). Przyznam, że zabrakło mi tutaj takiego wprowadzenia historycznego, a także podsumowania wydarzeń z kolejnych lat. Nie to, że ten 9 thermidora jest zawieszony w próżni, bo Jones opowiada trochę o wcześniejszych wydarzeniach, ale po pierwsze skupia się tylko na tych, które mają związek z omawianymi tematami, a po drugie czyni to w sposób dość chaotyczny i niechronologiczny. Upadek Robespierre’a opowiada godzina po godzinie o tym dniu i jeśli np. o danej porze miały się rozpocząć protesty, to owszem, autor nagle zgłębiał ich przyczyny i wcześniejsze wydarzenia… by nagle przeskoczyć do innego miejsca 15 minut później i omawiać inny temat.
Zatem to była dla mnie największa wada tej książki. Drugi, również spory minus, to nierównomierne przyciąganie zainteresowania czytelników. Pierwsza część Upadku Robespierre’a, właściwie wszystkie wydarzenia prowadzące do jego aresztowania, to głównie mocno przegadana polityka. Bardzo dużo nazwisk i miejsc, które osobie nieznającej francuskiego natychmiast zlewały się w jedno. Myślę, że spokojnie z 1/3 lektury po prostu przemęczyłam, licząc na to, że pojedyncze przebijające się ciekawostki są warte dalszej lektury. Na szczęście potem zaczęło się dziać bardzo dużo, a do tego Jones skupił się już na konkretnych postaciach, które łatwiej było zapamiętać. Nie wiedzieć kiedy zaczęło mi się Upadek Robespierre’a czytać coraz lepiej i faktycznie, historia nieudanego przewrotu okazała się dla mnie niezmiernie fascynująca. Zwłaszcza że naprawdę nie wiedziałam o nim nic poza tym, że był i jak skończył się dla samego Robespierre’a. Swoją drogą, Nieprzekupnego było w tej książce zaskakująco niewiele – głównie w tej pierwszej, politycznej części. W samym przewrocie jego rola była minimalna, a dopiero jego ścięcie następnego dnia przeszło do historii.
Jest to lektura bardzo szczegółowa, choć napisana naprawdę dobrym językiem i w całkiem wciągający sposób – no i fajny miał Jones pomysł z tą godziną po godzinie, choć przydałoby się podsumowanie wcześniejszych i późniejszych wydarzeń. To, ile materiałów z epoki autor musiał przeczytać, by przedstawić upadek Robespierre’a tak, byśmy poznali wydarzenia oczami mu współczesnych, a nie z naszej perspektywy czasowej, też jest godne podziwu. Myślę, że naprawdę warto sięgnąć po tę lekturę, tylko koniecznie z już usystematyzowaną wiedzą o rewolucji.

Przeczytane: 17.03.2026
Ocena: 7/10

Opublikowany w Literatura piękna

Bernardine Evaristo – Dziewczyna, kobieta, inna

Tytuł: Dziewczyna, kobieta, inna
Autorka: Bernardine Evaristo
Tytuł oryginału: Girl, Woman, Other
Tłumaczenie: Aga Zano
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Poznańskie

Moje drugie spotkanie z twórczością Evaristo i równie udane jak pierwsze. W ubiegłym roku zachwycałam się Mr Lovermanem za świetny styl i pasujący mi humor. Dziewczyna, kobieta, inna nie jest w takim samym, żartobliwym klimacie, wciąż jednak jest świetnie napisana i rozpoczętą lekturę ciężko przerwać. No, może po przebrnięciu przez pierwszy mniej ciekawy rozdział, podczas którego zastanawiałam się, skąd te wszechobecne zachwyty nad książką. Potem zrozumiałam 😉
Każdy rozdział opowiada historię innej kobiety – młodszych i starszych, współczesnych i ich przodkiń, heteroseksualnych i LGBT, czarnych i białych… Evaristo, opisując swoje bohaterki, opowiada o różnych problemach, z którymi kobiety te spotkały się w życiu – rasizm, homofobia, odkrywanie własnej płci, próby robienia kariery przez czarną osobę, nieznajomość własnej historii rodzinnej, jak różnie odnajdują się w nowym kraju kolejne pokolenia imigrantów… i wiele innych 🙂 . I naprawdę byłam zaskoczona, jak nienachalne i wciągające było to wszystko, bo ciężko poruszyć tyle różnych tematów bez wszechobecnych komentarzy, że po co ta poprawność polityczna?. Evaristo udało się skupić na mniejszościach i osobach dyskryminowanych, przedstawić we wciągający sposób ich codzienność, a do tego nieustannie zaskakiwać powiązaniami między bohaterkami i bohaterami. Bo o ile historia matki po historii córki jest płynną kontynuacją, to inne wzajemne relacje między postaciami potrafiły mnie zaskoczyć w środku opowieści.
Dziewczynę, kobietę, inną czytało mi się bardzo dobrze i kończąc jeden rozdział, byłam ciekawa, kim będzie bohaterka kolejnego. Jedynie niezbyt do mnie trafił początek i zakończenie, krążące wokół Ammy i jej przedstawienia teatralnego. Na premierze wydarzenia spotyka się sporo z poznanych na wcześniejszych stronach postaci i już te ich krótkie spotkania, rozmowy, przemyślenia nie potrafiły mnie tak wciągnąć. Epilog – dla niektórych może przewidywalny, choć dla mnie akurat okazał się zaskoczeniem – też był taką trochę ckliwą formą zakończenia łączącego bohaterki. Mogłoby się bez tego obejść, ale i tak nie zepsuło mi to przyjemności lektury, bardzo się cieszę, że po tę książkę sięgnęłam 🙂

Przeczytane: 16.02.2026
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Andrew Smith – Księżycowy pył

Tytuł: Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię
Autor: Andrew Smith
Tytuł oryginału: Moondust: In Search of the Men Who Fell to Earth
Tłumaczenie: Rafał Lisowski
Literatura: brytyjska / amerykańska
Wydawnictwo: Czarne

Jestem od dawna fanką Serii Amerykańskiej Czarnego, ale z żalem muszę przyznać, że Księżycowy pył to zdecydowanie najsłabsza książka z serii – przynajmniej z tych, z którymi miałam dotąd okazję się zapoznać. Jej zagranicznego sukcesu nie rozumiem, tak jak i dość wysokich ocen, bo sama ledwo przebrnęłam przez ten reportaż.
Generalnie Smith wpadł na całkiem ciekawy pomysł. Kiedy na początku XXI wieku zaczął zbierać materiały do tej książki, wciąż żyło dziewięciu ze stąpających po Księżycu – astronautów, którzy w ramach misji kosmicznych wylądowali na srebrnym globie. Autor postanowił z nimi porozmawiać, zobaczyć, jak ułożyło się ich życie po zakończeniu wypraw w kosmos, dowiedzieć się nie tylko, jakie to było uczucie tam być, ale też jakie cele może mieć w życiu ktoś, kto już nawet chodził po Księżycu i może mieć poczucie, że osiągnął wszystko, co było do osiągnięcia. Szczerze powiedziawszy, pomysł na ten reportaż wydawał mi się wręcz fantastyczny, zwłaszcza gdy pomyślałam, że Smithowi udało się porozmawiać nie tylko z astronautami, ale też ich bliskimi czy innymi pracownikami NASA. Co więc poszło nie tak?
Niestety, bardzo dużo. Przede wszystkim fakt, że w tym reportażu astronauci wydają się tłem do własnych opowieści, przemyśleń i wspomnień autora. Jego własnych odniesień do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jest tyle, że wymiękłam naprawdę szybko – a drugie tyle mamy opisów jego podróży w poszukiwaniu bohaterów do swojego reportażu. Tytuły piosenek, których Smith słuchał w aucie, pojawiają się równie często jak wypowiedzi astronautów. Ponadto dobijało mnie, jak wybiórczo autor podchodził do tego, co warto umieścić w książce. Rozmowę z jednym z bohaterów podsumował: zapytałem go o X, Y, X… – i wymienił tu mnóstwo naprawdę ciekawych pytań dotyczących podróży w kosmos, po czym… zmienił temat, nie uznając w ogóle za istotne zaserwować czytelnikom odpowiedzi na te pytania. Owszem, zdarzało mu się wpleść w reportaż trochę ciekawostek i były one zdecydowanie najmocniejszą częścią książki, ale tonęły one w morzu Smithowego słowotoku.
I żeby to chociaż jeszcze było napisane dobrym językiem! Autor nie dość, że pisze mocno kolokwialnie, to jeszcze serwuje czytelnikom zdania w stylu: dla republikańskiego prezydenta kosmos to idealne ruchanko bez zobowiązań (o niedotrzymanych obietnicach powrotu do lotów w kosmos) czy pomysł, żeby pierdnąć człowiekiem w niebo, a potem wyłowić go z morza, kiedy będzie się unosił jak bezsilne niemowlę z śpioszkach z folii aluminiowej (o metodzie sprowadzania astronautów z powrotem na Ziemię). Czy muszę cytować dalej? Zresztą sam Smith się odniósł do zarzutów odnośnie swojego języka w – napisanym kilka lat później – posłowiu: Chwała Bogu, że nie widział pan pierwotnej wersji. Cóż, ja też się cieszę, że tej pierwotnej wersji nie widziałam. I chyba równie mocno cieszyłabym się, gdybym nie widziała i tej ostatecznej. Szkoda czasu.

Przeczytane: 2.02.2026
Ocena: 3/10

Opublikowany w Powieść historyczna

Bernard Cornwell – Pieśń miecza

Tytuł: Pieśń miecza
Autor: Bernard Cornwell
Tytuł oryginału: Sword Song
Tłumaczenie: Mateusz Pyziak
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Otwarte

Kolejny, czwarty już tom Wojen wikingów Cornwella czytało mi się równie dobrze jak wcześniejsze. Ta seria staje się dla mnie trochę takim guilty pleasure, bo powiedzmy sobie szczerze, nie są to wymagające lektury, każdy kolejny tom nie wnosi wiele więcej, ale… czyta się to szybko, wciąga, chce się wiedzieć co dalej, a bohaterów się lubi albo nie, jednak trudno być wobec nich obojętną. Wszystkich tomów raczej nie przeczytam, bo pewnie stwierdzę w końcu: ile można?, ale póki co Wojny wikingów świetnie sprawdzają mi się jako przerywnik między trudniejszymi lekturami.
W Pieśni miecza było więcej fikcji literackiej a mniej odniesień do prawdziwej historii niż w poprzedniej części i dla mnie to akurat stanowiło wadę tej książki – uwielbiam, jak Cornwell wplata legendy i ciekawostki historyczne w swoją opowieść. Tutaj mieliśmy wprawdzie odbicie Londynu z rąk wikingów, ale potem wydarzenia zaczęły się trochę rozmywać. Londyn miał być prezentem ślubnym dla córki króla Alfreda i to ta dziewczynka staje się poniekąd jedną z głównych bohaterek. A że o jej życiu z tamtego okresu niewiele wiadomo, autora poniosła wyobraźnia i nie wszystkie wydarzenia tu do mnie trafiły – zwłaszcza opisywane okiem Uhtreda 😉 . Dalej wciągało, ale już nie zachwycało jak wcześniej. I choć książka skończyła się kolejnym wojennym zwycięstwem głównego bohatera (bo jakże inaczej, krwawe bitwy to punkty kulminacyjne wszystkich tomów serii), to trudno nie współczuć księżniczce takiego zakończenia przygody… która historycznie nie miała miejsca 😉 . No ale bądźmy szczerzy, Wojen wikingów nie czyta się dla lekcji historii, ale dla czystej rozrywki, a tej – jak zwykle – nie brakowało.

Przeczytane: 2.02.2026
Ocena: 6/10

Opublikowany w Historia

Max Hastings – Wietnam

Tytuł: Wietnam. Epicka tragedia 1945-1975
Autor: Max Hastings
Tytuł oryginału: Vietnam: An Epic Tragedy, 1945-1975
Tłumaczenie: Wojciech Tyszka
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Literackie

Po Wietnam. Epicką tragedię 1945-1975 Hastingsa zabrałam się, kiedy sama ruszałam do Wietnamu i chciałam lepiej zrozumieć tło historyczne wydarzeń, które ukształtowały to państwo w jego obecnej formie. Oczywiście słyszałam co nieco o wojnie wietnamskiej, ale Hastings niemal od pierwszych stron udowodnił mi, jak niewielka była moja wiedza. A warto wziąć pod uwagę, że Brytyjczyk zaserwował czytelnikom prawdziwą cegłę, Wietnam liczy sobie dobre 1000 stron i lektura zajęła mi prawie 2 miesiące. O ile z początku mnie fascynowała, to w pewnym momencie zaczęła jednak nużyć – dużo ciekawsze były dla mnie opisy walk z Francuzami, dojścia do władzy Ho Chi Minha czy początki amerykańskiego zaangażowania. Im dalej w lekturę, tym jednak wolniej mi się czytało – dużo szczegółowych opisów różnych akcji militarnych, a także wyraźne sympatyzowanie autora z Amerykanami (którym jednak nie szczędzi krytyki, żeby nie było) i pogardliwe krytykowanie Wietnamczyków zaczęło mi w końcu działać na nerwy. Hastings często przytaczał wspomnienia wojenne żołnierzy i cywili, uważam to za prawdziwy smaczek tej lektury, nadający historii ludzkiego wymiaru, choć też nie obraziłabym się, gdyby było tego trochę mniej 😉 . Odniosłam też wrażenie, że autor bagatelizuje niektóre działania Amerykanów w Wietnamie, co najbardziej rzuciło mi się w oczy przy wspomnieniu o agencie Orange – użytej przez wojska substancji, o której tragicznych skutkach miałam okazję całkiem sporo dowiedzieć się podczas pobytu w Wietnamie. I tak, zdaję sobie sprawę, że komunistyczne władze tego państwa na pewno wyolbrzymiają wiele rzeczy, nie podobało mi się jednak, jak Hastings kompletnie próbował je oczerniać i odebrać im wiarygodność.
Epicka tragedia nie jest więc najlepszą książką historyczną, jaką miałam okazję w życiu przeczytać, ale niewątpliwie swój cel spełniła – w przystępny sposób (bo dobrego stylu literackiego na pewno nie można Hastingsowi odmówić) przybliżyła mi wojnę wietnamską. Poznałam wiele szczegółów dotyczących działań militarnych, decyzji politycznych oraz prywatnych odczuć ludzi, których ta wojna w różny sposób dotknęła. Na pewno będę chciała zgłębić jeszcze tę tematykę, ale jeśli chodzi o pierwsze, kompleksowe spojrzenie Wietnam okazał się dobrym wyborem.

Przeczytane: 29.12.2025
Ocena: 6/10

Opublikowany w Literatura piękna

Eliza Clark – Skrucha

Tytuł: Skrucha
Autorka: Eliza Clark
Tytuł oryginału: Penance
Tłumaczenie: Anna Fiałkowska
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Poznańskie

Kiedy polskie tłumaczenie Skruchy Clark trafiło na rynek, widziałam w internecie mnóstwo zachęcających komentarzy – na tyle zachęcających, że sama sięgnęłam po tę książkę. Zwłaszcza że opisy lektury też brzmiały ciekawie – miała to być powieść imitująca reportaż true crime, nie powiem, że nie zaintrygowało mnie to. Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia dziennikarza Aleca Carelliego, znanego autora true crime, który właśnie wydał swoją nową książkę właśnie pt. Skrucha. Miał to być reportaż o tragedii w małym brytyjskim miasteczku Crow-on-Sea, gdzie trzy nastolatki zamordowały swoją znajomą ze szkoły, a następnie próbowały zatuszować zbrodnię, podpalając dziewczynę.
Clark zaczęła więc z przytupem, bo książka zaczyna się od samego morderstwa, a dopiero potem autorka pod postacią Carelliego próbuje dojść do tego, co stało za zbrodnią, kim była ofiara oraz jej oprawczynie. Dotąd wszystko brzmi ok, nawet ciekawie, jednak szybko pojawiają się pierwsze ale… Pewnie odebrałabym Skruchę lepiej, gdybym czytała, a nie słuchała, bo w audiobooku niesamowicie mocno rzucały mi się w uszy dłużyzny. Clark nie tylko dodawała mnóstwo wątków pobocznych – ona je niesamowicie rozbudowywała, dodawała wątki poboczne od wątków pobocznych… Czasem słuchałam z dobrą godzinę i przez ten czas nie było ani słowa związanego z główną historią. W dniu, gdy do słuchania trafiła się opowieść o miejscowym aquaparku, naprawdę chciałam to wszystko po prostu przewinąć. Rozumiem, że zamysłem autorki było bardzo szczegółowe przedstawienie bohaterek, ale to było jednak przegięcie – myślę, że z dobre 3/4 opowieści nic nie wnosi do głównego wątku. Jeśli miałabym czytać tak rozwleczony reportaż, porzuciłabym go w połowie. Tu byłam ciekawa, co jeszcze autorka wymyśli, więc słuchałam dalej i w gruncie rzeczy końcówka się znów rozkręciła, bo Clark znów wróciła do głównej historii.
Druga rzecz, która może irytowałaby mnie mniej w formie pisanej, ale wręcz dobijała podczas słuchania, to język. Znów, rozumiem, że głównymi bohaterkami są nastolatki, że duża część historii to ich rozmowy czy wymieniane wiadomości lub posty w internecie, więc muszą być one pisane ich językiem. I może czytając, przeskakiwałabym wzrokiem te wszystkie powtarzane setki razy lmao, tbh czy wtf. Ale gdy po raz kolejny lektor kończył zdanie el-em-ej-oł, to po prostu wywracałam oczami, męczyło mnie też wysłuchiwanie raz za razem wszystkich dziwnych nazw użytkowników w internetowych dyskusjach (co pewnie też przeskakiwałabym wzrokiem, czytając). Zatem dobra rada z mojej strony: jeśli chcecie sięgnąć po Skruchę, zdecydujcie się na czytanie a nie słuchanie. Choć, tbh, moim zdaniem lepiej sięgnąć po jakąś bardziej wartościową książkę, ta mnie niesamowicie wymęczyła 😉

Przesłuchane: 9.12.2025
Ocena: 4/10

Opublikowany w Popularnonaukowa

Tom Phillips, Jonn Elledge – Spisek

Tytuł: Spisek. Czyli kto nam wszczepia czipy i inne popie***one teorie
Autorzy: Tom Phillips, Jonn Elledge
Tytuł oryginału: Conspiracy: A History of B*llocks Theories, and How Not to Fall for Them
Tłumaczenie: Maria Gębicka-Frąc
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Albatros

Czytałam już wcześniej dwie książki Phillipsa – Ludzi i Prawdę – nie powiem, żeby mnie zachwyciły, ale czytało się je całkiem dobrze i sporo było tam ciekawostek. Po napisanym wspólnie z Elledge Spisku spodziewałam się czegoś podobnego i choć, ogólnie rzecz ujmując, coś podobnego faktycznie dostałam, to jest to jednak książka mocno przeciętna.
Z założenia w Spisku autorzy prowadzą czytelników przez teorie spiskowe – zaczynając od samej definicji, przechodząc przez wieki aż po współczesną złotą erę teorii spiskowych, opowiadając o tym, czemu ludzie wierzą w rzeczy, które kompletnie nie trzymają się kupy i podając przykłady teorii, które jednak okazały się prawdą. Bo – żeby nie było – Phillips i Elledge nie uważają, że wszystkie teorie spiskowe są bzdurą, co więcej, podkreślają, że wiele kwestii, które ludzie zwykli nazywać teoriami spiskowymi, wcale nimi nie są. Nie da się jednak ukryć, że są ludzie, którzy wierzą w najbardziej absurdalne rzeczy i autorzy sporo takich ciekawostek wynaleźli.
Spisek jest więc lekturą ze sporym potencjałem, zwłaszcza w dzisiejszej erze teorii spiskowych, ale ten potencjał został słabo wykorzystany. Książka jest chaotyczna, niektóre wątki się powtarzają, język i styl – często mocno prześmiewczy – autorów kompletnie do mnie nie trafiają. Z drugiej strony sporo tu faktów i ciekawostek, które bym chętnie zgłębiła dalej, więc też nie uważam, że czas poświęcony na lekturę był kompletnie zmarnowany. Ale mogłoby być lepiej, zdecydowanie 😉

Przeczytane: 30.11.2025
Ocena: 5/10

Opublikowany w Historia

Sinclair McKay – Drezno 1945

Tytuł: Drezno 1945. Ogień i mrok
Autor: Sinclair McKay
Tytuł oryginału: The Fire and the Darkness: The Bombing of Dresden, 1945
Tłumaczenie: Jan Dzierzgowski
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Znak Koncept

Trochę o bombardowaniach podczas II wojny światowej już czytałam, ale nigdy tak szczegółowo o jednym mieście. A Drezno stało się już symbolem wojennych nalotów, bo mało które miasto ucierpiało aż tak podczas alianckich ataków. Legendę zniszczenia Drezna pomógł budować też Vonnegut w swojej słynnej powieści Rzeźnia numer 5, bo ten amerykański pisarz sam przeżył to bombardowanie jako jeniec wojenny. Jego postać też się przewija w książce McKay’a, bo autor postanowił przeplatać historię miasta i nalotów z losami zwykłych ludzi – zarówno tych przebywających wtedy w Dreźnie (mieszkańców, uchodźców, jeńców wojennych), jak i Brytyjczyków oraz Amerykanów uczestniczących w nalotach. Bardzo lubię takie opowiadanie o historii, bo nadaje jej ono dużo bardziej ludzki wymiar. Bombardowanie Drezna to w końcu nie tylko decyzje polityczne, daty i wydarzenia, ale przede wszystkim ogrom ludzkich tragedii. Do tego w książce pojawia się sporo refleksji, nie tylko ze strony autora, ale też i bohaterów książki. Przede wszystkim mocno poruszający temat, czy to zbrodnia przeciw ludzkości, gdy wojna redefiniuje pojęcia, a historię piszą zwycięzcy, szczególnie gdy ocaleni też mają świadomość, że ich miasto nie zostałoby zrównane z ziemią, gdyby ich kraj nie rozpoczął wojny…
Pod względem doboru historii Drezno 1945 to niesamowicie wciągająca książka – sporo się z niej dowiedziałam i z ciekawością doszukiwałam jeszcze dodatkowych informacji. Podobało mi się, że McKay wspominał nie tylko o ludziach, ale też i zwierzętach (choćby w zoo czy cyrku), one przecież też cierpiały. Ciekawostką były też ostatnie rozdziały dotyczące odbudowy Drezna po wojnie, chociaż nie wciągnęły mnie tak jak główna opowieść. Największą wadą tej lektury okazał się dla mnie język McKay’a (albo tłumaczenie, bądź też obie te rzeczy jednocześnie – oryginału nie czytałam): często potoczny, pełen niepasującego do książki historycznej słownictwa. Zabrakło mi też lepszego przedstawienia losów bohaterów reportażu poza tymi kilkoma dniami – kim byli wcześniej, co się stało z nimi potem… Choć czasem autor faktycznie przedstawiał – zazwyczaj pokrótce – dalsze losy niektórych osób (zwłaszcza tych bardziej znanych), to fajnie byłoby jednak wiedzieć coś więcej. Mimo tych niedociągnięć, wciąż uważam, że Drezno 1945 to bardzo dobra książka, warto było ją przeczytać.

Przeczytane: 13.10.2025
Ocena: 7/10