
Autor: Siddharth Kara
Tytuł oryginału: Cobalt Red. How the blood of the Congo powers our lives
Tłumaczenie: Hanna Pustuła-Lewicka
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: W.A.B.
Mam problem z oceną takich reportaży. Z jednej strony Krwawy kobalt to książka ważna i potrzebna, a Kara włożył ogrom pracy i wielokrotnie ryzykował, by zebrać materiały i przedstawić rzetelny obraz sytuacji. Z drugiej jednak strony bardzo nie trafił do mnie jego sposób opowiadania o wydobyciu kobaltu w Demokratycznej Republice Konga. Już pominąwszy to, że samego autora było w tej książce dużo, za czym nie przepadam, ale też rozumiem, że chciał pokazać na własnych doświadczeniach trudności związane z pracą nad zbieraniem materiałów w DRK. Brakowało mi jednak szerszej kongijskiej perspektywy – Kara w końcu rozmawiał z wieloma Kongijczykami, ale większość tych wywiadów streszczał do własnego komentarza, że rozmowy te były podobne i wszyscy ci ludzie doświadczyli pracy w strasznych warunkach, dodając akapit-dwa czyjejś wypowiedzi. Nie wątpię, że wiele osób w kongijskich kopalniach ma podobne doświadczenia, wciąż jednak ludzie mają indywidualne odczucia i na szerszym ich przedstawieniu reportaż by niewątpliwie sporo zyskał. Druga kwestia, która mocno mnie irytowała, to nieustanne oceny autora. Czy naprawdę książka ta jest skierowana do czytelników, którym trzeba w kółko powtarzać, że praca dzieci czy niebezpieczne warunki pracy to coś strasznego i okropnego? Czy jednak założymy, że czytelnik ma na tyle swojego rozumu, iż sam opis koszmarnych warunków pracy wystarczy mu, by samemu dojść do takich wniosków? Kara widać wychodzi z tego pierwszego założenia.
Nie da się jednak zaprzeczyć, że Krwawy kobalt to poruszający reportaż. To, jak wyglądają kopalnie kobaltu w DRK, naprawdę woła o pomstę do nieba i powinno być nagłaśniane na wszelkie możliwe sposoby. Słyszałam i czytałam już trochę na ten temat, jednak książka Kary zaprezentowała mi dużo szerszy obraz sytuacji. Autor odwiedził wiele kopalni i punktów skupu kobaltu, rozmawiał nie tylko z robotnikami, ale też rodzinami ofiar i z ludźmi, którzy po wypadkach przy pracy pozostaną już niepełnosprawni do końca życia. Kara udowadnia, że wielkie koncerny nie dbają o to, by w ich kopalniach pracowali tylko dorośli oraz że ludzie wykonujący najgorszą pracę jak zwykle zarabiają ułamek kwot, którymi obraca się przy handlu kobaltem. Warto sięgnąć po tę książkę choćby po to, żeby zobaczyć, w jakich warunkach wydobywa się surowiec, bez którego nasza elektronika na baterie nie mogłaby funkcjonować. Żeby, sięgając po smartfona kupionego za kilkaset dolarów, pomyśleć, że ktoś inny wydobycie kobaltu przypłacił życiem lub zdrowiem, zarabiając w kopalni dniówkę w wysokości dolara czy dwóch. Kara dobrze udokumentował tu niewolniczą pracę Kongijczyków i brak innych możliwości wyboru pracy, wciąż jednak zabrakło mi tu szerszej perspektywy. Są wątki historyczne: Livingstone, Stanley, król Leopold, ale można tu było też szerzej omówić sytuację polityczną, no i przede wszystkim dalszą drogę kobaltu i działania wielkich korporacji – producentów sprzętu elektronicznego. Całościowo książkę oceniam jako dobrą ze względu na wagę omawianej problematyki, uważam jednak, że dałoby się ten temat przedstawić dużo lepiej.
Przeczytane: 1.07.2025
Ocena: 6/10








