Opublikowany w Historia

John Barton – A History of the Bible

Tytuł: A History of the Bible. The Book and its Faiths
Autor: John Barton
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Allen Lane

Kiedy sięga się po Historię Biblii napisaną przez kogoś, kto jest jednocześnie księdzem, teologiem i biblistą, nie da się zastanawiać, co przeważy – podejście księdza czy historyka? Na szczęście Barton stanął na wysokości zadania i jego własne przekonania nie mają wpływu na treść książki. A choć lektura wymagała ode mnie dużo poświęconego czasu i uwagi, naprawdę sporo się z niej dowiedziałam.
W Historii Biblii autor opowiada najpierw o powstaniu Starego i Nowego Testamentu i osobiście uważam, że jest to najciekawsza i najlepsza część książki. Barton przedstawia różne teorie dot. czasu powstania poszczególnych fragmentów oraz kto za nimi stoi – wielokrotnie podkreślając, że teorie te są bardziej lub mniej wiarygodne, jednak 100% pewności mieć już nigdy nie będziemy. Co więcej, nie posiadamy nawet oryginalnych teksów, a co zostało zmienione na przestrzeni wieków (przypadkowo lub celowo), co pogubiło się w tłumaczeniu, co nie trafiło do tzw. kanonu – to wszystko mogłoby mieć ogromny wpływ na obecny kształt judaizmu i chrześcijaństwa. Zresztą na religie mają wpływ nie tylko święte teksty, ale – może nawet bardziej niż one – ich interpretacje. Barton szczegółowo opowiada, jak interpretowano Biblię na przestrzeni wieków, jak zmieniało się podejście do niektórych fragmentów, a także, jak odmiennie do zrozumienia tych samych tekstów podchodzą Żydzi i chrześcijanie (ba, jak odmiennie potrafią podchodzić wyznawcy różnych odłamów chrześcijaństwa).
Nie cała Historia Biblii trafiła do mnie jednakowo. Jak już wspomniałam, najlepsza była część o powstawaniu samego Pisma, ale późniejsze rozdziały bywały gorsze i lepsze. Czasy późnej starożytności i średniowiecza zostały opisane dość nudno, oświecenie, reformacja były ciekawsze, choć zbyt ogólnikowe. Bardzo za to przypadł mi do gustu rozdział o tłumaczeniach Biblii na przestrzeni wieków – znów mnóstwo fascynujących ciekawostek i historii.
To nie jest krótka książka, do tego zawiera mnóstwo (nie zawsze krótkich) cytatów, zarówno z Biblii, jak i z różnych późniejszych interpretacji. Te fragmenty są często napisane mniej przystępnym językiem (czytałam książkę po angielsku i choć dobrze czuję się z tym językiem, to jednak pojawiało się tu dużo konstrukcji i słów, z którymi dotąd nie miałam do czynienia), co również wymaga większej uwagi i wolniejszego czytania. Na pewno nie wszystko z lektury zapamiętam, ale Historia Biblii Bartona wiele ułożyła w mojej głowie i udowodniła, że zaskakująco niewiele wiedziałam w temacie. Myślę, że to świetna książka dla każdego zainteresowanego historią religii – niezależnie czy wierzącego czy nie. No dobra, jeśli święcie wierzysz, że każde pojedyncze słowo z Biblii jest prawdą objawioną i tak musiało być, to pewnie lektura do ciebie nie trafi. Ale jeśli rozumiesz, że w Piśmie obok fragmentów historycznych jest też mnóstwo alegorii, legend i opowieści mających nieść moralne nauki, no i ciekawi cię, jak to wszystko najprawdopodobniej powstało… to warto przeczytać, naprawdę 🙂

Przeczytane: 14.02.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Publicystyka, Reportaż

Annie Jacobsen – Wojna nuklearna

Tytuł: Wojna nuklearna. Możliwy scenariusz
Autorka: Annie Jacobsen
Tytuł oryginału: Nuclear War. A scenario
Tłumaczenie: Michał Strąkow
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Insignis

Kolejny reportaż, który trudno mi zaklasyfikować do reportaży, bo Wojna nuklearna Jacobsen to właśnie – jak wskazuje podtytuł książki – tylko możliwy scenariusz. Może się on ziścić, może nie, a nawet jeśli, to wcale niekoniecznie w takiej formie, jak zaprezentowana przez autorkę. Jakkolwiek jednak byśmy tej lektury nie zaszufladkowali, nie da się zaprzeczyć, że jest ona niesamowicie wciągająca i jednocześnie przerażająca.
Jacobsen zapoznała się z ogólnie dostępnymi i odtajnionymi dokumentami, rozmawiała z mnóstwem osób związanych z przemysłem wojennym oraz nauką – wszystkimi tematami, które mogłyby pomóc lepiej sobie wyobrazić, jak wyglądałaby wojna nuklearna. Autorka ukazuje, jak w ciągu kilku godzin pojedynczy atak doprowadziłby do reakcji łańcuchowej, zaangażowania wielu państw i końca świata, jaki znamy. Jak to podobno ujął Einstein: czwarta wojna będzie toczyć się na kije i kamienie, bo wojna nuklearna właściwie zniszczy naszą cywilizację. Jacobsen przedstawia scenariusz minuta po minucie, sekunda po sekundzie – od wykrycia wystrzelonego pocisku, przez rozważania, co robić, pierwsze wybuchy, pierwsze reakcje odwetowe i coraz większy chaos, coraz większe zniszczenie. To straszna wizja, ale naprawdę ciekawie opisana, nie da się przestać czytać, gdy się już zacznie…
Wojna nuklearna nie jest jednak książką idealną – może irytować skupienie się autorki głównie na Stanach Zjednoczonych, do tego Korea Północna i Rosja jako przeciwnicy w wojnie… a co z resztą świata i jego reakcją lub zaangażowaniem? Do tego Jacobsen trzyma się przez całą książkę ściśle stworzonego przez siebie scenariusza, a fajnie by było jednak, gdyby zaprezentowała jakieś plany B i C, inne możliwe reakcje, nawet jeśli koniec i tak byłby podobny… Ale choć trochę mi to zgrzytało, nie zepsuło jednak odbioru całej lektury. Wiele szczegółów i ciekawostek było mi kompletnie obcych, więc choć to tylko możliwy scenariusz, wciąż idzie się z książki sporo dowiedzieć. Wizje apokaliptyczne (czasem aż nadmiernie zbeletryzowane) przeplatają się z badaniami naukowymi i lekcjami historii, a także wypowiedziami polityków i naukowców. Naprawdę warto przeczytać.

Przeczytane: 13.02.2025
Ocena: 8/10

Opublikowany w Publicystyka

Dipo Faloyin – Afryka to nie państwo

Tytuł: Afryka to nie państwo
Autor: Dipo Faloyin
Tytuł oryginału: Africa is not a country
Tłumaczenie: Wojciech Charchalis
Literatura: nigeryjska
Wydawnictwo: Literackie

Wbrew internetowej klasyfikacji, nie nazwałabym Afryka to nie państwo reportażem. Dla mnie to bardziej zbiór esejów nigeryjskiego pisarza, który w często humorystyczny sposób udowadnia czytelnikom – nie okłamujmy się, głównie białym 😉 – że kontynentu afrykańskiego nie można postrzegać jako spójnej całości. Faloyin opowiada, jak na państwach Afryki odbił się kolonializm, jaki miał wpływ na dalszą historię i politykę tych krajów. Dlaczego w wielu z nich dochodziło potem do wojen domowych, kim byli obejmujący władzę dyktatorzy i jak biali zbawcy szkodzili ludności danych państw, święcie wierząc, że pomagają. Choć autor omawia różnorodne problemy, często wspólne dla części Afryki, to jednak za każdym problemem stoi konkretne państwo i jego mieszkańcy. Zagraniczne media mają ogromną tendencję, by postrzegać Afrykę w konkretny sposób – i w tym punkcie widzenia nie mieszczą się ogromne metropolie, ciekawe zabytki, różnorodność kulturowa i językowa ani wykształceni ludzie, którzy najlepiej wiedzą, co jest dla nich dobre. Z uśmiechem czytałam, jak Faloyin opisywał sposób na film lub książkę o Afryce, a nie mogłam się oprzeć złości chociażby przy rozdziale o skradzionych dobrach, których europejskie i amerykańskie muzea nie zamierzają oddawać.
Choć polityczna sytuacja wielu państw afrykańskich nie była mi obca, to i tak z ciekawością czytałam te opowieści w zestawieniu z nowymi dla mnie tematami. Jednak najbardziej przypadła mi do gustu część kulturowa – film, literatura, muzyka, zabytki; zarówno z punktu widzenia mieszkańców Afryki, jak i pozostałych kontynentów (znów, głównie Ameryki Północnej i Europy). Książka jest bardzo różnorodna – nie tylko tematycznie, ale i geograficznie, bo Faloyin starał się przedstawiać opowieści i ciekawostki z różnych krajów, nawet jeśli najwięcej skupiał się na rodzinnej Nigerii. Nie każdy rozdział wciągnął mnie tak samo, nie zawsze humor autora do mnie trafiał, myślę jednak, że jest to ciekawa i wartościowa lektura, z którą dobrze się zapoznać. Bo ja tak nagle zdałam sobie sprawę, że pewnie części państw afrykańskich nie umiałabym pokazać na mapie, wielu z nich nie znam stolic, nie mówiąc nawet o nazwiskach przywódców… I tak naszło mnie na uzupełnianie tej wiedzy 🙂

Przeczytane: 11.02.2025

Opublikowany w Literatura piękna

Anthony Doerr – Miasto w chmurach

Tytuł: Miasto w chmurach
Autor: Anthony Doerr
Tytuł oryginału: Cloud Cuckoo Land
Tłumaczenie: Jerzy Kozłowski
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Poznańskie

Widząc całkiem sporo pozytywnych recenzji Miasta w chmurach i mając pozytywne doświadczenie z wcześniejszą powieścią Doerra, sięgnęłam po tę książkę. Jest to powieść szkatułkowa, której bohaterów łączy fikcyjna książka z czasów starożytnej Grecji – dotyczy ona poszukiwania legendarnego miasta w chmurach, Chmurokukułkowa… I bardzo się cieszę, że angielski tytuł Cloud cuckoo land nie trafił w tym tłumaczeniu na polską okładkę, bo jednak”Miasto w chmurach brzmi dla mnie bardziej zachęcająco niż Chmurokukułków 😉 . Doerr przenosi czytelników w trzy różne epoki: do XV wieku, gdzie obserwujemy upadek Konstantynopola, do XX-XXI wieku – od wojny koreańskiej po przedstawienie teatralne w amerykańskiej bibliotece, aż do przyszłości, w której ludzkość próbuje przenieść się na inną planetę. Początkowo autor wprowadzał piątkę głównych bohaterów w sposób dość chaotyczny – liczne krótkie rozdziały, przeskakiwanie między bohaterami, różne czasy i miejsca… Nie czytało mi się tego najlepiej, pierwszych kilkadziesiąt stron lektury nieco mnie wymęczyło. Ale nie wiedzieć kiedy wciągnęłam się w fabułę, polubiłam bohaterów, zaciekawiło mnie, w którą stronę potoczy się dalej akcja. Ku mojemu zaskoczeniu losy Anny i Omeira, z których punktu widzenia poznajemy oblężenie Konstantynopola, wciągnęły mnie najmniej. Najciekawsza zdecydowanie okazała się misja kosmiczna dążąca do nowej planety, która miałaby zastąpić Ziemię. Wszystkie historie splatają się jednak w całość w gładki sposób, choć zakończenie – zwłaszcza historii Konstance – pozostawiało dla mnie wiele do życzenia. Ale potraktowałam Miasto w chmurach jako lekką lekturę i w tej roli sprawdziło się świetnie – książka była wciągająca, dobrze napisana, z wartką akcją i wyrazistymi bohaterami. Początkowo trochę przypominała mi Atlas chmur Mitchella, jednak powieść Doerra zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu 🙂

Przeczytane: 9.02.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Reportaż

Lena Khalid – Córki chmur

Tytuł: Córki chmur. O kobietach z Sahary Zachodniej
Autorka: Lena Khalid
Literatura: polska
Wydawnictwo: Poznańskie

Lenę Khalid – Polkę na pustyni – obserwuję w internecie już od dawna; to jej instagram oraz reportaż Sabeli Wszystkie ziarna piasku przybliżyły mi temat okupacji Sahary Zachodniej. Dlatego z ciekawością sięgnęłam po debiutancką książkę Khalid Córki chmur poświęconą kobietom z tej ostatniej afrykańskiej kolonii. W internetowej twórczości Khalid pasuje mi jej nieowijanie w bawełnę oraz emocjonalność, bałam się jednak, jak sprawdzi się to w reportażu. Na szczęście autorce udało się oddać głos Saharyjkom, samej pozostając niemal niewidoczną – osobiście nie lubię, gdy w reportażu autor za bardzo zwraca na siebie uwagę i cieszę się, że w przypadku Córek chmur udało się tego uniknąć. A doświadczenia i przeżycia niektórych z bohaterek były takie, że podejść bezemocjonalnie się do nich nie dało, trafiło jednak do mnie to, w jaki sposób Khalid pisze o tragicznych wydarzeniach w życiu Saharyjek, ze współczuciem i bez oceniania.
Każdy rozdział to opowieść o jednej kobiecie, czyta się je szybko i lekko, mimo nieraz bardzo trudnej tematyki. Autorka starała się tak ułożyć te opowieści, by poznać nie tylko ich bohaterki, ale też wycinek historii i sytuacji politycznej Sahary Zachodniej. Osobiście tej części historycznej / politycznej z chęcią widziałabym tu więcej, te wątki zostały tu potraktowane zbyt pobieżnie i gdybym nie czytała wcześniej sporo o Saharze, po lekturze Córek chmur pozostałby mi niedosyt informacyjny. Naturalnie rozumiem, że w centrum książki stały kobiety i ich życiorysy, jednak ich życie wygląda tak a nie inaczej właśnie przez historię i politykę. Mimo to nie da się ukryć, że same opowieści o Saharyjkach niesamowicie mnie wciągnęły i też nie obraziłabym się, gdyby były one bardziej rozbudowane.
Warto sięgnąć po Córki chmur Khalid, nawet jeśli prosty język książki może świadczyć o tym, że jest to debiut autorki. Reportaż porusza ważną tematykę, właściwie niepojawiającą się w polskich mediach, a gdy się już pojawia, to kobieca perspektywa schodzi na jeszcze dalszy plan. Khalid oddała głos Saharyjkom, pokazała ich kulturę, zwyczaje, walkę o wolność, podejście do miłości i bliskich. To niezwykle ciekawy reportaż, pobudzający wyobraźnię… nawet jeśli niektórych obrazów zdecydowanie nie chcemy sobie wyobrażać.

Przeczytane: 3.02.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Biografie i wspomnienia, Reportaż

Blaine Harden – Urodzony w obozie nr 14

Tytuł: Urodzony w obozie nr 14
Autor: Blaine Harden
Tytuł oryginału: Escape from Camp 14
Tłumaczenie: Maciej Antosiewicz
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Świat Książki

Nie jest to pierwsza książka poświęcona Korei Północnej, jaką czytałam, więc wiele szczegółów dotyczących łamania praw człowieka w tym kraju nie było mi obcych. Jednak biografia Shina jest na swój sposób wyjątkowa, bo był pierwszą szerzej znaną osobą, która urodziła się w obozie dla więźniów politycznych i uciekła za granicę. Co więcej, Shin urodził się w obozie 14, uważanym za jeden z tych o najostrzejszym rygorze. Chłopak nie tylko nie znał świata poza Koreą Północną – on nie znał nawet Korei, nie poddano go standardowemu praniu mózgu. Urodził się w obozie, by pracować i pokutować za grzechy rodziców, aż do przedwczesnej śmierci – po co mu było wiedzieć cokolwiek o Korei? Wiedza o państwie to jedno, Shina nie nauczono jednak tak podstawowych rzeczy jak miłość i troska, własną rodzinę uważał za konkurentów w walce o przeżycie, a donoszenie na nich wpojono mu jako podstawowy obowiązek.
Harden wielokrotnie rozmawiał z Shinem, a także z wieloma specjalistami od Korei Północnej. Potwierdzali oni wiarygodność zeznań uciekiniera – w końcu jego historii nie da się zweryfikować, wszyscy jego bliscy już zapewne nie żyją, a państwo zaprzecza istnieniu obozów. Amerykański dziennikarz zebrał jednak w całość historię Shina, przeplatając ją znanymi faktami nt. koreańskich obozów koncentracyjnych oraz życia i zwyczajów uciekinierów z Północy po przybyciu do Chin, Korei Południowej czy Stanów Zjednoczonych. Książkę pomimo trudnej tematyki czyta się zaskakująco lekko, ale głównego bohatera ciężko darzyć sympatią, nawet jeśli współczuje się mu jego doświadczeń życiowych. Urodzony w obozie nr 14 skupia się jednak na Shinie i jego przeżyciach, warto więc wcześniej zapoznać się z inną lekturą dot. Korei Północnej (moja mocna polecajka: Światu nie mamy czego zazdrościć Demick), a książkę Hardena potraktować jako ciekawe uzupełnienie.

Przeczytane: 1.02.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Reportaż

Anna Malinowska – Brunatna kołysanka

Tytuł: Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci
Autorka: Anna Malinowska
Literatura: polska
Wydawnictwo: Agora

Opis książki mnie zmylił – spodziewałam się tu więcej o działalności Lebensbornu i porwaniach oraz zniemczaniu dzieci, które wyglądały na aryjskie. Oczywiście ten wątek Malinowska też dość mocno zgłębiła, ale Brunatna kołysanka to reportaż o zdecydowanie szerszej tematyce. Dla mnie to jednak zaleta, więc choć dostałam nie do końca to, czego się spodziewałam, to myślę, że książce wyszło to tylko na dobre.
Są tu więc historie dzieci odebranych rodzicom w Polsce i wysłanych do Niemiec w celu wychowania ich na Niemców. Są odebrane dzieci przymusowych robotników wywiezionych do Rzeszy – wcale niekoniecznie polskiego pochodzenia, a pochodzenie niektórych do dziś pozostało nieznane. Niektóre z nich mogły faktycznie urodzić się Niemcami, ale kto by to był w stanie udowodnić w powojennym chaosie? Dla mnie Brunatna kołysanka to książka o przymusowo przesiedlanych dzieciach, z którymi nikt się nie liczył. Jedyne, co się liczyło, to polityka – Niemcy wykrwawiający się na froncie wschodnim potrzebowali nowych Niemców, Polacy wykrwawieni latami wojny i okupacji potrzebowali nowych Polaków. Tragedia czy dobro dzieci nikogo nie interesowały. I o ile dziecka szukali zrozpaczeni rodzice i bliscy – miało to wszystko sens, nawet jeśli maluch nie pamiętał ani ich ani języka polskiego. Ale zabieranie niemówiącego po polsku dziecka od kochającej go niemieckiej rodziny na tułaczkę po przemocowych sierocińcach, bo w Polsce nikt bliski nie został…? Niektóre ówczesne decyzje polityczne nie mieszczą się w głowie współczesnemu człowiekowi.
Malinowska opowiada też o katowickim adwokacie Romanie Hrabarze, który po wojnie zajmował się odzyskiwaniem odebranych przez Niemców dzieci. Dowiadujemy się o sytuacji politycznej i trudnościach, z jakimi adwokat musiał się mierzyć. Książka napisana jest bardzo dobrze, płynnie przechodzi się z historii na historię, z tematu na temat, a wszystko tworzy spójną całość. Temat na pewno nie jest wyczerpany, ale autorka zebrała wiele różnorodnych historii i ukazuje czytelnikom ciekawy przekrój problemów: każda sytuacja była indywidualna, każde dziecko było oddzielnym człowiekiem – jedne były przeszczęśliwe, że odnalazły rodziców, inne chciały uciekać z Polski do niemieckiej Mutti. Nic tu nie było czarno-białe i Malinowskiej świetnie udało się uchwycić kompleksowość tej problematyki. Brunatna kołysanka to ciekawy i poruszający reportaż, warto się z nim zapoznać.

Przeczytane: 30.01.2025
Ocena: 8/10

Opublikowany w Reportaż

Tomáš Forró – Gorączka złota

Tytuł: Gorączka złota. Jak upadała Wenezuela
Autor: Tomáš Forró
Tytuł oryginału: Zlatá horúčka: Venezuela – od ropnej veľmoci k úpadku ľudskej civilizácie
Tłumaczenie: Andrzej S. Jagodziński
Literatura: słowacka
Wydawnictwo: Czarne

Twórczość Forró przypadła mi do gustu już podczas lektury świetnego reportażu z Donbasu, dlatego też z ciekawością sięgnęłam po jego kolejną książkę. Gorączka złota opowiada o współczesnym upadku Wenezueli, a ja, choć miałam świadomość o kryzysowej sytuacji w tym kraju, kompletnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak szybko i źle wszystko poszło… Tymczasem słowacki dziennikarz odwiedzał Wenezuelę kilkukrotnie w ciągu ostatnich kilkunastu lat i na własne oczy mógł obserwować, jak ten bogaty turystyczny raj zmienia się w państwo upadłe, niebezpieczne nie tylko dla turystów, ale i dla własnych obywateli.
Gorączka złota opiera się głównie na ostatniej podróży Forró do Wenezueli, którą przerwał wybuch pandemii. Reportaż nie obejmuje więc wydarzeń od 2021 roku oraz wpływu samej pandemii na kraj, ale wciąż świetnie obrazuje upadek państwa, którego nie dotknęła wojna. Wenezuelę zniszczyli politycy oraz nadmierne zaufanie do stałych przychodów z ropy naftowej, no i przyzwyczajenie społeczeństwa do tego, że państwo ma pieniądze i zawsze pomoże. Gdy pieniądze się skończyły, a do władzy doszedł Maduro, opierając swoją władzę właściwie tylko na przemocy i łapówkach, szybko okazało się, że nie ma już czego ratować. Forró skupia się głównie na tzw. Łuku Górniczym, kopalniach złota na terenach indiańskich, gdzie w krótkim czasie lokalne wspólnoty musiały stawić czoło nie tylko wenezuelskiej armii, ale też kolumbijskiej partyzantce. Jest to bardzo ciekawa tematyka, jednak biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary reportażu, czułam pewien niedosyt. Zwłaszcza szersza perspektywa, dotycząca sytuacji w całej Wenezueli, a nie tylko w wybranym regionie, wydawała mi się za ogólna, brakowało mi tu więcej wypowiedzi miejscowych, głębszej analizy. W efekcie Gorączka złota nie wciągnęła mnie aż tak jak Apartament w hotelu Wojna, jednak stanowiła świetne wprowadzenie do tematu, który z ciekawością teraz zgłębię dalej.

Przeczytane: 25.01.2025
Ocena: 7/10

Opublikowany w Fantastyka

Brandon Sanderson – Rytm wojny (t.2)

Tytuł: Rytm wojny. Tom II
Autor: Brandon Sanderson
Tytuł oryginału: Rhythm of War
Tłumaczenie: Anna Studniarek-Więch
Literatura: amerykańska
Wydawnictwo: Mag

Rozdzielenie w polskim wydaniu Rytmu wojny na dwie części sprawia, że ta pierwsza mi się momentami dłużyła, druga zaś okazała się świetna i wciągająca. Sanderson serwuje tutaj to, co w fantastyce uwielbiam najbardziej – dalsze rozbudowywanie i wyjaśnianie prawideł rządzących wykreowanym światem. Dowiadujemy się więc więcej o dawnych czasach, naturze sprenów, historii walki parshendi, tworzeniu fabriali, no i o samych dźwiękach Rosharu. Wszystko to zgrabnie przeplata się z bardziej żywiołową akcją, jednak główne wydarzenia dotyczą tu tylko trzech postaci. Kaladin wciąż walczy z depresją, a mimo to robi wszystko, by ocalić Urithiru. Pojmana Navani prowadzi badania nad światłem – dość ciekawe, choć momentami nużące. Venli zaś próbuje dojść do ładu z samą sobą i chyba ten wątek najmniej do mnie trafił. Mało było w tym tomie Shallan i Adolina, którego uwielbiam, jednak jego proces w twierdzy Honorsprenów był jednym z najmocniejszych punktów całej książki. Całość – jak zwykle – bardziej pochłaniałam, niż czytałam, wciągnęło mnie niesamowicie, aż nie chciało się przerywać lektury 🙂
Rytm wojny pozostawił wiele otwartych wątków, jednocześnie dając odpowiedzi na pytania postawione w poprzednich książkach. Bez spojlerów, ale podoba mi się sposób, w jaki Sanderson zbudował napięcie w ostatnich rozdziałach – i czego możemy się spodziewać po tomie piątym. No i ciekawe, czyje wspomnienia wtedy poznamy 🙂 . W Rytmie wojny retrospekcje Venli trafiły do mnie najmniej z dotychczasowych (ale generalnie nie jest to moja ulubiona postać), z drugiej jednak strony mogę liczyć na to, że w kontynuacji będzie więcej Kaladina, Szetha, Dalinara… a to zapowiada przyspieszenie akcji. Archiwum burzowego światła wciąż trzyma dla mnie wysoki poziom i cieszę się, że zebrałam się za lekturę akurat teraz, gdy premiera kolejnego tomu odbędzie się w przyszłym miesiącu 🙂

Przeczytane: 24.01.2025
Ocena: 9/10

Opublikowany w Reportaż

Agnes Tołoczmańska, Małgorzata Węglarz – Mamy trupa i co dalej

Tytuł: Mamy trupa i co dalej. Od umierania do pochowania
Autorki: Agnes Tołoczmańska, Małgorzata Węglarz
Literatura: polska
Wydawnictwo: RM

Na start zaznaczę: spójrzcie na tytuł. I jeśli mówienie w taki sposób o śmierci was razi – po książkę nie ma co sięgać, bo luźnych komentarzy i żartów (dla mnie nie zawsze śmiesznych) w Mamy trupa i co dalej trochę będzie i może to czytelnika irytować. Ja z tym problemu nie mam, zresztą po samym tytule nastawiłam się na taki a nie inny styl opowiadania, więc zdarzyło mi się nieraz uśmiechnąć. Choć ciężko mi też tę książkę nazwać reportażem, w gruncie rzeczy trudno ją nawet przypisać do jednej kategorii.
Mamy trupa… powstało jako efekt współpracy dwóch kobiet. Tołoczmańska to tanatokosmetolożka, edukująca w sieci nt. śmierci i branży pogrzebowej. Węglarz to pisarka, którą te tematy też interesują – czytałam już wcześniej jej reportaż pt. Wszystko, co powinieneś wiedzieć, zanim umrzesz. Tamta książka była napisana poważniejszym językiem i nie zaprzeczę, że trafiła do mnie bardziej – może też dlatego, że w Mamy trupa… autorka część tematów powtórzyła. W efekcie dużo lepiej mi się czytało rozdziały poruszające inne kwestie, nie miałam wtedy poczucia wtórnej lektury. Jednak jeśli dla kogoś to nowa tematyka (czyli ani nie czytał innej książki w temacie, ani nie był organizatorem czyjegoś pogrzebu), może tu znaleźć sporo ciekawostek przedstawionych w przystępny sposób. Niektóre informacje są oczywiste, więc poświęcenie im większej uwagi może trochę nudzić, inne z kolei zaskoczyły mnie i zaciekawiły.
Warto też wspomnieć o ładnym wydaniu książki – jako osoba w 90+% czytająca ebooki, rzadko mam okazję trzymać w ręku fajnie wydany papier. Tutaj mamy barwione brzegi, ładne ilustracje, wyraźnie zaznaczone przejścia między rozdziałami – z drugiej strony jest tego na tyle dużo, że choć książka liczy sobie 264 strony, lektura zajęła mi zaledwie 2 godziny. Dlatego jeśli sięgacie po Mamy trupa…, szukajcie wersji papierowej 😉

Przeczytane: 23.01.2025
Ocena: 6/10