
Autorka: Virginia Woolf
Tytuł oryginału: Mrs. Dalloway
Tłumaczenie: Krystyna Tarnowska
Literatura: brytyjska
Wydawnictwo: Znak
Podobno Virginia Woolf napisała Panią Dalloway po lekturze Ulissesa Joyce’a i jeśli taka faktycznie była inspiracja, to powieść Angielki podpasowała mi tu jednak bardziej. Może ze względu na swoją długość, bo Ulisses był dla mnie niemożebnie rozwleczony, może przez bardziej przystępny język, bez zmiany formy z rozdziału na rozdział, swój wpływ pewnie miała też tematyka. Bo choć Pani Dalloway też została przedstawiona w formie strumienia świadomości, to Woolf w przemyśleniach swoich bohaterów nie skacze tak bardzo z tematu na temat, skupiając się raczej na chwili obecnej lub wspomnieniach. Pojedyncze bardziej uduchowione wstawki były dla mnie faktycznie nieco męczące, ale było ich na tyle mało, że nie zepsuły mi odbioru całej lektury. I choć w powieści generalnie niewiele się dzieje – ot, jeden letni dzień z życia kilkorga osób gdzieś w Londynie – to po prostu płynęłam z lekturą, przyjemnie mi się tę książkę czytało. Clarissa, tytułowa pani Dalloway, przygotowuje wieczorne przyjęcie, na które zjedzie się połowa londyńskiej śmietanki towarzyskiej. Przybędzie też jej stara przyjaciółka Sally oraz niegdyś zakochany w niej Peter, a tę trójkę będzie łączyć sieć całkiem ciekawych w odbiorze wspomnień. Wciągnęła mnie też historia Septimusa cierpiącego na coś w stylu zespołu stresu pourazowego wywołanego I wojną światową. Bohaterowie spotykają się w różnych momentach dnia, ich losy krzyżują się, choć nie wszyscy się znają i będą mieli okazję poznać.
Fenomenu Pani Dalloway nie rozumiem, bo choć uważam, że to dobra i wciągająca lektura, nie zachwyciła mnie jednak i nie wzbudziła poczucia, że czytam coś wyjątkowego i ponadczasowego 😉 . Cieszę się jednak, że sięgnęłam po twórczość Woolf – myślę, że nie po raz ostatni.
Przeczytane: 17.07.2025
Ocena: 7/10








